Właściciel hodowli dzikich zwierząt trafi do więzienia. Prawomocny wyrok po dziewięciu latach
"Obóz kaźni dla zwierząt" (wideo archiwlane, ilustracyjne)
Źródło wideo: UWAGA! TVN
Źródło zdj. gł.: TVN24
Sąd Apelacyjny w Poznaniu rozpoznał sprawę już 1 października, ale zez względu na zawiłość odroczył ogłoszenie wyroku do 15 października. Prokurator oraz pełnomocniczka fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva, wnieśli o utrzymanie wyroku sądu I instancji w mocy.
- Oskarżony jest z wykształcenia inżynierem zootechniki i przez lata zawodowo zajmował się hodowlą zwierząt egzotycznych. Doskonale wiedział, jakie są podstawowe potrzeby tych zwierząt. To on zdecydował, że marabuty będą zamknięte w pomieszczeniach, w których nie mogą rozłożyć skrzydeł - przekonywała mecenas Katarzyna Topczewska, pełnomocniczka Fundacji Viva!.
I dodała: Prawo nie wymaga, by chciał, żeby zwierzęta cierpiały. Wystarczy, że świadomie urządził im takie życie.
W czwartek sąd podtrzymał, że Maciej M. jest winny znęcania się nad zwierzętami. Wskazał również, że w pierwszej instancji bardzo skrupulatnie oceniono materiał dowodowy. Mimo to oskarżonemu skrócono karę więzienia z dwóch lat do roku i dziesięciu miesięcy. Znacznie niższa jest też zasądzona nawiązka dla kilku fundacji - ze 100 tysięcy złotych do 45 tysięcy.
Apelacje od nieprawomocnego wyroku do sądu II instancji skierowali obrońcy oskarżonego, wnosząc o uniewinnienie lub ewentualnie uchylenie wyroku i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania przez sąd okręgowy. Maciej M. odpowiadał przed sądem z wolnej stopy.
Wyrok jest już prawomocny.
Czuł się bezkarny, powiększał hodowlę i nie zapewniał odpowiednich warunków
Proces rozpoczął się w 2019 roku. W pierwszej instancji wyrok zapadł 16 lutego 2026 roku. Wtedy sąd uznał Macieja M. za winnego szeregu przestępstw zawartych w ustawie o ochronie zwierząt i orzekł karę łączną dwóch lat pozbawienia wolności.
Maciej M. został też objęty zakazami posiadania wszelkich zwierząt oraz prowadzenia jakiejkolwiek działalności związanej z hodowlą i utrzymaniem zwierząt przez 10 lat. Mężczyzna miał też zapłacić ponad 100 tys. złotych na rzecz kilku fundacji.
W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Joanna Rucińska zaznaczyła, że działalność oskarżonego była niewłaściwie nadzorowana przez powołane do tego służby weterynaryjne.
Według śledczych - zwierzęta miały fatalne warunki
Źródło zdjęcia: TVN24
- W poczuciu całkowitej bezkarności, pod pozorem prowadzenia cyrku, nabywał i hodował coraz to więcej gatunków zwierząt, w tym takich, których posiadanie w jego sytuacji było zabronione. Przy czym zwierzętom tym nie zapewniał właściwych warunków bytowania i dodatkowo narażał wiele przypadkowych osób na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia czy nawet życia, w związku z niewłaściwym zabezpieczeniem klatek - podkreśliła.
- Miał pełną świadomość, że jego działanie jest sprzeczne z obowiązującymi przepisami. Wypowiadając się na forum internetowym, wskazywał, że mimo rozporządzenia zabraniającego hodowli tych zwierząt, rozbudowuje hodowlę - mówiła sędzia w uzasadnieniu.
Zarejestrował hodowlę jako cyrk
Sprawa miała swój początek w połowie 2017 roku. Na terenie hodowli Macieja M., zarejestrowanej jako cyrk, policja znalazła niemal 300 zwierząt, w tym gatunków chronionych. Były wśród nich tygrysy, lamparty perskie, rysie, antylopy i pumy. W akcji na terenie hodowli brali udział wielkopolscy policjanci wraz z koordynatorem ds. CITES Izby Administracji Skarbowej w Poznaniu, przedstawicielami Wojewódzkiego Inspektoratu Weterynarii, Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody "Salamandra", fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – "Viva!" oraz Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu.
Akcja na terenie hodowli była jedną z największych interwencji dotyczących dzikich zwierząt objętych ochroną gatunkową, jakie przeprowadzono w Polsce. Jak informowała fundacja "Viva!", prawie 300 zwierzętami w hodowli opiekowało się tylko dwóch pracowników, a "stan sanitarny pomieszczeń i wybiegów był skandaliczny i zagrażał bezpośrednio życiu i zdrowiu wszystkich zwierząt". Część ewakuowanych z hodowli zwierząt trafiła do polskich ogrodów zoologicznych: w Poznaniu, Warszawie, Bydgoszczy i Chorzowie. Pozostałe, głównie małpy i duże koty, przyjęły europejskie azyle dla dzikich zwierząt.
Opinie ekspertów nazwał fikcją literacką
Właściciela nielegalnej hodowli Macieja M. oskarżono łącznie o 19 przestępstw, w tym znęcania się nad zwierzętami, podrabiania dokumentów, przywłaszczenia zwierzęcia, naruszania praw pracowniczych i naruszenia przepisów prawa Unii Europejskiej dotyczących ochrony gatunków dziko żyjących zwierząt w zakresie regulacji obrotu nimi. Maciejowi M. za zarzucane mu przestępstwa grozi kara do pięciu lat pozbawienia wolności.
Podczas procesu w pierwszej instancji, oskarżony na pierwszej rozprawie przyznał się tylko do części zarzucanych mu czynów, jak mówił - "przyznaję się tylko do tego, że jako pracodawca nie dokonałem należytych formalności i nie zgłosiłem pracowników do ZUS". W wyjaśnieniach składanych przed sądem Maciej M. podkreślił, że hodowlę prowadził od wielu lat i była ona wielokrotnie kontrolowana przez odpowiednie jednostki administracyjne, a także przez powiatowego i wojewódzkiego lekarza weterynarii. "W miarę rozwoju ewoluowało to w kierunku cyrku, ponieważ chciałem nie tylko hodować i eksponować zwierzęta, ale też wykorzystywać je w celach rozrywkowych, np. przez ich udział w reklamach" - mówił. Oskarżony wskazał, że tego typu działalność "nie jest niczym nowym w Polsce i Europie".
Dodał, że w Polsce zarejestrowanych jest kilkadziesiąt działalności na takich samych zasadach, jak hodowla w Pyszącej.
Odnosząc się do zarzutu handlu i obrotu zwierzętami powiedział, że to "fikcja literacka osoby, która sporządziła opinię w tej sprawie". "Wszystkie zwierzęta zostały sprowadzone w sposób legalny, z dokumentami wymaganymi w tracie transportu (…) były to normalne transfery, które przeprowadzają ogrody zoologiczne, prywatne hodowle, cyrki. Nie miało to nic wspólnego z przemytem, tym bardziej handlem zwierzętami. Niektóre zwierzęta z listy, którą przedstawiła prokuratura, nigdy nie były w Pyszącej" - podkreślił.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.