Rosja tworzy "homo putinicus". Nowy system ma przetrwać śmierć Putina

W dniach 18-20 września Rosjanie zagłosują w wyborach do Dumy Państwowej. Ich przebieg wskazuje na proces przebudowy rosyjskiego społeczeństwa. O zmianach zachodzących w Rosji rozmawiamy z dr. Andrzejem Szabaciukiem, analitykiem Instytutu Europy Środkowej oraz wykładowcą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Jakub Krzywiecki, Interia: Czym są wybory w Rosji w 2026 roku?
Dr Andrzej Szabaciuk: To inscenizacja, która ma udowodnić, że Władimir Putin cieszy się poparciem większości sił politycznych i obywateli. To teatr, w którym przeciwnicy władzy kreowani są na skorumpowanych zdrajców i agentów Zachodu, życzących Rosji upadku.
Patriarcha Cyryl na zaplecze frontu wysyła relikwie św. Dymitra Dońskiego, symbolu walki z obcym zagrożeniem, aby wzmocnić ducha bojowego armii. To kuriozum, które po raz ostatni było w Rosji obecne w czasach carskich
Czy nadciągające wybory jakkolwiek będą się różnić od dotychczasowych?
- W obecnych wyborach startują weterani, którzy walczyli przeciwko Ukrainie. W ten sposób reżim ewidentnie zmierza w kierunku zaostrzenia modelu autorytarnego, w ramach którego Putin tworzy nowe, w pełni lojalne elity.
- Rządowy program "Czas bohaterów" zakłada, że weterani wojenni mają być nowymi liderami. Są kandydatami w wyborach na szczeblu lokalnym i ogólnopaństwowym, mają obejmować stanowiska urzędnicze, a także znajdować zatrudnienie w szkolnictwie, spółkach państwowych i firmach zależnych od władz obwodowych.
Co Putinowi daje tworzenie takich elit?
- Mamy do czynienia ze scentralizowanym modelem, w którym cały system jest podporządkowany poleceniom de facto jednej osoby i jej otoczenia. Państwem kieruje wąski krąg władzy. Nie ma w nim miejsca na sprzeciw. Każdy, kto krytykuje Putina lub jego politykę, nie może czuć się bezpiecznie.
- Sam prezydent wywiera rosnącą presję na biznesmenów, gubernatorów i przedsiębiorstwa, by finansowały wojnę. Wybory do Dumy Państwowej mają jedynie pokazać, że zdecydowana większość Rosjan to akceptuje.
Oprócz weteranów na liście wyborczej Jednej Rosji, która jest zapleczem politycznym Putina, są też nazwiska znane od lat. Przewodniczącym partii jest Dmitrij Miedwiediew, na szczycie listy znajduje się nazwisko Siergieja Ławrowa. Rosjanie nie są nimi zmęczeni?
- Oni są jastrzębiami kremlowskiej propagandy. Ich rolą jest budowanie narracji, że za wszystko, co w Rosji najgorsze - biedę, problemy z paliwem i zaopatrzeniem, niskie płace czy rozpadające się drogi - odpowiada Zachód.
- Wojna i rzekome zagrożenie zewnętrzne skutecznie odciągają uwagę obywateli od problemów wewnętrznych, trudnej sytuacji gospodarczej oraz całkowitego braku pomysłu na reformy i modernizację państwa. W Rosję uderza do tego kryzys demograficzny, którego władzom nie udało się skutecznie wyhamować.
- Zamiast wprowadzać niepopularne, lecz konieczne zmiany systemowe, elitom na Kremlu znacznie łatwiej przychodzi wskazywanie zewnętrznego wroga jako winnego wszelkiego zła. Dmitrij Miedwiediew, Siergiej Ławrow i nowa elita weteranów mają szukać winnych wszędzie, byle tylko nie w samej Rosji.
Zamiast wprowadzać niepopularne, lecz konieczne zmiany systemowe, elitom na Kremlu znacznie łatwiej przychodzi wskazywanie zewnętrznego wroga jako winnego wszelkiego zła
I to działa?
- Niestety, do części społeczeństwa ten przekaz przemawia. My z kolei nie mamy dzisiaj silnej kontrnarracji, nie jesteśmy w stanie przebić się do Rosjan z alternatywnym obrazem rzeczywistości.
- Władza skutecznie blokuje opozycyjne media i dostęp do informacji z Zachodu, przejmując coraz większą kontrolę nad internetem i mediami społecznościowymi. To wszystko są już symptomy nie tyle autorytaryzmu, co wręcz państwa totalitarnego, w którym pogłębia się inwigilacja obywateli.
Na ile w ogóle rosyjskie wybory są uczciwe? Czy mogą nam coś powiedzieć o nastrojach w kraju?
- W Rosji ok. 5 proc. głosów oddawane jest obecnie elektronicznie. Do tej formy głosowania zachęcani - a w praktyce przymuszani - są szczególnie pracownicy sektora publicznego, w tym przede wszystkim urzędnicy państwowi.
- Głównym celem tego zabiegu jest sztuczne zawyżenie frekwencji wyborczej. Oczywiście władze oficjalnie zapewniają, że cały proces jest w pełni anonimowy, ale w rosyjskich realiach trudno w to uwierzyć. Z tego powodu osoby zatrudnione na państwowych stanowiskach po prostu nie zaryzykują oddania głosu przeciwko Putinowi czy Jednej Rosji.
- Dodatkowo nie mamy żadnej pewności, na ile oficjalne wyniki głosowania elektronicznego mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Podobnie wygląda kwestia mobilnych komisji wyborczych, które wprost ułatwiają fałszerstwa, a także głosowanie w zamkniętych placówkach, takich jak więzienia czy szpitale.
Zakładając, że plan się powiedzie i wybory pokażą poparcie dla Putina, ułatwi to trudne społecznie decyzje? Od tygodni analitycy komentują możliwość szerokiej mobilizacji w Rosji, choć sam Putin temu zaprzeczał.
- Najpewniej po wyborach nastąpi zaostrzenie polityki i eskalacja wojny. Nie wierzę, że nagle Putin ogłosi mobilizację i z dnia na dzień powoła pod broń pół miliona ludzi. Politycznie wyglądałoby to bardzo źle. Natomiast może dojść do cichej mobilizacji na szerszą skalę.
- Bez zwiększenia liczby żołnierzy Rosjanie nie są w stanie wygrać wojny. Mimo masowego stosowania bezzałogowych systemów, rakiet czy bomb szybujących, to człowiek pozostaje fundamentem prowadzenia wojny. Ktoś musi siedzieć w okopie, musi zajmować i utrzymywać pozycje.
- Żołnierzy po prostu brakuje, Rosja co miesiąc traci ich ponad 30 tys. Mimo zachęt finansowych jest coraz mniej osób gotowych dobrowolnie walczyć po stronie Rosji, więc koniecznością może okazać się pobór przymusowy.
Tworzenie nowych elit, centralizacja władzy, zero tolerancji dla jakiegokolwiek sprzeciwu. Dokąd zmierza Rosja?
- W pewnym sensie wracamy do najciemniejszych, najgorszych czasów stalinowskich. W sowietologii funkcjonuje pojęcie homo sovieticus. Teraz mamy do czynienia z czymś podobnym - homo putinicus.
Co to za byt?
- Nie chodzi wyłącznie o tworzenie nowych elit z weteranów. Militaryzacja, kult Władimira Putina, niechęć do Zachodu, a także heroiczna wizja przeszłości z centralnym miejscem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej są wpajane w Rosji od najmłodszych lat. Ten proces zaczyna się już w przedszkolu.
Teraz mamy do czynienia z homo putinicus. Nie chodzi wyłącznie o tworzenie nowych elit z weteranów. Militaryzacja, kult Władimira Putina, niechęć do Zachodu, a także heroiczna wizja przeszłości (...) są wpajane w Rosji od najmłodszych lat
- Aktywnie włączyła się w to również Cerkiew. W swojej najnowszej książce "Wojna. Poza granicami widzialnych przyczyn i skutków" patriarcha Cyryl przedstawia agresję na Ukrainę jako "świętą wojnę" i eschatologiczne starcie dobra ze złem. W jego ujęciu Rosja jest katechonem, który ma ochronić świat przed zepsuciem Zachodu.
Jak widać, w tej wojnie wszystkie ręce na pokład.
- Możemy więc mówić o całym spektrum narracji - obecnym w mediach, szkole, pracy i w Cerkwi - którego celem jest wykreowanie nowego człowieka. Homo sovieticus odwoływał się do ideologii socjalistycznej, choć w schyłkowym okresie stalinizmu łączył się z wyraźnym komponentem nacjonalistycznym.
- Dziś obserwujemy sytuację analogiczną, z tą różnicą, że obecnie Cerkiew jednoznacznie wspiera władzę na skalę nieporównywalnie większą niż w czasach sowieckich.
Jak bardzo Cerkiew angażuje się we wsparcie polityki Putina?
- Patriarcha Cyryl apeluje o mobilizację, błogosławi idących na front i święci przekazywane żołnierzom krzyżyki. Na zaplecze frontu wysyła relikwie św. Dymitra Dońskiego, symbolu walki z obcym zagrożeniem, aby wzmocnić ducha bojowego armii. To kuriozum, które po raz ostatni było w Rosji obecne w czasach carskich. Mamy zatem do czynienia z mieszanką carskiego nacjonalizmu i sowieckiej ideologii w jej najgorszym wydaniu.
To połączenie funkcjonuje wyłącznie w kontekście polityka Putina czy zmienia Rosję definitywnie, niezależnie od jego rządów?
- Wszystko to sprawia, że nawet po zakończeniu działań zbrojnych będziemy sąsiadować z państwem skrajnie nacjonalistycznym, zmilitaryzowanym, straumatyzowanym wojną i sterroryzowanym politycznymi represjami. Co więcej, państwem głęboko przekonanym o swojej wielkości i dziejowej misji, dla którego Zachód stanowi uosobienie antychrysta.
- Koniec wojny nie rozwiąże problemu Rosji. Nacjonalizm jest mocno zakorzeniony nawet wśród marginalizowanych przeciwników Putina i części opozycji. Jeśli ktoś łudzi się, że po śmierci prezydenta Rosja z dnia na dzień stanie się liberalną demokracją gotową do współpracy z Europą, to zachodzące tam dziś procesy brutalnie dowodzą, że nie ma na to najmniejszych szans.
Niewielkie są też szanse, by Rosja zgodziła się zakończyć wojnę. W sierpniu "The Economist" opublikował relację z otoczenia Putina. Prezydent Rosji miał powiedzieć, że "powieszą go", jeśli rezultat wojny będzie niezadowalający.
- Sugeruje on, że ma za sobą środowiska jeszcze bardziej radykalne niż on sam, które postulują użycie chociażby broni masowego rażenia czy wręcz rozpoczęcie otwartej wojny z Zachodem. Putin nie ma innego pomysłu na wyjście z kryzysu i poprawę swoich notowań. Dlatego z jego perspektywy stałe eskalowanie konfliktu oraz straszenie zarówno Zachodu, jak i Ukrainy, pozostaje jedynym rozwiązaniem.
Rozmawiał Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl
"Polityczny WF": Konfederacja nie chce powtórzyć błędu. Koryguje taktykęINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.