Świat według Carlsona. Słowa o ataku na Polskę warto potraktować poważnie

To było oczywiste, że wcześniej czy później ludzie, którzy bronią prawa putinowskiej Rosji do "czucia się bezpiecznie" kosztem jej sąsiadów, wpadną na to, na co wpadł Tucker Carlson.
W rozmowie z Jacobem Rees-Moggiem, byłym brytyjskim ministrem i konserwatywnym posłem, Carlson zaczął zastanawiać się, po co właściwie Wielka Brytania walczyła w II wojnie światowej. Obrona Polski przed niemiecką inwazją nie była, jego zdaniem, brytyjską sprawą. Wielka Brytania, przystępując do wojny, według niego zniszczyła swoje imperium. - Czy pokonanie nazistów było warte ceny, którą zapłaciła Europa? - pytał, dodając, że "nigdy tego nie rozumiał".
Tucker Carlson o "uzasadnionym" ataku Niemiec na Polskę
Carlson wywodził, że "kłamstwem" jest twierdzenie, jakoby Adolf Hitler ot tak, bez powodu wkroczył do Polski. Przypomniał niemieckie pretensje do granic ustalonych po I wojnie światowej: część ziem należących wcześniej do Cesarstwa Niemieckiego znalazła się w Polsce, Niemcy były tym rozwścieczone i - mówi Carlson - stanowiło to "uzasadnienie" ich działania.
Zastrzega przy tym, że Hitlera nie broni. Problem jednak polega właśnie na tym, że przejął strukturę jego argumentacji. Bo tak, oczywiście, że Niemcy nie napadli na Polskę "bez powodu". Nikt nigdy nie robi niczego bez powodu.
Putin też nie napadł na Ukrainę bez powodu. Stalin nie najechał Finlandii bez powodu. Saddam Husajn nie najechał Kuwejtu bez powodu. Każdy agresor ma jakieś interesy, pretensje, lęki, roszczenia, resentymenty, historyczne mapy i opowieści o niesprawiedliwości. Pytanie nie brzmi, czy agresor ma powód. Pytanie brzmi, czy jego powód daje mu prawo do agresji.
I właśnie w tym miejscu argument Carlsona staje się interesujący nie jako kolejna prowokacja ekscentrycznego amerykańskiego publicysty, ale jako symptom znacznie szerszego sposobu myślenia, a zarazem problemu.
Bo posłuchajmy samego Hitlera: twierdził on, że Polska odrzuciła pokojowe rozwiązania, że Niemcy w Polsce są prześladowani, że dochodzi do nieznośnych dla wielkiego mocarstwa naruszeń granicy, a jemu "nie pozostaje nic innego", jak odpowiedzieć siłą.
Rozwijał tę argumentację później już w zajętym przez III Rzeszę Gdańsku - że Niemcy zostały skrzywdzone przez powojenne granice, że Gdańsk powinien wrócić do Rzeszy, a Niemcy w Polsce cierpią, że Polska zachowuje się prowokacyjnie.
Agresor zawsze mówi, że "nie miał wyboru"
Brzmi znajomo? Cóż, powinno. Powtarza się bowiem model uzasadniania przemocy:
"Jesteśmy wielkim narodem. Kiedyś mieliśmy te ziemie. Po naszej stronie granicy mieszkają nasi rodacy. Zostaliśmy upokorzeni. Sąsiednie państwo jest sztuczne albo historycznie przypadkowe. Jego polityka zagraża naszemu bezpieczeństwu. Zachód wykorzystuje je przeciwko nam. Próbowaliśmy się dogadać. Nie chcieli. Nie pozostawili nam wyboru. A więc musieliśmy wkroczyć".
I dokładnie tutaj kończy się niewinna opowieść o "zrozumieniu rosyjskich obaw". Bo przecież od lat słyszymy, że Rosja "miała swoje racje". Że NATO się rozszerzało. Że Rosja czuła się osaczona. Że Ukraina była kiedyś częścią rosyjskiego imperium i ZSRR. Że Krym przez długi czas należał do Rosji. Że w Ukrainie mieszkają Rosjanie i ludzie rosyjskojęzyczni. Że Zachód ingerował w ukraińską politykę. Że wielkie mocarstwo ma swoje interesy bezpieczeństwa.
Wszystkie te zdania można analizować jako element opisu historii, ale problem zaczyna się wtedy, kiedy z opisu robi się prawo.
Jeżeli rosyjskie poczucie zagrożenia daje Rosji prawo do podporządkowania Ukrainy, dlaczego niemieckie poczucie krzywdy po Wersalu nie miałoby dawać Niemcom prawa do podporządkowania Polski?
Jeżeli dawna przynależność terytorium jest argumentem za jego odebraniem sąsiadowi, to Carlson ma rację: Niemcy miały pretensje terytorialne do Polski. Jeżeli obecność własnej mniejszości narodowej daje prawo do interwencji, Hitler miał Niemców w Gdańsku i Polsce. Jeżeli upokorzenie wielkiego mocarstwa przez powojenny porządek usprawiedliwia rewizję granic siłą, Niemcy po Wersalu są wręcz podręcznikowym przypadkiem.
Problem nie polega na tym, że nie wolno analizować niemieckich pretensji po Wersalu. Oczywiście, że wolno. Historyk wręcz powinien je analizować. Problem polega na zamianie przyczyn w usprawiedliwienia. A Carlson, być może nieświadomie, wykonał ten ruch na naszych oczach.
Świat według Carlsona. Prawo silnego, prawo słabego
Dlaczego to dzieje się właśnie teraz? W pewnym nurcie współczesnej prawicy coraz silniejszy jest bowiem nacjonalistyczny egoizm ubrany w język realizmu. Świat nie składa się już z państw mających te same podstawowe prawa. Składa się z silnych i słabych. Silni mają "interesy". Słabi mają "problemy".
Rosja ma interes bezpieczeństwa w Ukrainie. Ukraina ma problem, bo leży obok Rosji. Ameryka ma interes w Grenlandii (choć chyba źle go zmapowała, ale to inna sprawa). Dania i Grenlandczycy mają problem. Wielkie mocarstwo może uważać sąsiednie państwo za element swojej strefy wpływów. Małe państwo powinno być realistyczne.
I ten sposób myślenia fascynuje pewną część prawicy dlatego, że idealnie odpowiada jej wyobrażeniu świata jako hierarchii. Silny mężczyzna i słaby mężczyzna. Silny naród i słaby naród. Centrum i peryferia. Ten, który rozkazuje, i ten, który powinien wiedzieć, gdzie jest jego miejsce.
Dlatego Putin może jawić się jako człowiek godny szacunku właśnie dlatego, że tyranizuje sąsiadów i własne społeczeństwo. A że robi to demonstracyjnie, brutalnie i bez kompleksów? W tej estetyce przemoc przestaje być kompromitacją. Staje się dowodem sprawczości. Stąd i tu fascynacja silnym przywódcą, a nie nudnym premierem uzgadniającym ustawę z parlamentem, sądem, samorządem i Komisją Europejską.
Człowiekiem, który robi, bo może. A Putin może. Trump może. Największy osiłek w klasie może. Bandyta w pociągu może. Przywódca ma wejść do pokoju i sprawić, żeby inni się bali. Państwo ma być takie samo.
I właśnie dlatego warto potraktować wypowiedź Carlsona poważnie. Bo jest symbolem strzelania sobie w nogę jakże charakterystycznego dla zasów przedwojennych.
"Polityczny WF": Jak długo można wetować? Nawrocki "balansuje na linie"INTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.