Kreml a Polski Październik. Dlaczego czołgi się zatrzymały?
Tym artykułem rozpoczynamy publikację cyklu tekstów poświęconych wydarzeniom Polskiego Października
Po śmierci Józefa Stalina jego następcy, na czele z Nikitą Chruszczowem, chcieli porzucić dotychczasowy styl polityki zagranicznej. "Za pomocą bagnetów można zrobić wiele rzeczy z wyjątkiem jednej, nie można na nich siedzieć" — był to bon mot szczególnie pasujący do relacji Związku Sowieckiego z krajami Europy Środkowo-Wschodniej.
Czytaj nas częściej w Google
Do takiego wniosku prowadziło m.in. powstanie w Niemieckiej Republice Demokratycznej, które wybuchło w czerwcu 1953 r. Moskwa krwawo je stłumiła, jednak jednocześnie uświadomiła sobie, że na dłuższą metę bezpośrednia kontrola nad krajami satelickimi jest nie do utrzymania. Lepszym rozwiązaniem było sprawowanie władzy za pośrednictwem lojalnych, ale cieszących się społecznym poparciem przywódców, którym dawano by większą swobodę w zarządzaniu. Nie oznaczało to rezygnacji z kontroli, lecz zmianę jej metod.
Kreml chciał polegać na sprawdzonych przywódcach. W Polsce takim człowiekiem był Bolesław Bierut, od 1948 r. nieprzerwanie stojący na czele PZPR. Zmarł on jednak 12 marca 1956 r. Według partyjnej legendy jego stan pogorszył się po lekturze tajnego referatu Chruszczowa, który ujawnił część zbrodni popełnionych przez Stalina. Już dwa dni po śmierci Bieruta sowieckie kierownictwo rozmawiało o jego następcy. W grze pozostawali Edward Ochab, lojalny działacz partyjny unikający otwartych konfliktów i Aleksander Zawadzki, polityk z silną pozycją w aparacie. Wybrano Ochaba. Był kandydatem kompromisowym, rozsądnym wyborem w czasie, gdy w PZPR narastały wewnętrzne podziały.
Równocześnie wykształciły się wewnątrz PZPR dwa rywalizujące o władzę stronnictwa: Puławianie i Natolińczycy. Do pierwszych zaliczano m.in. Romana Zambrowskiego i Leona Kasmana, którzy opowiadali się za ograniczoną destalinizacją i reformami. Wśród Natolińczyków prym wiedli m.in. Franciszek Jóźwiak, Aleksander Zawadzki i Zenon Nowak. Ci byli zachowawczy, chętnie sięgali po hasła narodowe oraz antysemickie i mieli dobre kontakty w sowieckim aparacie władzy.
Moskiewskie zasady
W maju 1956 r. w Moskwie spotkały się delegacje z Chruszczowem i Ochabem na czele. Omawiały sprawy gospodarcze, nastroje społeczne oraz sytuację wewnątrzpartyjną. Polska delegacja utyskiwała na obciążenia gospodarcze, które ponosiła na rzecz innych państw bloku. Chodziło szczególnie o węgiel. W marcu 1956 r. jego braki sparaliżowały pracę wielu zakładów, trzeba było zamknąć niektóre szkoły. Takie problemy przekładały się na nastroje Polaków.
Niezadowolenie pogłębiały problemy polityczne. Zbiegły na Zachód pułkownik Józef Światło ujawnił zbrodnie bezpieki; w kwietniu Sejm uchwalił amnestię dla części osób skazanych w stalinizmie. Do tego tajny referat Chruszczowa był tajny już tylko z nazwy — jego lektura otworzyła oczy wielu członkom partii. "Wpływ referatu był wręcz szokujący, szczególnie dla młodzieży i inteligencji" — ostrzegał Ochab.
Polski przywódca zapewniał Sowietów, że sytuacja jest opanowana, ale ostrzegał, że zachodzą niepokojące procesy w całym społeczeństwie: w zakładach pracy, na wsi i wśród inteligencji. Przekonywał, że informacje o nastrojach antysowieckich są przesadzone. Sam wspominał, że jego słowa o zasługach Armii Czerwonej skierowane do załogi Huty im. Lenina wywołały "burzę oklasków". Zapewniał, że "ludność polska rozumie, że Polska potrzebuje stacjonujących wojsk sowieckich". Przyznawał zarazem, że coraz częściej słychać głosy, że Polska nie jest suwerenna. Pojawiały się także pytania o Katyń i współodpowiedzialność ZSRS za upadek Powstania Warszawskiego.
Zróbcie porządek z Gomułką
Chruszczowa niepokoiły podziały w PZPR i słaba kontrola partii nad mediami. Za źródło problemów uważał Puławian. "Jesteśmy zaniepokojeni waszą prasą i jej pozycją" — tłumaczył — "Nie godzi się, aby osoby niepolskiej narodowości odgrywały kierowniczą rolę w prasie". Wymieniał z nazwiska Romana Zambrowskiego, ale jasne było, że wskazywał na Puławian, którzy mieli silne wpływy na różne tytuły prasowe.
Istotne było nie tylko, jakie poglądy miał sam Chruszczow. Antysemicka retoryka współgrała z argumentacją Natolińczyków, którzy zwalczali prominentnych Puławian, wytykając im żydowskie pochodzenie. Sowieccy dyplomaci byli karmieni podobnymi sloganami przez zaufanych, konserwatywnych działaczy PZPR, którzy byli przekonani, że taka narracja zyska w Moskwie zrozumienie. Z punktu widzenia Kremla groźniejszy wydawał się jednak Władysław Gomułka. Ten przedwojenny działacz komunistyczny, były przywódca Polskiej Partii Robotniczej, został odsunięty od władzy, a w latach 1951-1954 był więziony pod zarzutem "odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego".
W 1956 r. powszechnie identyfikowano go już jednak jako polityka, którego ukarano za obronę suwerenności polskiej partii komunistycznej w relacji z Kremlem. "Musimy jeszcze porozmawiać o Gomułce" — zagadnął Chruszczowa Aleksander Zawadzki, dodając, że jego temat powracał niemal na każdym zebraniu poświęconym tajnemu referatowi. Chruszczow uciął rozmowę: "Nie możecie dopuścić, by Gomułka stał się symbolem."
Majowe rozmowy upewniły Sowietów, że ich strategiczne interesy są realizowane: lojalność Polski miała zapewniać odpowiednia obsada kierownictwa, która zadba o uspokojenie sytuacji społecznej i będzie utwierdzać obywateli w konieczności utrzymania polsko-sowieckiego sojuszu. Puławianie byli problemem, obawy budził Gomułka. Chruszczow był jednak przekonany, że kontroluje sytuację. Kolejne tygodnie pokazały, jak bardzo się mylił.
Droga do Października
Pierwszym wstrząsem były masowe protesty mieszkańców Poznania w czerwcu 1956 r. Sowieckie kierownictwo postanowiło przedstawić je w mediach jako spisek sił imperialistycznych, chcących rozbić jedność socjalistycznej wspólnoty. Chruszczow znał jednak problemy gospodarcze Polski — tłumaczył mu to Ochab, dyplomaci pisali o tym w szyfrogramach.
Na początku lipca 1956 r. drugi sekretarz ambasady ZSRS w Warszawie spotkał się z zastępcą kierownika Wydziału Propagandy i Agitacji KC PZPR. Dołączył do nich Andrzej Werblan, ówczesny szef tego wydziału, dziś znany historyk dziejów PRL. — Sytuacja w naszym kraju jest obecnie ciężka — pomstował Werblan. — "Poziom życia jest niski i nie poprawił się jak w innych krajach, a wręcz spadł. Wszyscy odczuwają to na własnej skórze".
Jakby tego było mało, Gomułka szykował swój powrót do polityki. W czerwcu Pantielejmon Ponomarienko, nowy ambasador ZSRS w Warszawie, tłumaczył swojemu chińskiemu odpowiednikowi, ambasadorowi Wang Bingnanowi, że Gomułka "może pozostać w partii, ale nie powinien obejmować stanowisk kierowniczych". W sierpniu Franciszek Mazur, czołowy Natolińczyk, ostrzegał radcę sowieckiej ambasady Piotra Turpitkę, że wielu członków KC chce, aby Gomułka uczestniczył w partyjnym plenum. Przewidywał, że jego popularność może nawet zapewnić awans na wysokie stanowisko rządowe. Władysław Kruczek, inny Natolińczyk, informował Moskwę, że Gomułka żąda pełnej rehabilitacji i powrotu do Komitetu Centralnego.
Moskwa spodziewała się więc powrotu Gomułki, ale nie przewidziała skali politycznego przesilenia. Tracący systematycznie poparcie Ochab złożył rezygnację i zaproponował włączenie Gomułki do Biura Politycznego, a premier Józef Cyrankiewicz wysunął pomysł powierzenia mu kierowania partią. Gomułka dostał też faktyczną swobodę w doborze nowego składu Biura. Lista kandydatów została przedstawiona 17 października, chwilę przed plenum. Znaleźli się na niej przede wszystkim Puławianie i współpracownicy Gomułki. Pominięto Konstantego Rokossowskiego — marszałka Polski, ministra obrony narodowej, a zarazem marszałka ZSRS, czyli człowieka gwarantującego wpływ Kremla na polskie wojsko. Moskwa uznała to za przekroczenie granicy.
- PRZECZYTAJ: Jak polskie kino pokazywało okres stalinizmu
Kryzys
Chruszczow natychmiast zażądał od Ochaba przełożenia plenum KC PZPR. Na próżno. W tej sytuacji 18 października sowieckie kierownictwo postanowiło wysłać do Warszawy delegację oraz ostrzec sojuszników o nasilającym się kryzysie. Jednocześnie minister obrony Gieorgij Żukow podniósł gotowość bojową Północnej Grupy Wojsk stacjonującej w Polsce oraz Floty Bałtyckiej i jednostek Nadbałtyckiego Okręgu Wojskowego.
Polskie kierownictwo apelowało o przełożenie przylotu delegacji, ale Chruszczow nie ustąpił. 19 października wylądował w Warszawie. Według relacji Anastasa Mikojana, członka sowieckiej delegacji, kiedy Chruszczow zobaczył z okna samolotu, że na płycie lotniska Ochab, Cyrankiewicz i Gomułka stoją w oddaleniu od Rokossowskiego, wpadł w szał. "Popatrzcie, do czego doszło! Bohatera nawet blisko do siebie nie dopuszczają!" — krzyczał.
Po wyjściu z samolotu skierował się prosto do Rokossowskiego i generałów, Ochabowi rzucił kilka słów o zdradzie, a reszcie komitetu powitalnego wytykał szerzenie nastrojów antysowieckich. "Zapomnieliście, że przed wami, w NRD, stoją nasze wojska? Nawet nie chcieliście, żebyśmy przyjechali na plenum. Jak można to tolerować?" Równocześnie z rozmowami zaczynała się faktyczna sowiecka interwencja wojskowa, a stacjonujące na terenie Polski sowieckie dywizje ruszały w stronę Warszawy.
Rozmowy prowadzono w Belwederze. Wypowiedzi Chruszczowa wskazywały, że nie chodziło mu tylko o kwestie personalne — obawiał się o utrzymanie strategicznej pozycji ZSRS w Europie. Był przekonany, że Polska może zwrócić się ku Zachodowi oraz dążyć do usunięcia sowieckich wojsk ze swojego terytorium. Napiętnował najbardziej — jego zdaniem — bulwersujące decyzje personalne, czyli usunięcie z Biura Politycznego Konstantego Rokossowskiego, Franciszka Jóźwiaka, Zenona Nowaka i Edwarda Gierka. "Nie możemy do tego dopuścić — ostrzegał — i jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować". Groźba była realna — rozmowy przerwały informacje o sowieckich czołgach zmierzających w stronę stolicy.
Chruszczow obwiniał Polaków, że sami stworzyli atmosferę zagrożenia. "Kim jesteśmy — wrogami? Po co podnieśliście szum o sowieckiej ingerencji w sprawy Polski?". Gomułka się nie cofał: "Bo to jest ingerencja". Zażądał od Chruszczowa, aby ten wydał marszałkowi Iwanowi Koniewowi rozkaz wycofania dywizji. Sowiecka delegacja wyraziła zgodę, po czym próbowała odwrócić kota ogonem. Tłumaczono, że ruchy jednostek były wcześniej zaplanowanymi manewrami. "Dlaczego nie wiecie, że trwają zwykłe ćwiczenia?" — pytał Mikojan. Gomułka odparł, że trudno będzie wytłumaczyć Polakom, że manewry rozpoczęły się dokładnie w chwili przybycia sowieckiej delegacji.
Główne siły dwóch dywizji — pancernej i zmechanizowanej — dotarły w rejon Łodzi i Włocławka, a część oddziałów aż pod Łowicz i Sochaczew. Wieczorem 19 października wstrzymano ich marsz, ale do koszar wróciły dopiero po kilku dniach.
Tymczasem w Belwederze Chruszczow kontynuował tyradę. Tłumaczył, że kryzys w Polsce zagrozi połączeniom z wojskami w NRD, stanowiącymi "pierwszą linię obrony" bloku. Przypominał o udzielonej pomocy gospodarczej i oskarżał Polaków o niewdzięczność. Ostatecznie jednak delegacja wróciła do Moskwy bez ustępstw ze strony polskiej.
Czy Moskwa wkroczy?
Sowieccy przywódcy odlecieli do Moskwy nad ranem 20 października. Po powrocie zebrało się sowieckie kierownictwo. Zachowany zapis posiedzenia jest skrótowy i niejednoznaczny: "Wyjście jest tylko jedno — położyć kres temu, co dzieje się w Polsce. Jeśli Rokossowski pozostanie [na stanowisku], należy wówczas przeczekać. Manewry. Przygotować dokument. Powołać komitet. Poważny błąd ambasadora w ocenie Ochaba i Gomułki".
Na posiedzeniu 21 października rozważano dwie możliwości: wpływać na sytuację i obserwować jej rozwój albo zdecydować się na interwencję. Dwie dywizje, wsparte demonstracją Floty Bałtyckiej u wybrzeży i podwyższoną gotowością w zachodnich okręgach Związku Sowieckiego, mogły posłużyć do zastraszenia Gomułki w czasie negocjacji, ale do złamania zbrojnego oporu potrzebna byłaby mobilizacja na dużo większą skalę.
Chruszczow ostatecznie stwierdził, że należy zrezygnować z użycia wojska i "okazać tolerancję". Prezydium poparło tę decyzję jednogłośnie. Wyraziło też zgodę na odwołanie sowieckich generałów i oficerów służących w polskim wojsku. W sprawie węgla zapisano: "im wcześniej zrezygnujemy z polskiego węgla, tym lepiej".
Historycy długo spierali się, dlaczego Moskwa nie poszła o krok dalej. W polskim kierownictwie partyjnym już w latach pięćdziesiątych krążyły opowieści, że do zmiany stanowiska Kremla przyczynił się Pekin. Po 1989 r. interpretacja o rozstrzygającej roli Chin stała się popularna, m.in. za sprawą prac Andrzeja Werblana.
Odtajniane sowieckie i chińskie dokumenty komplikują ten obraz. Brak jest dowodów na to, że w kluczowym momencie Moskwa omawiała z Pekinem kwestię interwencji. Początkowo informowano Chiny głównie o kryzysie politycznym, wiadomości o ruchach wojsk dotarły tam później. Mao Zedong, stojący na czele chińskiej partii komunistycznej, nie wpłynął na wydany w czasie negocjacji w Belwederze rozkaz o odwołaniu marszu na Warszawę. O ruchach wojsk dowiedział się najprawdopodobniej z zagranicznych depesz. Miał zresztą później pretensje do Sowietów, że nie był należycie informowany.
Liu Shaoqi, jeden z najważniejszych przywódców po Mao Zedongu, w notatce z listopada 1956 r. nie przypisywał Chinom zasługi za wstrzymanie interwencji. Według jego zapisu wytyczne dla Chruszczowa brzmiały: "należy ustąpić o krok, uznać zreorganizowane przez nich Biuro Polityczne, współpracować na zasadzie równości, starać się, by Polska pozostała w obozie socjalistycznym, w Układzie Warszawskim". Ani słowa o wojsku. Teza o decydującym wpływie Pekinu opiera się więc w dużej mierze na późniejszych wypowiedziach chińskich przywódców, które także wzbudzają wątpliwości.
Mao powiedział pod koniec października 1956 r. polskiemu ambasadorowi Stanisławowi Kirylukowi, że delegacja Liu Shaoqi przekonała Chruszczowa do uznania nowych władz PZPR, ale nie wspomniał przy tym o groźbie wprowadzenia wojska. W listopadzie Liu pisał o sowieckich groźbach i ruchach wojsk, ale nie twierdził, że to Chiny powstrzymały interwencję. Podobnie premier Chin Zhou Enlai w styczniu 1957 r. nie eksponował zasług chińskich.
Istotną poszlaką na poparcie tezy, że to Chiny powstrzymały interwencję, był szyfrogram ambasadora Kiryluka, w którym zrelacjonował rozmowę z Mao z grudnia 1956 r. Chiński przywódca miał wtedy powiedzieć, że Sowieci zwrócili się do Pekinu o aprobatę użycia siły w Polsce i spotkali się z odmową. Problem polega na tym, że oficjalna chińska kronika tego spotkania to pomija. Słowa o ratunku przypisuje za to Kirylukowi, który miał stwierdzić: "wszyscy uważamy, że to dzięki pomocy Chin uniknęliśmy niebezpieczeństwa wydarzeń takich jak na Węgrzech". Wszystko wskazuje na to, że rola Pekinu — marginalna w chwili trwania kryzysu — rosła z czasem w opowieściach polityków.
Chińskie źródła mogą być również pomocne w zrozumieniu samego Chruszczowa. Liu Shaoqi, który rozmawiał z nim osobiście w październiku 1956 r., zapisał, że sowiecki przywódca przyznał się do błędnej oceny sytuacji: "początkowo mieli wobec wydarzeń w Polsce pewne bezpodstawne podejrzenia, zastosowali brutalne metody, przemieścili wojska, w rozmowach spierali się grubiańskim tonem. Później stwierdzili, że ich podejrzenia były bezpodstawne, a także poznali opinię Chin, dlatego zmienili kurs i przygotowują się do uznania nowego kierownictwa partii polskiej".
Chruszczow zapewne nieadekwatnie oceniał sytuację w Polsce. Mogło to być wynikiem m.in. stronniczych depesz płynących z Warszawy oraz błędów w pracy sowieckiej dyplomacji. Ostatecznie dwóch kolejnych ambasadorów odwołano z powodu zastrzeżeń do trafności przekazywanych ocen.
Wydarzenia drugiej połowy 1956 r. zaskoczyły Kreml. W maju polscy przywódcy zapewniali, że sytuacja jest trudna, ale pod kontrolą. Miesiąc później robotnicy wyszli na ulice Poznania, a jesienią Moskwa stanęła w obliczu wydarzeń, które uznała za zagrożenie swojej pozycji geopolitycznej. Ochab, któremu zaufano, pomógł otworzyć drogę do władzy Gomułce. Z punktu widzenia sowieckiego przywódcy wyglądało to na zdradę.
Chruszczow zareagował gwałtownie. Historyk William Taubman, autor jego monumentalnej biografii, oceniał, że sowiecki przywódca "wykazał się niewiedzą, wywierał prymitywne naciski, szukał rozwiązania w sposób rozpaczliwy i niezdecydowany". Kilka tygodni po kryzysie podobnie pisał Liu Shaoqi: Chruszczow był jego zdaniem elastyczny i wprowadzał reformy, ale "zmienia zbyt wiele i zbyt szybko, bez gruntownego przemyślenia, brak mu przewidywania, nie ma kilku wariantów planu". Zabrakło mu wyobraźni politycznej oraz wiedzy potrzebnej do podjęcia trafnych decyzji.
Gdy pod koniec października 1956 r. sowieckie kierownictwo rozważało użycie wojska w Budapeszcie, jego członkowie sami zaczęli podkreślać różnice między sytuacją Węgier i Polski. Członkowie Prezydium Łazar Kaganowicz i Michaił Susłow oraz minister obrony Gieorgij Żukow mówili, że sytuacja obu krajów jest zupełnie inna. W Polsce władze zachowały kontrolę nad państwem, nikt nie domagał się rewidowania międzynarodowych sojuszy. Na Węgrzech załamywał się dotychczasowy porządek, a żądania obejmowały wycofanie wojsk sowieckich i opuszczenie Układu Warszawskiego.
Gomułka nie zamierzał bezwarunkowo podporządkować się Moskwie, ale utrzymał kontrolę nad krajem i pozostał gwarantem nienaruszalności sojuszy. W 1963 r. Prezydium KC KPZS omawiało pomysł redukcji wydatków zbrojeniowych, m.in. przez zmniejszenie liczebności wojsk stacjonujących w Polsce. Chruszczow pytał, po co sowieckie wojska stoją w Polsce, i relacjonował, że Gomułka oburzył się, kiedy próbował omówić z nim ten pomysł. Polacy "zawsze byli niezadowoleni, kiedy wojska stały w Polsce, a teraz nie chcą, żeby odeszli" — wspominał.
Gomułka był dla Kremla partnerem do negocjacji. Nielubianym, często trudnym. Uznano jednak, że lojalność Polski zależy od silnego przywódcy gotowego utrzymać sojusz, a nie tylko od "ludzi Moskwy". W 1959 r. Chruszczow nazwał 1956 r. "okresem zamętu", a Polskę "niesterowną". Nikt nie chciał powtórki.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.