Makabryczne eksperymenty i zbrodnie Josefa Mengelego. Co ujawniono w aktach?
Josef Mengele pełnił funkcję lekarza w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau od maja 1943 do stycznia 1945 r. Według szacunków podawanych przez śledczych oraz prasę z tamtych lat, przypisuje mu się odpowiedzialność za zagładę od 200 tysięcy do nawet 300 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Interpol i sądy w Niemczech formalnie oskarżały go o bezpośrednie zamordowanie około 2 tysięcy ludzi oraz współudział w masowej zbrodni na niespotykaną skalę.
Dla niego setki tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych stanowiły jedynie "ludzki materiał żywy" (menschlichem Lebendmaterial), z którym mógł postępować z absolutnym, bezwzględnym okrucieństwem.
Szwajcarska Federalna Służba Wywiadu udostępniła w internecie akta dotyczące Josefa Mengelego, niemieckiego zbrodniarza, lekarza SS, który w nazistowskim obozie Auschwitz-Birkenau przeprowadzał eksperymenty na więźniach, w tym na dzieciach. Opublikowane dokumenty liczą 217 stron.
Pan życia i śmierci na obozowej rampie. Czego dowiadujemy się z akl?
Początkowym etapem działalności Mengelego – i zjawiskiem, z którym najsilniej kojarzyła go większość ocalałych – były selekcje na obozowej rampie. Gdy na stację kolejową pomiędzy obozami Auschwitz i Birkenau wjeżdżały pociągi pełne deportowanych, Mengele często zjawiał się tam jako ochotnik. Dokumenty opisują go jako mężczyznę o subtelnych rysach twarzy i "niesamowicie zimnych oczach".
Mengele z lodowatym opanowaniem zarządzał wysypującymi się z wagonów tłumami. Ruchami dłoni w białych rękawiczkach posyłał ludzi na śmierć w komorach gazowych lub kierował ich do pracy w barakach. Decyzje o życiu i śmierci podejmował błyskawicznie, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Kobiety w ciąży, które do pewnego momentu udawało się chronić, nagle odsyłał prosto "do gazu".
Gdy w obozie wybuchła epidemia tyfusu i zachorowało na nią 1500 żydowskich kobiet, Mengele natychmiast kazał zabić je wszystkie, zamiast udzielić im pomocy medycznej. Swój fanatyzm i brak jakichkolwiek hamulców ujmował w cynicznych słowach: "Precz z tym gównem!" (Weg mit der Scheiße!).
Bliźnięta, karły i olbrzymi: obsesja badacza
Prawdziwym celem obecności Mengelego w Auschwitz nie była jednak obozowa rutyna, lecz jego absurdalne cele badawcze w dziedzinie "higieny rasowej" i genetyki. Jak zaznaczono w aktach, obóz koncentracyjny był dla niego idealnym poligonem doświadczalnym.
W dzień i w nocy przemierzał obozowe baraki i bunkry w poszukiwaniu ludzi o nietypowych cechach fizycznych: bliźniąt, osób niskorosłych (w dokumentach określanych jako karły lub liliputy) oraz olbrzymów.
Jego obsesja na punkcie tych grup była ogromna. Kiedy pewnego razu do obozu przywieziono parę węgierskich bliźniąt-karłów, zbrodniarz wykrzyknął z autentyczną radością: "Mam tu pracy na dwadzieścia lat!" Skupił się przede wszystkim na sekcjach zwłok tysięcy żydowskich bliźniąt. Traktował ich jak laboratoryjne zwierzęta.
Laboratorium zbrodni: amputacje, patogeny i oczy
Eksperymenty przeprowadzane przez Mengelego w obozie były niewyobrażalnie makabryczne. Z akt wyłania się długa lista okrucieństw. Aby odkrywać ogniska chorobowe, lekarz celowo zarażał ludzi niebezpiecznymi patogenami, amputował im kończyny na żywo lub wycinał organy, a swoje ofiary po prostu mordował na stole operacyjnym.
Oficjalne doniesienia wymieniają zbrodnie, w które aż trudno uwierzyć. W próbach sztucznego wykreowania wyidealizowanej "rasy germańskiej", Mengele nie cofał się przed wstrzykiwaniem chemikaliów lub barwników prosto w oczy bezbronnych dzieci. Jeden z ocalałych wspominał o innym potwornym eksperymencie: "Wstrzyknął mi płyn do gardła, po to, abym dostał narośli".
Jego laboratorium stało się symbolem absolutnego terroru. Przebywający w nim świadkowie relacjonowali z przerażeniem: "Na ścianach jego gabinetu zabiegowego wisiały ludzkie oczy, ponabijane na igły. Przez cały czas na mnie patrzyły".
Mengele nie miał litości w swoich dociekaniach "naukowych". Z akt dowiadujemy się m.in. o sytuacji, w której zmarł jeden z bliźniaków. Aby sprawdzić, czy drugi chłopiec ma identyczną chorobę, Mengele zabrał go samochodem pod krematorium i zabił strzałem z pistoletu przy samym wysiadaniu z auta.
Innych – jak grupę "cyrkowców" (osób niskorosłych) – jednego dnia hołubił i poświęcał im uwagę, a już następnego wysyłał na rzeź. Niekiedy przed samym morderstwem kazał czeskiej więźniarce malować ich portrety.
Dr Jekyll i Mr Hyde
Artykuły prasowe zgromadzone przez policję często określały Mengelego mianem obozowego odpowiednika doktora Jekylla i pana Hyde'a. Posiadał on przerażającą zdolność do budowania fasady opiekuńczości.
Dla wybranych "pacjentów" potrafił załatwić czyste kwatery i przynieść lepsze jedzenie. Zdarzało się, że siedział przy łóżkach ofiar całymi godzinami, pozornie je uspokajając i łagodząc ich strach przed nieuchronnym eksperymentem, a w rzeczywistości jedynie zimno obserwując powolne działanie podanej trucizny lub zastrzyku. Rano wjeżdżał do obozu dla kobiet na motocyklu, nucąc piosenki, a w kieszeni nosił cukierki dla obozowych dzieci.
Jego prawdziwa twarz ujawniała się jednak przy stole sekcyjnym. Świadkowie zeznali, że potrafił całymi godzinami stać tam pośród mikroskopów i próbówek, ubrany w fartuch zachlapany krwią, z rękami splamionymi posoką, w amoku szukając we wnętrznościach ofiar potwierdzenia swoich absurdalnych teorii rasowych. Nie czuł żadnych wyrzutów sumienia. Do jednego ze współpracowników rzucił kiedyś radośnie: "Mój przyjacielu, to idzie wciąż dalej i dalej!".
"Mengele siedzi […] godzinami obok mnie wśród mikroskopów, probówek, albo stoi całymi godzinami w zalanym krwią fartuchu i ze splamionymi krwią rękami przy stole sekcyjnym i szuka jak opętany" - czytamy w relacji patologa, dr. Miklósa Nyiszli.
Bezczelne zaprzeczenia
Mimo tych wszystkich potwornych dowodów i wstrząsających zeznań dziesiątek świadków, Mengele do końca uważał się za niewinnego. W przekazanym z Ameryki Południowej dokumencie, który złożył w jego imieniu Hans Sedlmeier (dawny prokurent z fabryki jego ojca w Günzburgu), zbrodniarz twierdził, że stał się ofiarą spisku.
W jego jedynym, przesłanym po latach oświadczeniu, mającym być ustosunkowaniem się do zarzutów frankfurckiej prokuratury, Mengele z pełnym cynizmem stwierdził: "Osobiście nikogo nie zabiłem, nie zraniłem ani nie uszkodziłem fizycznie". Przekonywał tam również, że w Auschwitz nie kierował Żydów do komór gazowych, lecz jedynie wybierał zdolnych do pracy na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. O swoich ofiarach pisał z lekceważeniem, używając nazistowskiej nomenklatury.
Dla prokuratorów, władz Interpolu i ocalałych prawda zapisana w aktach była jednak jednoznaczna. Niezależnie od kłamstw ukrywającego się zbrodniarza, dowody potwierdziły, że Josef Mengele użył obozu w Auschwitz jako prywatnej, pozbawionej wszelkich ograniczeń rzeźni pod płaszczykiem nauki. Zamiast leczyć i chronić życie, wymyślał najbrutalniejsze metody zadawania cierpienia i śmierci.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.