"Będzie owcą w stadzie wilków". Brat gen. Różańskiego wstąpił do partii Brauna
- Ppłk rez. Daniel Różański, brat zmarłego gen. Mirosława Różańskiego, wstąpił do partii Grzegorza Brauna. W uzupełniających wyborach do Senatu 22 listopada popiera jej kandydata Tomasza Naruszewicza, rywala swojej bratowej Zdzisławy Różańskiej, wspólnej kandydatki koalicji rządzącej.
- Braun od początku pełnoskalowej wojny powtarza, że "to nie jest nasza wojna". Przekonywał, że Rosja zaatakowała Ukrainę, bo bała się rozszerzenia NATO. Dziś forsuje hasło "Stop ukrainizacji Polski" i twierdzi, że pomagając Kijowowi, rozbrajamy własną armię.
- Różański idzie śladem prezesa tylko częściowo. Nie wierzy w wojnę z Rosją i nie chce oddawać Ukrainie rakiet do Patriotów. Przekazanie postsowieckiego sprzętu uważa jednak za sensowne, a "to nie nasza wojna" odnosi głównie do wysyłania tam polskich żołnierzy.
- Braun chce przyciągnąć wojskowych i obiecuje im piąte miejsca na listach do Sejmu we wszystkich 41 okręgach. Różański jest do dyspozycji, ale na razie widzi się w roli doradcy partii od obronności.
Po sierpniowej śmierci gen. Mirosława Różańskiego, senatora Polski 2050 i byłego dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych, ujawnił się polityczny podział w jego rodzinie. Zdzisława Różańska, wdowa po generale, startuje w zaplanowanych na 22 listopada wyborach uzupełniających do Senatu jako wspólna kandydatka koalicji rządzącej. Tymczasem jej szwagier, ppłk rez. Daniel Różański, weteran misji w Iraku i Afganistanie, pod koniec września wstąpił do Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. W okręgu nr 20 w woj. lubuskim poparł kandydata tej partii Tomasza Naruszewicza.
Tomasz Molga, Wirtualna Polska: Dlaczego wybrał pan akurat partię Brauna, a nie PiS, KO, Lewicę czy inne ugrupowanie? Wojskowi są tak sfrustrowani sytuacją w armii, że wybierają partię buntu?
Ppłk rez. Daniel Różański: W moim przypadku to sprzeciw wobec sposobu zarządzania armią, obsadzania wysokich stanowisk bez odpowiedniego przygotowania i angażowania wojska w politykę. Media opisywały przypadki osób, które miały zawdzięczać stanowiska nie kompetencjom, lecz znajomościom w PSL. Przykładem jest też żona ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza w roli matki chrzestnej samolotu F-35. Żołnierze to widzą i czują, że to słabe.
Jest też zarzut, że mamy "excelową armię" – taką, która kupuje sprzęt, ale nie ma jeszcze pełnych zdolności. Przykładem są incydenty, takie jak upadek rosyjskiej rakiety w lipcu tego roku [w nocy z 29 na 30 lipca rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 spadł na pole w Tarnawie-Kolonii w woj. lubelskim – przyp. red.] czy znalezienie drona na plaży (14 września wojsko wyłowiło z Bałtyku przy plaży w Rusinowie koło Jarosławca rosyjskiego drona typu Gerbera; według Dowództwa Operacyjnego najpewniej przydryfował – przyp. red.). Nie powinno być tak, że obiekty wlatują do Polski, a my nie potrafimy skutecznie zareagować.
Obrona jest najważniejsza. Nie można wybielać takich zdarzeń. Lepiej poznać gorzką prawdę niż udawać, że nic się nie stało. Znam nastroje w wojsku i sądzę, że żołnierze mają dość oszukiwania i pokazywania politycznych plakatów zamiast rzeczywistości.
Pod koniec lipca Braun zapowiedział, że w przyszłorocznych wyborach do Sejmu na piątym miejscu każdej listy jego partii znajdzie się mundurowy: żołnierz, policjant albo inny funkcjonariusz. Uda się zebrać 41 takich kandydatów? Pan będzie jednym z nich?
To są pierwsze krople deszczu. Trudno przewidzieć, czy będzie z tego ulewa. Do wyborów został jeszcze rok, a listy wyborcze nie są jeszcze zatwierdzone. Sam jestem w partii bardzo krótko, jestem w tej dziedzinie szeregowcem. Na razie moją misją jest wsparcie Tomasza Naruszewicza z woj. lubuskiego. Powiedziałem jednak prezesowi Braunowi, że w razie czego jestem do dyspozycji.
Widzi się pan w Sejmie jako poseł Konfederacji Korony Polskiej?
Rozmawialiśmy o tym, że chciałbym zabierać głos w sprawach obronności jako doradca. Moja misja? Trzeba lepiej wykorzystać potencjał ludzi, którzy służyli w wojsku, uczestniczyli w misjach i zdobyli doświadczenie w dowodzeniu. Uważam, że doświadczenie takich żołnierzy powinno być wykorzystywane na przykład w samorządach, nawet na poziomie gmin i zarządzania kryzysowego. Kiedyś państwo zainwestowało w ich przygotowanie i wiedzę, więc warto, by nadal mogli służyć ojczyźnie.
Pańska bratowa Zdzisława Różańska startuje do Senatu. Jak pan ocenia jej decyzję?
Oczekujecie, że miałbym teraz wbić jej szpilę? Życzę jej jak najlepiej. Słyszałem, że propozycję startu złożył jej minister Tomasz Siemoniak. Uważam jednak, że nie jest przygotowana na wejście do świata polityki. Mój brat Mirek, odchodząc z wojska, zasłynął takim pytaniem: "Co jest groźniejsze: stado lwów pod wodzą barana czy stado baranów dowodzone przez lwa?". Słusznie odczytywano to jako krytykę kompetencji dowódców z nadania politycznego. Wracając do tej metafory o zwierzętach, uważam, że bratowa będzie owcą w stadzie wilków. I te wilki ją zjedzą.
Pan poparł jej przeciwnika.
Tak, Tomasza Naruszewicza z Konfederacji Korony Polskiej.
Z kolei Zdzisława Różańska została już zapytana o pana. W rozmowie z portalem Wydarzenia Lubuskie mówiła, że "razem z mężem nie popierali tak skrajnych poglądów" i "izolowali się od takich partii jak Konfederacja". Bardzo się z bratem różniliście?
Jestem od Mirka dziesięć lat młodszy. Kochaliśmy się jak bracia, ale mieliśmy różne poglądy. Mieliśmy też wspólne projekty, jak Fundacja Stratpoints, która miała doradzać politykom w sprawach bezpieczeństwa. Nie odpowiadało mi jednak zapraszanie do współpracy ludzi wywodzących się ze służb PRL.
Takich różnic było więcej. Mirek miał poglądy, powiedziałbym, centrowe i wszedł do Polski 2050 Szymona Hołowni. Ja nie darzę sympatią tego środowiska, warszawskiego salonu i telewizji TVN, włącznie z Jerzym Owsiakiem, który niegdyś wciągnął Mirka w promowanie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Kiedy brat odszedł z wojska i wszedł do polityki, co pan czuł?
Odebrałem to jako abdykację. Wiedziałem, że to już coś więcej niż wojsko, że zaczyna się polityka. Nie było mi łatwo zrozumieć, że można przesunąć środek ciężkości w tę stronę. Trochę się wtedy zawiodłem. W moim świecie najważniejsze są Bóg, honor i Ojczyzna ponad wszystko. Żołnierz ma być dowodzony w prawo – czyli jasno, konkretnie i według określonych zasad, a te w sposób naturalny muszą być i będą prawicowe. Dlatego w pewnym momencie nasze drogi się rozeszły i pojawiły się poważne różnice.
Czy wasze drogi w armii kiedyś się zeszły?
Mieliśmy pakt, że jeśli się da, to nigdy nie wchodzimy sobie w drogę. Mirek pełnił najwyższe funkcje i miał nigdy nie podpisywać decyzji korzystnej dla mnie, żeby nie było zarzutów o nepotyzm, że brat ciągnie brata. Ja szukałem własnej ścieżki. Nie chciałem służyć w wojskach pancernych, bo tam służył Mirek. On był w 34. Brygadzie Kawalerii Pancernej i 11. Dywizji Kawalerii Pancernej, a ja służyłem m.in. w 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej. Później dowodziłem batalionem powietrznodesantowym w Krakowie, a pod koniec służby służyłem w wojskach specjalnych.
Dlaczego obaj wybraliście wojsko?
Nasz tata był mechanikiem w zlikwidowanej już spółdzielni mleczarskiej w Grębocicach (woj. dolnośląskie), mieszkaliśmy w małej miejscowości. Pamiętam, jak ojciec ze łzami w oczach mówił: "synek, nie stać nas na posłanie was na studia do miasta". Wojsko zapewniało wtedy nie tylko wykształcenie, ale też dach nad głową i wyżywienie. Tak to się zaczęło. A ja tak naprawdę miałem zostać księdzem, ale jeden z duchownych powiedział mi, że nie widzi u mnie powołania. Poszedłem więc do wojska – też zakon, ale inne mundury.
Grzegorz Braun od początku rosyjskiej agresji przekonuje, że oddając sprzęt Ukrainie, rozbrajamy naszą armię. Zgadza się pan z prezesem?
Tutaj trzeba rozróżnić sprzęt postsowiecki od nowoczesnych systemów. Czołgi T-72 i PT-91 czy samoloty MiG-29 i Su-22 zastępujemy nowocześniejszym uzbrojeniem, m.in. czołgami K2 i Abramsami oraz samolotami F-35. To zmiana technologiczna, która ma sens. Nigdy nie będę za osłabianiem potencjału naszych Sił Zbrojnych.
A rakiety do Patriotów? W lipcu potwierdziło się, że Polska przekazała Ukrainie pięć pocisków PAC-3 MSE. We wrześniu dowódca operacyjny gen. Ireneusz Nowak przyznał, że szykowane są kolejne. Słusznie?
Zdecydowanie nie popieram przekazania Ukrainie rakiet do systemów Patriot. To broń defensywna, której sami potrzebujemy na czarną godzinę. Wiemy, że Stany Zjednoczone mają ograniczone zapasy i możliwości produkcyjne rakiet i ich odtworzenie po wojnie z Iranem może potrwać nawet dwa lata. Chciałbym więc zapytać: co otrzymaliśmy w zamian? Jeśli nie ma wzajemności we współpracy, także w zakresie technologii dronowych, nie rozumiem takiej decyzji. Nie wolno osłabiać własnych zdolności obronnych.
Grzegorz Braun powtarza: "Ukraina to nie jest nasza wojna". Powie pan tak samo?
Tak, jeśli chodzi o wysyłanie tam polskich żołnierzy, bo były takie pomysły. To wojna narodu ukraińskiego. Ukraina ma własnego prezydenta, sztaby i dowódców. To Ukraińcy powinni decydować, czy kontynuować walkę, czy szukać politycznego zakończenia konfliktu.
Nie można uprawiać geopolityki tak, jakby racja stanu Rzeczypospolitej i racja stanu Ukrainy były tym samym. To są dwie zupełnie różne, że tak powiem, kombinacje logiczne. Możemy wspierać Ukrainę politycznie, ale nie możemy być arbitrem podpowiadającym jej, jak ma prowadzić wojnę. Nigdy nie powiem, że to jest nasza czy polska wojna, ani że prowadzenie tej wojny, zabijanie cywilów itd. jest rzeczą słuszną.
Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 r. rokiem UPA i jej dowódcy Romana Szuchewycza. Jak pan to ocenia?
W wojsku mówiono mi, że mam krótki lont. Od razu mówię, co myślę. To oceniam krótko: decyzje ukraińskich władz są skandaliczne. Nie mogę się zgodzić z ogłoszeniem roku poświęconego Banderze (uchwała dotyczy UPA i jej dowódcy Romana Szuchewycza – przyp. red.). To kolejna rysa na pamięci i wspólnej historii.
Na koniec: Donald Tusk ostrzegał, że Rosja może zaatakować państwo NATO w perspektywie miesięcy, a nie lat. Wierzy pan w scenariusz wojny z Rosją?
Nie. Rosja nie ma obecnie wystarczającego potencjału militarnego, zasobów ludzkich, by prowadzić z nami wojnę kinetyczną. Widać, jak wygląda front na Ukrainie. Stoi. Natomiast nie widzę też sensu w takim konflikcie, gdzie Rosja miałaby wystrzeliwać w nas rakiety, tak jak w Kijów. Co tym osiągną? Sądzę, że tego rodzaju wypowiedzi mają wywołać efekt skupienia społeczeństwa wokół władzy. Polityk nie powinien zwiększać strachu ludzi, mówiąc, że Rosja coś szykuje. Powinien przedstawiać fakty i pokazywać, jak państwo jest przygotowane na zagrożenie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.