Wybory w Izraelu. Co, jeśli Netanjahu przegra?
Nawet jeśli w wyniku jutrzejszych wyborów Benjamin Netanjahu utraci władzę, polityka zagraniczna nowego rządu, relacje z Waszyngtonem i izraelska wizja przyszłości Bliskiego Wschodu niewiele się zmienią.
W piątek palestyńscy terroryści zabili w Hebronie dwóch izraelskich żołnierzy. Rząd Benjamina Netanjahu obwieścił, iż był to jedynie pierwszy etap "większej operacji terrorystycznej", ogłosił blokadę Zachodniego Brzegu i zapowiedział odwet, m.in. w postaci wyburzania domów arabskich rodzin.
Chciałoby się rzec: nihil novi sub sole. Spirala terroru, przeplatana bezlitosnymi reakcjami izraelskiej armii, które tę spiralę jeszcze bardziej nakręcają. Nienawiść jednej strony żywiąca się nienawiścią tej drugiej. Bez końca i bez widoków na choćby minimalne odprężenie.
WIDEO
Izrael chce reedukować Polaków? | Marek Magierowski, Zbigniew Parafianowicz | BEZ DOKTRYNY #7
WIDEO
"Mr. Security" w kuloodpornej kamizelce
Wypadki w Hebronie miały miejsce na cztery dni przed wyborami do Knesetu, izraelskiego, jednoizbowego parlamentu. Notabene, pierwszymi od czasu masakry 7 października 2023 r.
Premier Benjamin Netanjahu natychmiast wystąpił przed kamerami telewizji, z ponurą miną, ubrany w kamizelkę kuloodporną, znów pozując na męża opatrznościowego narodu żydowskiego. Jedynego polityka, który jest w stanie kierować państwem i podejmować odważne decyzje w momencie, gdy Izrael stoi przed egzystencjalnym zagrożeniem. Ze strony palestyńskich terrorystów, ze strony Iranu, a także w obliczu rosnących w siłę wszelkiej maści antysemitów: w Europie i Stanach Zjednoczonych.
Netanjahu – sam obciążony bagażem afer łapówkarskich, skompromitowany aliansem z rasistowskimi partiami we własnym rządzie, ścigany przez Międzynarodowy Trybunał Karny jako zbrodniarz wojenny – zdaje sobie sprawę, że tylko wizerunek "Mr. Security" może go uratować przed utratą władzy.
Tyle że dziś jego głównym rywalem jest człowiek, którego można by opisać podobnie i nadać mu ten sam przydomek. Tym trudniej zatem obecnemu liderowi prawicy stroić się w piórka wyjątkowego "pana od bezpieczeństwa".
Gadi Eizenkot – generał, były szef izraelskiej armii, wcześniej zaś dowodzący słynną, elitarną brygadą "Golani", weteran dwóch wojen w Libanie – nie jest wprawdzie obdarzony takim talentem oratorskim jak Netanjahu, słabo mówi po angielsku, ubiera się w dżinsy i T-shirty. Ma wyraźną nadwagę i twarz raczej radiową. Okazuje się jednak, że w starciu z wymuskanym Netanjahu, w idealnie dopasowanym garniturze, z jego nienaganną angielszczyzną, Eizenkot, rozchełstany i nieporadny medialnie, budzi coraz większą sympatię i zaufanie.
Dodajmy, że w grudniu 2023 r. jego syn Gal zginął w wyniku wybuchu bomby w tunelu, podczas operacji w Strefie Gazy. Na wojnie polegli też jego dwaj bratankowie (jeden z nich dzień po śmierci syna). Historia zaiste hiobowa.
To między innymi z tego powodu były dowódca sztabu generalnego jest postrzegany przez wielu rodaków jako "człowiek z naszego podwórka". Uosobienie odwagi, poświęcenia, niekłamanego patriotyzmu, ale jednocześnie skromności i pokory.
Eizenkot urodził się w rodzinie Żydów marokańskich, jest zatem mizrachi i byłby pierwszym premierem w historii o korzeniach północnoafrykańskich. Do tej pory w izraelskiej polityce, zwłaszcza na najwyższych stanowiskach, dominowali Żydzi aszkenazyjscy, wywodzący się z krajów europejskich. Zresztą w dużej mierze z Polski – tak jak Netanjahu, którego ojciec Benzion urodził się w Warszawie, i tak jak pochodzący z Płońska pierwszy przywódca Izraela Dawid Ben-Gurion czy Menachem Begin studiujący przed wojną prawo na Uniwersytecie Warszawskim, a potem służący w Armii Andersa.
Odwieczny remis
Eizenkot byłby więc pierwszym premierem mizrachi… Czy nim jednak zostanie?
Większość sondaży wskazuje na remis między obozem prawicy (Likud Benjamina Netanjahu plus jego radykalniejsi pobratymcy) oraz centrolewicą, gdzie kluczową siłą jest partia Jaszar (Prosto) Eizenkota.
W Knesecie jest tylko 120 miejsc, więc sondażownie – by ułatwić sobie sprawę – nigdy nie podają odsetków wyborców wyrażających poparcie dla tego czy innego ugrupowania. Publikują w zamian gotową liczbę mandatów, w dodatku sumując od razu wynik wszystkich koalicjantów z obu rywalizujących bloków. Jednego dnia prawica dostaje 58 foteli, lewica 56. Następnego dnia jest odwrotnie. I tak od wielu miesięcy. W ostatnich cyklach wyborczych w Izraelu – w przeciwieństwie np. do wielu krajów europejskich – przewidywanie rezultatów i prognozowanie, kto zostanie nowym szefem rządu, było jak rzucanie monetą.
Tym bardziej że języczkiem u wagi w parlamencie niezmiennie były i są partie arabskie, mające zazwyczaj od kilku do kilkunastu deputowanych (w tej kadencji jest ich dziesięciu). Jeśli obóz "anty-Bibi" miałby przejąć władzę, musiałby porozumieć się właśnie z nimi. Tak było pięć lat temu, gdy do centrowej koalicji z Naftalim Bennettem na czele przyłączyła się partia Ra’am. Dziś jednak nawet nieoficjalne wsparcie dla ewentualnego, mniejszościowego rządu Eizenkota nie wchodzi w grę. Spośród czterech partii tworzących opozycyjny blok tylko jedna – Demokraci, najbardziej lewicowa – nie wykluczyła takiego scenariusza.
Albowiem po 7 października 2023 r. jakakolwiek kolaboracja z arabskimi frakcjami w Knesecie jest tematem tabu. Sam Eizenkot, na co dzień brat łata, kiedy mówi o relacjach izraelsko-palestyńskich, już taki miły nie jest.
Opowiada się np. za rozbudową osiedli żydowskich, co w przypadku terytoriów okupowanych jest niezgodne z prawem międzynarodowym (choć, gwoli ścisłości, najbardziej agresywnych osadników Eizenkot nazywa "terrorystami"). Jego sojusznik, wspomniany wcześniej Naftali Bennett, chciałby formalnie anektować większość Zachodniego Brzegu i zdecydowanie odrzuca koncepcję rozwiązania dwupaństwowego. Sam Bennett pochodzi ze środowiska kolonistów i swego czasu stał na czele tzw. Rady Jesza, skupiającej burmistrzów 24 miast i – formalnie – reprezentującej interesy 500 tysięcy mieszkających tam Żydów.
W ciągu ostatnich trzech lat nastroje w Izraelu przesunęły się mocno na prawo, a stosunek do arabskich obywateli i do "sprawy palestyńskiej" gwałtownie się pogorszył. To głównie dlatego Netanjahu nadal może liczyć, iż zachowa premierostwo. Dlatego jego partnerzy Itamar Ben-Gwir i Becalel Smotricz – budzący wśród zagranicznych polityków i komentatorów tak ogromne kontrowersje – zapewne powiększą swój stan posiadania: Żydowska Moc Ben-Gwira, która w obecnym Knesecie dysponuje sześcioma głosami, może mieć tym razem dziewięciu posłów (jak na izraelską scenę polityczną to spory wzrost) i to w największej mierze dzięki młodym wyborcom.
Zaostrzanie retoryki wobec Palestyńczyków (nie tylko "hamasowców"), propozycje wysiedleń i z Gazy, i z Zachodniego Brzegu, stwierdzenia, iż nie należy nikogo oszczędzać, łącznie z kobietami i dziećmi, padające z ust izraelskich polityków przestały już kogokolwiek dziwić. Im mocniej, tym lepiej. Im brutalniej, tym głośniejszy aplauz elektoratu.
Jak zagłuszyć skandale?
W przypadku Netanjahu i jego akolitów to też sposób na zagłuszenie spraw korupcyjnych, które toczą się przeciwko niemu, a przede wszystkim zarzutów o dramatyczne w skutkach zaniedbania rządu i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo przed 7 października 2023 r.
Netanjahu przez ostatnie trzy lata robił wszystko, żeby w Knesecie nie powstała komisja śledcza, która szczegółowo zbadałaby, kto zlekceważył lub zignorował sygnały wywiadowcze zwiastujące atak na kibuce. Do znudzenia powtarzał, że taka komisja może zostać utworzona dopiero po zakończeniu wojny czy też kilku wojen, które Izrael prowadzi na różnych frontach. Gdyż Netanjahu ma świadomość, jak druzgocąca mogłaby być dla niego pełna prawda o tamtych wydarzeniach.
Stąd konsekwentne pielęgnowanie wizerunku "Mr. Security", straszenie irańską bombą jądrową i "drugim Holocaustem" oraz kreowanie obrazu szalejącego na całym świecie antysemityzmu. Kto was uratuje przed tymi wszystkimi plagami, jeśli nie ja?
W minioną niedzielę Netanjahu nagrał kolejny klip wyborczy z takim właśnie przesłaniem. Przypomniał w nim m.in., że kilka dni wcześniej oficjalnego poparcia udzielił mu aktualny lokator Białego Domu: "Mamy przed nami jeszcze tylko dwa lata kadencji Donalda Trumpa. Tymczasem Iran wznowił swój program nuklearny i dąży do eksterminacji naszego narodu. Prezydent USA stwierdził, iż jest gotów pomóc nam w likwidacji tego zagrożenia, ale wyłącznie we współpracy ze mną, ze swoim partnerem Benjaminem Netanjahu".
Co ciekawe, wedle słów samego Trumpa, nuklearne wysiłki reżimu w Teheranie zostały unicestwione już w pierwszej fazie konfliktu, ale oczywiście taka narracja dla Netanjahu nie byłaby wygodna. A widmo atomowego Iranu (owszem, niezaprzeczalne) zawsze było i nadal jest skuteczną kartą w każdej kampanii.
Niemniej także tutaj trudno doszukać się różnic między Netanjahu a Eizenkotem. Ten drugi również mówi o "egzystencjalnym zagrożeniu" ze strony ajatollahów, a jego stosunek do Trumpa i relacji z Waszyngtonem będzie prawdopodobnie jedynie nieco bardziej pragmatyczny. Tylko dlatego, że Trumpa i Netanjahu łączy wieloletnia przyjaźń (chociaż przybierała ona czasami szorstki charakter), a Eizenkot owe relacje będzie musiał sobie dopiero ułożyć.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.