Co Europa ma zrobić z nieprzewidywalnym Trumpem? Były ambasador ostrzega
Niechęć Donalda Trumpa do Europy rośnie. Podczas wiecu wyborczego w Kansas amerykański prezydent wprost zagroził Europie odejściem Amerykanów z kontynentu. W obliczu zagrożenia ze strony Rosji (i ewidentnej sympatii Trumpa do tego kraju) możemy mieć obawy. Co możemy zrobić z tak trudnym przywództwem Amerykanów?
DLA CIEBIE
Czy OZE mogą wyłączyć prąd?
DLA CIEBIE
Pytamy o to Jerzego M. Nowakowskiego, byłego ambasadora RP w Armenii i na Łotwie. W rozmowie z Wirtualną Polską mówi on, że nie ma wątpliwości, iż Amerykanie z Europy faktycznie wyjdą. Przy czym, jak podkreśla, Trump jest paradoksalnie najbardziej zainteresowanym Europą prezydentem USA. Polska próbuje od kilku lat – z różnym skutkiem – budować własne zdolności obronne.
Niemniej, Nowakowski zastrzega: europejskie elity muszą się "obudzić". Istotne jest pytanie, czy obudzone z trudem elity polityczne Europy będą w stanie skomunikować się z własnymi obywatelami i przekonać ich, że zagrożenie bezpieczeństwa to nie są żarty. Że państwa europejskie muszą przyjąć poważne zobowiązanie.
"Dla Polski to jak pakt Ribbentrop-Mołotow"
Dziś bowiem, zdaniem dyplomaty, Europa wygląda trochę jak Chiny przed powstaniami bokserów – teoretycznie jest potęgą, ale wewnętrznie tak osłabiona i podzielona, że tę potęgę za chwilę może utracić na rzecz mocarstw zewnętrznych, które będą ją rozgrywały.
– Dla Polski taka perspektywa, perspektywa "rozjechania się" Europy, to perspektywa dramatyczna, bo to oznacza jedną rzecz: powrót do scenariusza paktu Ribbentrop-Mołotow – mówi Wirtualnej Polsce Jerzy M. Nowakowski.
Dlatego tak bardzo irytują go komentarze ludzi z prawej strony sceny politycznej, które mówią, że Unia Europejska albo powinna się rozpaść, albo – co głosi premier Mateusz Morawiecki – że powinna wrócić do formy Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej.
Jak tłumaczy, ludzie głoszący tego rodzaju poglądy z jednej strony postrzegają Niemcy jako zagrożenie, a z drugiej strony nie widzą oczywistej rzeczy, że Niemcy mają dwie drogi: albo będą znaczącą częścią wspólnej Europy, albo osamotnione będą sojusznikiem Rosji.
Dziś Donald Trump mówi wprost o zwijaniu parasola nad Europą. Co oznacza, że Amerykanie będą po pierwsze zajmowali się sami sobą, swoimi problemami wewnętrznymi, po drugie: będą starali się utrzymać prymat nad obydwoma kontynentami amerykańskimi, a po trzecie: jeśli będą patrzyli na zewnątrz, to zwrócą się ku Indo-Pacyfikowi?
Następcy Trumpa wcale nie muszą być lepsi
Jerzy M. Nowakowski wskazuje też niepokojącą analogię historyczną. Już kilka lat temu Timofiej Bardaczow, dyrektor Forum Wałdajskiego i wpływowy doradca Putina, mówił po upadku Afganistanu, że jedyną "kotwicą" USA w lądowej części Eurazji jest Ukraina i trzeba Amerykę od tej kotwicy odciąć. I to się dzieje.
– Nie zmieni się to zresztą, nawet jeśli zmieni się prezydent USA, bo następcy Trumpa mogą być z europejskiej perspektywy jeszcze gorsi. Rubio siłą rzeczy jest skupiony na Ameryce Łacińskiej. J. D. Vance jest klasycznym amerykańskim nacjonalistą i fundamentalistą religijnym, podobnie jak spiker Izby Reprezentantów Mike Johnson – mówi.
Nie, żeby lepiej było zresztą wśród demokratów. Tam środek ciężkości partii przesunął się ostatnio z transatlantyckiego wschodniego wybrzeża ku Kalifornii. Dla Kamali Harris czy Garry’ego Newsoma bardziej istotny jest Pacyfik.
Przy czym, jak tłumaczy, jeśli zafundujemy sobie jakąś większą wojnę w Europie, to Amerykanie pewnie się zaangażują, ale podobnie jak podczas dwóch wojen światowych, po to, aby odbudować ruiny.
– Do tego czasu, jak sądzę, będą się pławić w swoim neoizolacjonizmie. I to, co wydarzyć się ma w Shenzhen, ten zjazd amerykańsko-rosyjsko-chiński będzie czymś w rodzaju "nowej Jałty". Czwartym mocarstwem może być i powinna być tam Europa, ale Europa skonsolidowana, nie podzielona. Bo dziś Francja, Wielka Brytania czy Niemcy samodzielnie niewiele znaczą, to są wręcz, w skali świata, maluchy – uważa b. ambasador.
Miejsce Polski na szachownicy wielkiej polityki. "Czekamy na paczkę"
Na szachownicy geopolityki jest także Polska. Ale zdaniem dyplomaty nie jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji. Co prawda kupujemy od Amerykanów dużo uzbrojenia. Tyle że Saudyjczycy kupują nieporównanie więcej, obiecują zainwestować w USA kilkaset mld dolarów, ale Amerykanie nawet nie próbowali ich bronić w czasie konfliktu z Huti w Jemenie.
– Stąd nie przywiązywałbym się do zapewnień o szczególnych więzach z USA. Raczej bym pamiętał o spopularyzowanym przez Cata-Mackiewicza pojęciu "sojuszu egzotycznego". Jakie są interesy amerykańskie w Polsce i szerzej: w całym regionie? – pyta Nowakowski.
I przedstawia gorzką diagnozę: jesteśmy dziś petentem, który zapłacił i czeka na paczkę z amerykańskim uzbrojeniem. Liczymy – jak mówi – że to zadziała, co też nie jest oczywiste, patrząc na ostatni przykład Starlinka na Ukrainie.
Można wysnuć tezę, że rozmawiamy z Amerykanami o stałej bazie wojskowej. Tyle że dyplomata przypomina: na Bliskim Wschodzie też takie bazy były i są. I nie wyglądały najlepiej próby ich obrony przed pociskami z Iranu, znacznie mniej zaawansowanymi niż rosyjskie.
– Zatem zapewnienia Amerykanów warte są tyle, ile ich interesy w danym kraju. W innym przypadku będą warte tyle, ile papier, na którym zapisano umowy – mówi.
Integracja, kontrola, nowa architektura bezpieczeństwa
Dlatego w jego ocenie powinniśmy skupić się na trzech kwestiach: pogłębieniu integracji europejskiej i jej wzmocnieniu, dbaniu o to, by amerykański parasol zwijał się wolno i w sposób kontrolowany oraz budowie nowej architektury europejskiego bezpieczeństwa z UE jako jego rdzeniem, ale obudowanej NATO-wskimi strukturami.
Europa powinna nie tylko odbudować swój przemysł zbrojeniowy, ale także zbudować własne zdolności kosmiczne. Nie możemy bowiem wisieć na zdolnościach dostarczanych wyłącznie przez Elona Muska. Zresztą kosmos to nie jedyny obszar, w którym europejskie kraje powinny rozwinąć swój potencjał.
– Europa powinna, w mojej ocenie, skupić się na budowie własnych zdolności atomowych. Na razie jest nad nami parasol amerykański, ale on się powoli zwija, tak jak cała obecność amerykańska. Zdolności francuskie są zbyt małe w porównaniu do rosyjskich i nie jest przypadkiem, że zaczyna się mówić o tym w Niemczech czy Szwecji – mówi Wirtualnej Polsce Nowakowski.
Jego zdaniem, Unia Europejska powinna być zatem zwornikiem finansowo-organizacyjnym, ale wokół tego zwornika muszą być takie kraje, jak Turcja, Wielka Brytania, Norwegia: kraje nieunijne, ale kluczowe dla europejskiej architektury bezpieczeństwa.
Nowa wspólnota bezpieczeństwa świata
Ostatni element to jest zaangażowanie się w tworzenie czegoś, co można nazwać wspólnotą demokracji; dużo bliższa współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa z takimi krajami jak Japonia, Korea Południowa czy Kanada, być może również Australia.
Postuluje zatem stworzenie drugiego (obok USA) filara obrony świata demokratycznego. Japonia, mająca potężną flotę wojenną, mogłaby mocniej zaangażować się w ochronę szlaków arktycznych.
– Wyzwania te są więc gigantyczne. Powinno do obywateli Europy dotrzeć, że być może przez przekierowanie części środków na obronność i zbrojenia nie będzie tak bogato, ale stworzy to perspektywę, że Europa będzie samodzielnym graczem, a nie pionkiem na szachownicy uczestników dyskusji w Shenzhen – podsumowuje.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.