Pokiereszowane ciała zmieszane z błotem i jedno zdanie z Nepalu: módlcie się za nas
Z Nepalu i Chin, gdzie po katastrofie spowodowanej błyskawiczną powodzią w himalajskiej rzece trwa dramatyczna akcja ratunkowa, płyną wstrząsające relacje. W wiadomościach przekazywanych przez osoby związane z regionem powtarza się jedno, krótkie wezwanie: "Módlcie się za Nepal".
Katastrofa rozpoczęła się od zawalenia się ogromnej masy lodu i skał w wysokich Himalajach. Lawina zablokowała górską rzekę. Następnie, kiedy ta bariera puściła, potężna fala wody, błota i gruzu ruszyła w dół doliny, niszcząc wszystko na swojej drodze.
"Gdzie jest reszta ciała?"
Na jednym z nagrań (którego nie pokazujemy, bo jest drastyczne) widać ratowników stojących nad ciałem osoby częściowo zanurzonej w błocie. Kiedy chwytają ją za ręce i próbują przenieść szczątki, okazuje się, że odnaleziono jedynie górną część ciała. Gdzie jest reszta? Nie wiadomo. I – jak wskazuje Maciej Rokus – w przypadku katastrofy o takiej sile część szczątków może nigdy nie zostać odnaleziona.
- Siła była ogromna. Masa błota, skał i wody działała jak niszczycielska lawina, która porywała ludzi, zmiatała budynki i wszystko, co znalazło się na jej drodze. Identyfikacja ofiar może być niezwykle trudna, a niektóre szczątki mogą nigdy nie zostać odnalezione. Dochodzi do sprasowania ciał z ziemią i skałami - mówi WP Maciej Rokus. To szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP, biegły sądowy i ekspert w dziedzinie wypadków związanych z utonięciami. Jest wstrząśnięty relacjami z Nepalu.
Skala zniszczeń też jest niewyobrażalna. Wiele miejscowości, dróg i mostów zostało zniszczonych, a część terenów pozostaje trudno dostępna dla ratowników. Służby po obu stronach granicy prowadzą poszukiwania wśród ogromnych ilości błota i gruzu.
Ocalali wyglądali jak zjawy
Na kolejnych nagraniach widać ludzi, którym udało się przeżyć. Są całkowicie umorusani błotem, wyczerpani i zszokowani. Niektórzy mają wytrzeszczone oczy, inni nie są w stanie samodzielnie się poruszać. Ratownicy wynoszą ich na rękach w stronę bezpieczniejszych miejsc, z dala od koryta rzeki i terenów, przez które wciąż może przemieszczać się błoto oraz woda.
WIDEO
Podali przyczynę powodzi w Nepalu. Najpierw wstrząs, później fala
WIDEO
– Jako osoba związana z wodą, bezpieczeństwem i pracą w terenie wiem, jak łatwo w takich warunkach stracić kontrolę nad sytuacją, nawet przy dobrym przygotowaniu. A tutaj mamy katastrofę wysokogórską o ogromnej skali: falę gruzowo-wodną, zniszczoną infrastrukturę i setki osób, których los wciąż jest nieznany. Dlatego pomoc musi być prowadzona w sposób zorganizowany i bezpieczny - mówi Maciej Rokus.
Ekspert podkreśla, że wraz z upływem godzin i dni akcja ratunkowa będzie prawdopodobnie obejmować coraz trudniej dostępne rejony. Konieczne będzie nie tylko poszukiwanie zaginionych i ewakuacja rannych, ale także dostarczenie ocalałym czystej wody, żywności, leków i podstawowych środków higienicznych.
- W takich górach zagrożenie nie kończy się w chwili, gdy przejdzie pierwsza fala. Trzeba cały czas kontrolować sytuację i monitorować niestabilne zbocza oraz możliwość kolejnych osuwisk - mówi dalej Rokus.
- Ważne jest też rozdzielenie ról: jedne zespoły zajmują się poszukiwaniem zaginionych i wydobywaniem ciał, inne opieką medyczną, kolejne logistyką i dystrybucją pomocy, a osobny kanał powinien odpowiadać za informację dla rodzin i mediów. W pierwszych dniach priorytetem jest ratowanie życia, w kolejnych etapach – stabilizacja sytuacji, odbudowa infrastruktury i wsparcie psychiczne dla poszkodowanych - opisuje ekspert.
To nie koniec dramatu Nepalu? Odkryli kolejne zagrożenie
Analiza zdjęć satelitarnych wskazuje, że katastrofę mógł zapoczątkować potężny obryw lodu i skał z masywu Langtang Lirung, szczytu o wysokości 7245 m n.p.m. Spływający po zboczach gruz miał następnie zablokować wezbraną monsunem rzekę Lhende Khola, tworząc naturalną zaporę i tymczasowe jezioro. Gdy bariera pękła, ogromna masa wody, błota i głazów ruszyła w dół doliny, niszcząc nepalsko-chińskie przejście graniczne i infrastrukturę położoną wzdłuż rzeki. Taki scenariusz katastrofy odtworzył Kunda Dixit, dziennikarz "Nepali Times".
Naukowcy ostrzegają, że w całym regionie Himalajów znajdują się liczne potencjalnie niebezpieczne jeziora polodowcowe. Badanie przeprowadzone przez Międzynarodowe Centrum Zintegrowanego Rozwoju Obszarów Górskich (ICIMOD) oraz Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju zidentyfikowało 3624 takie jeziora w Nepalu, Indiach i Tybecie. Czterdzieści siedem z nich sklasyfikowano jako potencjalnie niebezpieczne i zagrożone przerwaniem, w tym 21 w Nepalu.
Tymczasem chińskie władze ostrzegły przed nowo powstałym jeziorem zaporowym w pobliżu granicy z Nepalem, które – według ich szacunków – jest już przepełnione i może przerwać naturalną barierę, uwalniając ogromne ilości wody.
Jezioro powstało w pobliżu ujścia rzek Chhochen Khola i Purepu Tsangpo. Jego objętość oszacowano na około 2 mln metrów sześciennych, ale w ciągu najbliższych trzech dni ma do niego napłynąć kolejne 3 mln metrów sześciennych wody. Chińskie służby monitorują sytuację i prowadzą symulacje możliwego przebiegu powodzi, obawiając się nagłego przerwania naturalnej zapory. Jeśli dojdzie do jej przerwania, kolejna fala może ruszyć w dół systemu rzecznego, zagrażając miejscowościom i infrastrukturze położonym niżej.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.