Staram się pokonać twojego demona
"Kur..., znowu ci pozwoliłem na je...ne leki i mamy regres!". "Mam w dupie twoje chęci". "Mam dość tego, że mnie nie słuchasz, kur...!". Tak Robert Baron, psycholog i terapeuta, starał się pomóc kobiecie chorującej na depresję lekooporną. Ujawniamy nagrania.
- Anna opisuje swoją terapię z Robertem Baronem w jednym z warszawskich centrów psychoterapii jako koszmar. Twierdzi, że polegała m.in. na krzykach, wulgaryzmach i przedrzeźnianiu.
- Kobieta zamierza złożyć zawiadomienie do prokuratury. - Po sesjach miałam mocne kryzysy. Ciągle się zastanawiam, dlaczego traktował tak właśnie mnie.
- Po odsłuchaniu nagrań z sesji, centrum psychoterapii natychmiast zakończyło współpracę z terapeutą. – W mojej ocenie wielokrotnie dopuszczał się zachowań mających znamiona przemocy psychicznej – mówi psychiatra Magdalena Więdłocha, współzałożycielka placówki.
- Wirtualna Polska otrzymała oświadczenie pełnomocnika terapeuty: "Z pełną stanowczością wskazuję, że mój mocodawca nie zgadza się z zarzutami, jakoby stosował przemoc psychiczną". Nie odnosi się do szczegółów, tłumacząc to tajemnicą zawodową.
- - Nagrania są dla mnie szokujące. Widziałam różne rzeczy, ale z takim poziomem agresji jeszcze się nie spotkałam - ocenia psycholog dr Joanna Gutral.
- Mam poczucie straconego czasu. Straconego życia.
- Jestem pokiereszowana. Leżę i nie potrafię wstać, nie mówiąc o zrobieniu kroku do przodu. Opowiadając o dwóch ostatnich latach, mam poczucie, jakbym mówiła o kimś innym. A przecież wiem, że przytrafiło się to właśnie mnie.
- Nadal słyszę w głowie jego głos. Łapię się na tym, że używam słów, których on często używał. Przez niego uwierzyłam, że nie mam prawa do własnego zdania. Że mój głos się nie liczy. Nie wiem już, kim jestem. Jak gdyby okradł mnie z tożsamości.
Anna Piekarska-Nizio na chwilę milknie i robi głęboki wdech.
Od kilku lat walczy z depresją lekooporną. Odwiedziła wielu specjalistów. Próbowała różnych metod, ale nie mogła pokonać choroby. Czuła, jakby powoli tonęła w bagnie. Grzęźniesz coraz bardziej i wiesz, że błoto pokryje każdy centymetr twojego ciała. Zatka drogi oddechowe, zalepi oczy. Aż całkiem znikniesz pod powierzchnią.
Anna długo myślała, że nic gorszego ją w życiu nie spotka.
Dziś twierdzi, że się myliła.
WIDEO
Malwina Wędzikowska: "Straciłam motywację do tego, żeby żyć".
WIDEO
Empatyczne podejście
W przeszłości przygotowywała ciała do sekcji zwłok. Spędziła w prosektorium dziesiątki godzin. Nigdy nie miała przez to problemów z zaśnięciem. Tłumaczy: może to nie najłatwiejsza praca na świecie, ale umarli, w przeciwieństwie do żywych, w żaden sposób cię nie skrzywdzą.
Jej problemy mentalne zaczęły się w pandemii.
Potrafiła przespać cały dzień. Coraz rzadziej wstawała z łóżka. Coraz częściej płakała. W końcu uznała, że potrzebuje pomocy specjalisty. Zapukała do gabinetu psychiatry, zaczęła terapię. Gdy nie pomagała, pod koniec 2023 r. psychiatra z jednego z warszawskich centrów psychiatrii i psychoterapii polecił jej terapeutę Roberta Barona. Przyjmował w tej samej placówce.
Za pierwszym razem zadzwonił do niego mąż Anny, ona tylko się przysłuchiwała. Terapeuta brzmiał konkretnie i profesjonalnie. Poczuła, że chce mu zaufać.
Od razu zaproponował, by przeszli na "ty". Tłumaczył, że ważne jest zbudowanie odpowiedniej relacji. Od listopada 2023 r. spotykali się dwa razy w tygodniu online i w gabinecie. Terapeuta był początkowo troskliwy i zaangażowany. Kilka godzin po sesji potrafił wysłać SMS-a z pytaniem o samopoczucie. Anna pomyślała, że naprawdę może ją uratować.
- W pracy stawiam na autentyczny kontakt, uważność i indywidualne podejście - opisywał na stronie internetowej kliniki. Pisał o "empatycznym podejściu", dbałości o "atmosferę zaufania i akceptacji".
Co prawda na pierwszym spotkaniu rzucił coś o jej "demonach" i Annie wydało się to dziwne, ale nie zapaliło żadnej lampki. Aż na którejś sesji – relacjonuje kobieta – terapeuta zaczął krzyczeć, używając wulgaryzmów. Rozpłakała się. Chciała to omówić na kolejnym spotkaniu, ale zaprzeczył, że się tak zachowywał. Anna była zdezorientowana.
Może przesadzała? Może to nie był krzyk, tylko podniesiony głos? Może to wcale się nie wydarzyło? Pomyślała, że skoro ma wątpliwości, musi mieć obiektywny dowód.
- Wtedy zaczęłam go nagrywać.
"Masz się wysrać"
Krzyki się powtarzają.
Na jednej z sesji na początku 2025 r. terapeuta mówi, że kobieta musi się aktywizować. Każe jej wymyślić rzeczy do zrobienia. Nie rozumie, dlaczego sprawia jej to trudność. "Jest tysiąc rzeczy do zrobienia dookoła ciebie. Jest, kur.., tysiąc milionów rzeczy, które możesz zrobić".
"Czy się wysrałaś już dzisiaj? To masz się wysrać! Zjadłaś? To masz zjeść. Poszłaś do sklepu kupić coś do tego jedzenia?" - wylicza.
"Jakim cudem ty nie wymyślasz rzeczy do zrobienia? [...] O co tu, kur..., chodzi?!".
Złości się, że doszło do regresu. Jego zdaniem, wszystko przez to, że kobieta wzięła określone leki.
"Ja już mam w dupie twoje chęci, Ania, powoli. I twoją decyzyjność a propos tego procesu. Bo ja, kur..., znowu ci pozwoliłem na te je..ne leki i mamy, kur.., regres!
[...]
- Ja już mam dość tego, że mnie nie słuchasz, kur..!
- Ja cię cały czas słucham - odpowiada kobieta.
- Nie słuchasz! To dlaczego ja tak reaguję? Dlaczego, kur.., tylko z tobą tak reaguję, Aniu?!
Innym razem pyta, czy kobieta czyta książkę, którą jej polecił.
- Jest czytane?
- Tyle, ile mogę.
- Nie! Czy jest czytane? Nie tyle, ile się czujesz, tylko czy czytasz książkę?! To jest, kur.., tylko książka, Ania! [...] To są literki, kur.., na kartce! To nie jest nóż, który ci się wbija w mózg! Czy bierzesz do rączki książkę?
WIDEO
Krzyki, wulgaryzmy, poniżanie. Pacjentka wierzyła, że to tylko niekonwencjonalna metoda
WIDEO
Anna wylicza, że łącznie spędziła na sesjach z Robertem Baronem 209 godzin:
- Po każdym wybuchu na jakiś czas łagodniał. Mówił, że "on do mnie tak z serduszka". W głowie go broniłam i usprawiedliwiałam, bo czułam się od niego zależna. Miał na mnie wielki wpływ. Wmówił mi, że nikt inny ze mną nie wytrzyma. Dziś mam do siebie pretensje. Widzę, jak byłam głupia i naiwna.
Gdy zgłasza terapeucie, że "chce więcej szacunku i empatii, mniej krzyku", ten odpowiada, że "szanuje jej 35-letnią osobę", ale odnosi się w ten sposób do jej "demonicznych figur".
- Moim zadaniem jest to, żeby twoja 35-letnia figura zaczęła tu z nami być.
- Krzykiem?
- Jeśli trzeba, to tak.
Anna zaczyna głęboko wierzyć, że bez jego pomocy jest stracona. Że musi "poddać się procesowi", bo inaczej nigdy nie wyzdrowieje. Nie chce być tak traktowana i jednocześnie jest przekonana, że terapeuta jest jej ostatnią deską ratunku.
Kolejne nagranie.
- Naprawdę bardzo się staram pokonać twojego, kur.., demona, Ania. Dla Ciebie. Słyszysz to? - pyta terapeuta.
- [...] Bo tam jest to chu..wo w polu. I, ku..., nie ma nikogo oprócz mnie czasami, kto się, kur.., jawnie temu czemuś przeciwstawia. Tam nad twoją głową to coś krąży - tłumaczy.
Według niego, kobieta jest szczególnie ciężkim przypadkiem.
- Aniu, jesteś klientką tutaj terapeuty, która jest kwintesencjonalnie tak blisko krawędzi śmierciowej, jak nie wiem, może jest tu takich osób trzy w całych tych gabinetach wszystkich? - wylicza.
W pewnym momencie Baron wciela się w rolę Anny, nawiązując do jej wypowiedzi:
"Nikt nie ma tak źle. Tak bardzo chu...wo. Tak źle nie ma nikt. Nikt nie ma tak źle [...] Inni mają gorzej. I to jest najgorsze w ogóle we mnie, bo jestem tak zje...na, że nie mogę się nawet cieszyć z tego, jak dobrze mam".
Terapeuta dalej naśladuje pacjentkę: "I w ogóle, kto jest tak poje...ny? Kto ma tak źle? Jedyne, co mogę zrobić, to zniknąć z tego świata, bo jestem chwastem, pasożytem, który cierpi. Nie umie nie cierpieć!".
WIDEO
"Jestem chwastem, pasożytem, który cierpi i nie umie nie cierpieć". Terapeuta przedrzeźniający pacjentkę
WIDEO
Innym razem analizuje sytuację życiową pacjentki.
- Ty żyjesz, kur..., w 120-metrowym apartamencie płaconym przez, kur..., fundusze odziedziczone i męża, masz jedzenie i ciepło. Ciuchy, kur.. które chcesz, wyglądasz zajebiście w porównaniu z, kur..., 95 procentami ludźmi na tym świecie. Możesz sobie pozwolić na wszystko, co byś chciała. Ty nie masz problemu z rzeczywistością, Ania.
- To był stały motyw: skoro mam dobre warunki, to nie mam prawa chorować. Depresja nie pyta, ile masz metrów w mieszkaniu - mówi kobieta.
Terapeuta daje Annie do zrozumienia, jak trudno jest mu ją prowadzić.
Raz rzuca wręcz, że "zaraz się porzyga". - Non stop krytykujesz w każdą stronę - w siebie, we mnie. To jest tak nieprzyjemne, że dosłownie moje ciało ma na to reakcję. Tylko i wyłącznie o tym mówię. To nie jest krytyka - mówi na nagraniu.
- Po sesjach miałam mocne kryzysy emocjonalne. Nieraz prosto z gabinetu musiałam jechać na dyżur interwencji kryzysowej - opowiada Anna.
Na spotkaniu, które okaże się ich ostatnim, mówi Baronowi, że często "straszy" ją zakończeniem terapii. Ten odpowiada, że chce ją w ten sposób zmobilizować. Ona nadal ma jednak wątpliwości: czy jej mobilizacja powinna wynikać ze strachu? Tego, że ma się bać, czy nadal będzie miała terapeutę?
- Jeżeli lęk cię zmobilizuje do tego, to tak, to też możesz się bać. Lęk nie jest patologią. Lęk jest czymś, co mobilizuje ludzi do działania - twierdzi terapeuta.
- Mobilizacja z pozycji strachu? Trochę tak.... No nie wiem... - drąży kobieta.
- To jest kwintesencja twojego bytu, Ania. Tak szczerze mówiąc, mało innych rzeczy na ciebie działa niż zmobilizować się z miejsca lęku - ocenia terapeuta. I nie zgadza się z kobietą, że się na niej "wyładowuje".
- Ja nie jestem niekompetentnym terapeutą! Nie dissuj mojego procesu terapeutycznego! Ja, kur..., chodzę co tydzień na superwizję tego, co my tutaj robimy!
Anna decyduje, że więcej sesji już nie będzie. Po ponad dwóch latach kończy je w styczniu 2026 r.
Szybka decyzja kliniki. "Znamiona przemocy psychicznej"
Na początku lutego Anna dzwoni do swojego lekarza i współwłaściciela kliniki, który polecił jej Roberta Barona.
- Zdobyłam się na odwagę tylko dlatego, że terapeuta poleciał na kilka tygodni za granicę. Porozmawiałam z doktorem i drugą współwłaścicielką placówki, psychiatrką dr Magdaleną Więdłochą. Spotkanie trwało 2,5 godziny. Wysłuchali mnie, zapoznali się z nagraniami. I od razu zakończyli współpracę z terapeutą - opowiada kobieta.
Jej słowa potwierdza dr Więdłocha.
- W życiu nie spotkałam się jeszcze z takim zachowaniem terapeuty. Informacje przedstawiane przez pacjentkę były spójne, a nagrania absolutnie szokujące. Wynikało z nich, że Robert Baron wielokrotnie dopuszczał się naruszeń zasad prowadzenia procesu terapeutycznego. W mojej ocenie, ujawnione zachowania ewidentnie nosiły znamiona przemocy psychicznej. Zakończyliśmy współpracę w tym samym dniu, w którym się o nich dowiedzieliśmy - mówi Wirtualnej Polsce Magdalena Więdłocha.
- W toku procesu mgr Baron wyśmiewał i zawstydzał pacjentkę, odnosił się do niej i jej stanu psychicznego w przedmiotowy i poniżający sposób. Podczas sesji przedrzeźniał wypowiedzi pacjentki dotyczące doświadczanego przez nią cierpienia, izolacji społecznej, myśli samobójczych - oceniła lekarka w opinii psychiatrycznej sporządzonej na wniosek Anny.
- Terapia może być trudna, konfrontująca, czasami nieprzyjemna, ale to nie oznacza, że terapeuta jest upoważniony, by poniżać i wykorzystywać swoją przewagę płynącą z asymetrii relacji terapeutycznej – konkluduje dr Więdłocha.
Skarga oddalona
Anna zwróciła się też do komisji etycznej Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Praktyków Psychologii Procesu.
Robert Baron przedstawiał się na stronie centrum psychiatrii i psychoterapii jako terapeuta pracujący właśnie "w nurcie psychologii zorientowanej na proces, integrujący elementy terapii trzeciej fali - DBT (terapii dialektyczno-behawioralnej) oraz ACT (terapii akceptacji i zaangażowania)".
Komisja etyczna Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Praktyków Psychologii Procesu oddaliła skargę, w której Anna wskazywała m.in. na agresywny styl komunikacji, naruszenie godności, przedmiotowe traktowanie czy świadome wzbudzanie lęku przez terapeutę.
W odpowiedzi na pierwsze pismo kobiety stwierdzono, że "Robert Baron uzyskał uprawnienia do pracy z klientami pod nadzorem w ramach szkolenia w Instytucie Psychologii Procesu 29 listopada 2024 r., a pierwsza sesja, którą odbył z Anną i poddał superwizji w IPP odbyła się 18 kwietnia 2025 r.".
Komisja stwierdziła, że Anna ma doprecyzować daty i odnieść się do konkretnego okresu. 12 maja 2026 r. oddalono poprawioną skargę, argumentując, że "istotne dla sprawy materiały nie należą do okresu praktyki Roberta Barona w metodzie psychologii procesu".
- To dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo nagrania obejmują także okres, który wskazuje sama komisja. Nie dostałam informacji, jak terapeuta odniósł się do skargi, choć podobno to zrobił. Czuję, jakby próbowano mnie zniechęcić. Sprawić, żebym dała sobie spokój. On mnie wyśmiewał, poniżał i dehumanizował, a instytucja, która ma nad tym czuwać, oddaliła skargę. Dla mnie to skandaliczne - mówi Anna.
- Byłam w szoku, gdy przeczytałam, że terapeuta uzyskał uprawnienia do pracy w danym nurcie w listopadzie 2024 r., a pierwsza superwizja odbyła się w kwietniu 2025 r. Przecież zaczęłam terapię w listopadzie 2023 r. Nie dostałam od terapeuty żadnej informacji, że jest dopiero w trakcie robienia uprawnień w nurcie psychologii procesu. Gdy pytałam o jego przygotowanie, mówił ogólnie, że ma "je...ne papierzyska".
W przesłanym Wirtualnej Polsce oświadczeniu, pełnomocnik Roberta Barona odnosi się do kwestii jego kompetencji.
Wskazuje, że terapeuta "jest psychologiem, ukończył studia oraz szkolenia podyplomowe, w tym szkolenie w zakresie terapii dialektyczno-behawioralnej, a następnie kontynuował dalsze szkolenie psychoterapeutyczne. Nigdy nie przedstawiał się jako osoba posiadająca certyfikat, status lub uprawnienia, których w danym momencie nie posiadał. Przygotowanie zawodowe mojego mocodawcy oraz szkolenia są udokumentowane i mogą zostać zweryfikowane przez właściwe lub instytucje w odpowiednim trybie".
Zawiadomienie do prokuratury
Anna zamierza złożyć do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Określa zachowanie terapeuty jako "przemoc psychiczną".
Dr Magdalena Wiedłocha zdiagnozowała u Anny "zespół stresu pourazowego o obrazie klinicznym złożonego PTSD" oraz "epizod depresji ciężkiej w przebiegu zaburzenia depresyjnego nawracającego".
"Widoczne są utrwalone zmiany w obrazie siebie - obniżenie poczucia wartości i sprawczości, poczucie porażki, wadliwości, przekonanie, że może wywoływać u innych ludzi nieprzyjemne, skrajne emocje" – pisze w opinii psychiatrka.
I dalej: "Objawy pourazowe, które pojawiły się po doświadczeniach w relacji terapeutycznej, aktualnie w największym stopniu wpływają na funkcjonowanie pacjentki oraz - w szczególności te z obszaru zaburzeń organizacji self - przyczyniają się do utrzymywania się objawów depresyjnych".
Pełnomocnik terapeuty: nie zgadza się z zarzutami
W odpowiedzi na pytania Wirtualnej Polski Robert Baron napisał Wirtualnej Polsce, że "ze względu na ich charakter oraz fakt, że dotyczą one relacji terapeutycznej i kwestii objętych tajemnicą zawodową, przygotowanie rzetelnej odpowiedzi wymaga ode mnie czasu na analizę pytań, weryfikację faktów oraz konsultację prawną i zawodową". Zaznaczył też, że "jest zainteresowany" przedstawieniem swojego stanowiska.
Kilka dni później zrobił to za pośrednictwem wspomnianego wcześniej pełnomocnika. Ten przesłał nam oświadczenie.
[...] Z uwagi na obowiązek zachowania poufności oraz konieczność ochrony prywatności osoby, z którą pan Robert Baron prowadził proces terapeutyczny, mój Mocodawca nie podejmuje się publicznej polemiki polegającej na szczegółowym odtwarzaniu przebiegu poszczególnych sesji, ujawnianiu ich treści, omawianiu informacji dotyczących stanu psychicznego osoby korzystającej z terapii ani przedstawieniu pełnego kontekstu poszczególnych wypowiedzi, albowiem obowiązuje go tajemnica zawodowa - czytamy w oświadczeniu.
"Z pełną stanowczością wskazuję, że mój mocodawca nie zgadza się z zarzutami, jakoby stosował przemoc psychiczną wobec którejkolwiek z osób objętych terapią ani z twierdzeniem, że jego celem było poniżanie, upokarzanie lub celowe pogarszanie stanu zdrowia. Nie podzielamy również przedstawionej oceny całego procesu terapeutycznego.
W odniesieniu do przytoczonych przez Państwa wypowiedzi osób trzecich wskazujemy, że pojedyncze cytaty lub fragmenty nagrań - nawet jeżeli są autentyczne - nie stanowią pełnego zapisu procesu terapeutycznego ani nie pozwalają na rzetelną ocenę znaczenia konkretnej wypowiedzi. Nie pokazują bowiem, co daną wypowiedź poprzedzało, w jakim kontekście została ona użyta, jaki był wcześniejszy jak i dalszy przebieg sesji.
Mojego mocodawcę obowiązuje poufność, która uniemożliwia mu publiczne ujawnienie pełnej treści rozmów i informacji stanowiących kontekst tych fragmentów. Nie oznacza to jednak, że przyjmuje on interpretację przedstawianą przez byłą klientkę lub że zgadza się na określanie jego pracy mianem przemocy psychicznej.
Pan Robert Baron nie utożsamia swojej pracy terapeutycznej z "mobilizowaniem pacjenta poprzez wzbudzanie w nim lęku". Nie zgadza się również z twierdzeniem, że jego działania doprowadziły do pogorszenia stanu zdrowia byłej klientki. Ustalenie przyczyn ewentualnych zmian w stanie psychicznym lub zdrowotnym konkretnej osoby wymaga profesjonalnej analizy całego materiału, w tym przebiegu procesu terapeutycznego oraz innych okoliczności mogących mieć znaczenie dla jej funkcjonowania [...] (pełne oświadczenie pełnomocnika publikujemy poniżej).
Komisja etyczna: działaliśmy zgodnie z procedurami
Anna ma żal nie tylko do terapeuty, ale też do Komisji Etyki Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Praktyków Psychologii Procesu oraz Instytutu Psychologii Procesu – to m.in. tam szkolił się Robert Baron w trakcie terapii kobiety. Zarzuca komisji i szkole słabą komunikację oraz bierność.
- Mam poczucie, że rzecznik komisji etyki, który miał mi pomóc skonstruować skargę, bardziej niż mnie, wspierał komisję i szkołę. Padła nawet propozycja, by godzić mnie z terapeutą, a przecież zgłosiłam przemoc - uważa.
- Nie usłyszałam od pani dziekan Instytutu Psychologii Procesu, że doszło do jakiegokolwiek naruszenia. Ostatecznie adwokat Instytutu Psychologii Procesu stwierdził, że placówka nie ingeruje w prywatną praktykę gabinetową i zwrócił mi uwagę, bym uważała na dobra osobiste szkoły. Przyszłam opowiedzieć o swojej krzywdzie, a wyszłam z ostrzeżeniem - dodaje kobieta.
Jakie jest stanowisko Komisji Etyki Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Praktyków Psychologii Procesu oraz Instytutu Psychologii Procesu?
- Komisja nie podziela oceny, że "zniechęcała" osobę skarżącą do działań w opisywanej sprawie. Komisja wykonała swoją pracę zgodnie z procedurami. Po przyjęciu zażalenia i odbyciu wstępnego postępowania wyjaśniającego zgodnie z regulaminem oddaliła skargę - komentuje Maciej Gendek z Komisji Etycznej.
- Komisja oświadcza, że nie otrzymała istotnych dla sprawy materiałów dowodowych, opisanych jako mających miejsce po 29 kwietnia 2025 r., kiedy to pan Robert Baron rozpoczął praktykę w Fundacji Instytut Psychologii Procesu pod superwizją indywidualną - dodaje i zaznacza, że postępowania "objęte są zasadą poufności".
Fundacja Instytut Psychologii Procesu też uważa, że zareagowała, jak należy.
- Fundacja nie była stroną tej relacji terapeutycznej, nie kierowała pani Anny do pana Roberta Barona, nie organizowała terapii, nie prowadziła jej i nie zawierała z panią Anną kontraktu terapeutycznego – zaznacza w stanowisku przesłanym Wirtualnej Polsce Joanna Dulińska-Zaremba, założycielka Instytutu Psychologii Procesu, psychoterapeutka i superwizorka. I podkreśla, że "fundacja traktuje sprawę poważnie".
Według niej, fundacja Instytutu Psychologii Procesu "nie jest podmiotem właściwym do oceny sposobu prowadzenia tej konkretnej terapii ani rozstrzygania zarzutów dotyczących jej przebiegu". Jak tłumaczy, wymagałoby to "analizy całego przebiegu relacji terapeutycznej, w tym informacji objętych poufnością i danych szczególnie chronionych". Fundacja – kontynuuje Dulińska-Zaremba - nie może i nie powinna dokonywać takiej oceny.
- Terapię z panią Anną Robert Baron rozpoczął i przez większość czasu trwania tej terapii prowadził poza IPP - posługując się, jak deklaruje, innymi metodami i pod superwizją osób, z którymi Fundacja nie jest w żaden sposób związana - tłumaczy Dulińska-Zaremba.
Wskazuje, że uprawnienia do prowadzenia terapii w ramach dalszego szkolenia metodą psychologii procesu terapeuta uzyskał w listopadzie 2024 r., a superwizję, która jest warunkiem prowadzenia tą metodą terapii, rozpoczął 29 kwietnia 2025.
- Dopiero od tego momentu Fundacja mogła sprawować nadzór nad sposobem prowadzenia terapii przez Roberta Barona i wyciągać konsekwencje z ewentualnych naruszeń - przekazuje Dulińska-Zaremba.
- Zasadnicze zastrzeżenia oraz materiały przedstawione Fundacji jako podstawa skargi dotyczyły okresu poprzedzającego tę datę, czyli okresu, w którym praca ta nie była jeszcze objęta superwizją IPP – twierdzi założycielka Instytutu Psychologii Procesu.
Dla Anny postawa szkoły jest niezrozumiała, bo – jak podkreśla - opisywane przez nią zachowania terapeuty obejmują także okres po uzyskaniu przez niego uprawnień w IPP.
Tymczasem Fundacja Instytut Psychologii Procesu nie zgadza się ze stwierdzeniem, że była bierna. Dulińska-Zaremba mówi, że przedstawiciele szkoły spotkali się z Anną i zadeklarowali gotowość współdziałania z komisją etyczną, a "zastrzeżenie dotyczące dóbr osobistych, danych osobowych i poufności informacji miało charakter standardowy".
- Prosimy o nieprzedstawianie fundacji jako podmiotu, który prowadził, organizował, zatwierdzał albo sprawował bieżący nadzór instytucjonalny nad terapią pani Anny. Taki opis nie oddawałby roli Fundacji ani charakteru superwizji prowadzonej w ramach szkolenia IPP - kończy Joanna Dulińska-Zaremba (poniżej przedstawiamy całe stanowisko Fundacji Instytutu Psychologii Procesu).
Dr Joanna Gutral: nagrania są szokujące
- Nagrania są dla mnie szokujące. Widziałam różne rzeczy, ale z takim poziomem agresji jeszcze się nie spotkałam. To przemoc psychiczna. Nie ma nic na obronę tych interwencji terapeuty, gdybyśmy się chcieli odnieść do zasad etyki wykonywania zawodu oraz psychoterapii opartej na dowodach – komentuje dr Joanna Gutral, psycholożka i certyfikowana psychoterapeutka poznawczo-behawioralna.
- Nie wiem, skąd terapeuta zaczerpnął pomysł, by w ramach terapii motywować pacjentkę w depresji poprzez wzbudzanie lęku. A mówienie, że "nie ma problemu z rzeczywistością", bo jest w dobrej sytuacji materialnej i dobrze wygląda, to absurdalna dewaluacja objawów depresji. Mogą przecież chorować także osoby o dobrym statusie ekonomicznym – dodaje Gutral.
Według niej, historia ukazuje szerszy problem. Projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty oraz samorządzie zawodowym ciągle jest na etapie prac w Sejmie. Sejmowa Komisja Zdrowia ma wrócić do rozpatrywania projektu we wrześniu 2026 r. po przerwie wakacyjnej.
- Sporo już na ten temat powiedziano, ale to zawsze wraca: w Polsce nie ma jasnych regulacji dotyczących świadczenia psychoterapii, a ustawa, która jest obecnie procedowana, właściwie niewiele zmieni, bo nie odwołuje się do metod o udowodniono naukowej skuteczności. Koncentruje się w dużej mierze na zabezpieczeniu rynku szkoleń psychoterapeutów, nie zaś pacjentów. Jeśli wymyśliłby pan nagle autorską metodę, otworzył jednoosobową działalność i zaczął szkolić, to w myśl nowej ustawy, po akceptacji programu, może pan ją praktykować - tłumaczy specjalistka.
- Psychoterapia to nie tylko rozmowa, a leczenie zaburzeń zdrowia psychicznego metodami psychologicznymi, których skuteczność i bezpieczeństwo są potwierdzone naukowo – dodaje.
Dr Joanna Gutral jest też "bardzo zaniepokojona" reakcją komisji etycznej stowarzyszenia.
- Jakie to ma znaczenie, gdyby okazało się, że tylko części tych naruszeń dopuszczono się, gdy pan pracował w danej metodzie? Co zatem z interwencją w ramach tej części, w której terapeuta był zrzeszony w danym stowarzyszeniu? Mówimy o kimś, kto przynajmniej w teorii, legitymizował się jakimś przygotowaniem i był rekomendowany przez lekarza. Zgadzam się z pacjentką - wygląda, jakby chciano ją po prostu zniechęcić. To jest "spychologia" i nie od tego są komisje etyczne - kończy psychoterapeutka.
Pytanie
- Odbyłam terapię, której tak naprawdę nie było. - mówi Anna. - Czuję jednocześnie żal, złość i smutek. Te emocje mnie przytłaczają. Zakleszczyłam się pomiędzy tym, kim byłam przed terapią i kim jestem teraz.
Jest w innej terapii. Jak mówi, gdy skończy jakąś myśl, milknie i czeka na krytyczne słowa terapeuty.
Przywykła.
Po zakończeniu terapii w styczniu 2026 r. nie miała już z terapeutą żadnego kontaktu. Nie chce go widzieć. Mimo że miałaby do niego wiele pytań. Jedno nie daje jej spokoju.
- Ciągle się zastanawiam, dlaczego traktował tak właśnie mnie. Dlaczego trafiło akurat na mnie? Mam świadomość, że pewnie nigdy się tego nie dowiem. Chciałabym wierzyć, że ludzie są dobrzy, ale po tym, co mnie spotkało, nie umiem nikomu zaufać.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.