Tak prokuratura "szuka" naszych informatorów w sprawie afery senatora Lenza
Prokurator zabezpieczył telefon dyrektora placówki w Aleksandrowie Kujawskim, bo z bilingów wynikało, że ten łączył się z reporterem Wirtualnej Polski. W tle jest sprawa senatora Lenza i zabiegu jego syna w publicznym szpitalu. – To próba obejścia tajemnicy dziennikarskiej w białych rękawiczkach – ocenia Konrad Siemaszko z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
- Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie ujawnienia informacji o zabiegu syna senatora Tomasza Lenza. Jego celem jest ustalenie, kto przekazał informacje dziennikarzowi WP.
- Już w czerwcu odmówiliśmy organom ścigania podania naszych źródeł. Śledczy zaczęli więc działać od innej strony.
- Na podstawie bilingów prokurator postanowił zażądać wydania telefonu od dyrektora szpitala. Prawdopodobnie chodziło o dotarcie do treści wiadomości, które wysyłał on do Michała Janczury.
- "Jeżeli prokuratura wie, że ten telefon może zawierać informacje objęte tajemnicą dziennikarską, to uruchamia się ta szczególna procedura (...) uzyskania zgody sądu" – stwierdza ekspert HFPC.
- Komunikacja między dyrektorem a dziennikarzem może zawierać informacje niezwiązane ze sprawą zabiegu, a istotne z punktu widzenia partii rządzącej. Lenz jako strona postępowania może mieć dostęp do akt sprawy.
- Równolegle prowadzone jest drugie śledztwo dotyczące nieprawidłowości przy samym zabiegu. W tej sprawie prokuratura nie zgłosiła się do nas, mimo że to dziennikarze złożyli zawiadomienie. Śledczy odmówili nam też informacji o tym, jakie wykonano czynności i czy zabezpieczono inne telefony.
- Redakcja Wirtualnej Polski stanowczo protestuje przeciwko takim metodom. Ochrona źródeł była i pozostaje dla nas priorytetem.
O sprawie zabiegu krewnego senatora Lenza opinia publiczna dowiedziała się 7 kwietnia. To wtedy w Wirtualnej Polsce opublikowaliśmy tekst dotyczący wydarzeń z 15 marca, które miały mieć miejsce w szpitalu powiatowym w Aleksandrowie Kujawskim.
WIDEO
Spisek? Zemsta? Janczura komentuje słowa Lenza
WIDEO
W marcową niedzielę przed południem na dziedzińcu placówki pojawił się senator Tomasz Lenz ze swoim krewnym. Znany w regionie polityk, miejscowy (wówczas) baron rządzącej Koalicji Obywatelskiej, wzbudził zainteresowanie i personelu, i pacjentów. Zamiast udać się na izbę przyjęć, polityk ze swoim krewnym weszli bezpośrednio na oddział chirurgii, gdzie pacjentem z rodziny Lenza zajął się dyżurujący na oddziale chirurg.
Szczegóły zdradził Lenz
Próbowaliśmy potwierdzić tę historię w szpitalu, jednak żadne potwierdzenie nie przyszło: placówka zasłoniła się przepisami o ochronie danych osobowych. Sprawy nie przestaliśmy drążyć: od początku wychodzimy z założenia, że jej wyjaśnienie jest istotne ze względu na gwarantowaną konstytucyjnie równość wszystkich w dostępie do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Chodziło o ustalenie, czy doszło do złamania tego standardu.
Odpowiedzi udzielił nam sam senator Lenz. Podczas rozmowy z dziennikarzem WP potwierdził, że zabieg miał miejsce i że dotyczył jego syna.
Wkrótce po publikacji Wirtualnej Polski zarówno sam Lenz, jak i jego partyjny kolega senator Tomasz Grodzki ujawnili opinii publicznej szczegóły, chronione wcześniej przez szpital. Senator Lenz w wystąpieniu w mediach społecznościowych demonstrował dokumentację szpitalną (na marginesie: budzi ona wątpliwości co do autentyczności). Senator Grodzki z kolei w Kanale Zero 9 kwietnia przekazał widzom, że "dziecko wymagało pilnego zabiegu, bo mu groziła sepsa, rozlanie się ropnia".
Podkreślmy: to nie Wirtualna Polska przekazała publicznie informacje o tym, kto był pacjentem oraz na czym polegał sam zabieg. Szczegóły dotyczące procedury zdradzili publicznie senator Lenz i jego partyjni koledzy.
Wkrótce nieprawidłowości potwierdził Narodowy Fundusz Zdrowia. Po sprawdzeniu dokumentów, ksiąg rejestracji ze szpitala i po rozmowach z personelem, kontrolerzy stwierdzili m.in., że zabieg nie był realizowany w ramach działań zakontraktowanych ze środków publicznych, a jednak odbywał się w trakcie dyżuru lekarzy, na oddziale chirurgii. Przeprowadzał go personel będący tego dnia w pracy.
W sprawie narażenia szpitala na szkodę dochodzenie od początku toczyło się niemrawo. Pytaliśmy prokuraturę o podejmowane czynności. Bez efektu. W końcu w jednym z maili poprosiliśmy o potraktowanie naszej wiadomości jako zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. Wtedy prokuratura podjęła działania dotyczące zabiegu z 15 marca.
Telefon do sprawdzenia
Drugie dochodzenie – z zawiadomienia senatora Lenza – toczy się jednak dynamicznie. Prokuratorskie postępowanie dotyczy udzielenia reporterowi WP informacji o zabiegu.
Już w czerwcu do redakcji WP wpłynęło pismo od bydgoskiej policji, która działa na zlecenie prokuratury. Śledczy chcieli się dowiedzieć, kto był źródłem informacji, które opublikowaliśmy w kwietniu. Oczywiście odmówiliśmy: do ochrony źródeł zobowiązuje nas prawo prasowe.
We wrześniu otrzymaliśmy informację, że dyrektor szpitala w Aleksandrowie Mariusz Trojanowski został w tym postępowaniu wezwany do złożenia zeznań w charakterze świadka. Po przesłuchaniu prokurator przedstawił mu postanowienie dotyczące wydania telefonu. Miał go wydać, w przeciwnym razie nie mógłby opuścić prokuratury. Policjanci mieli Trojanowskiemu zagrozić, że będą musieli go przeszukać i odbiorą urządzenie siłą.
W postanowieniu dotyczącym wydania telefonu były wymienione też dane reportera WP Michała Janczury (autora niniejszego i poprzednich tekstów) i jego numer telefonu.
Z opisanego przebiegu czynności możemy się domyślać, że prokuratura sięgnęła już wcześniej po bilingi. Wiedziała, że Trojanowski kontaktował się z reporterem WP i postanowiła sprawdzić, o czym rozmawiali.
Zwróciliśmy się do prokuratury z prośbą o potwierdzenie, czy rzeczywiście bada telefony osób związanych ze szpitalem w Aleksandrowie. Prosiliśmy o udostępnienie postanowienia zawierającego dane naszego reportera oraz o informację, co było sprawdzane.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska przyznała w odpowiedziach dla WP, że rzeczywiście zabezpieczono telefon, który zdaniem śledczych "mógł być wykorzystany do przekazania informacji". Jakich informacji? W jakim zakresie? Kiedy? Tego już rzeczniczka nie wyjaśnia.
Prokuratura zapewniła jednocześnie, że nie sprawdzano bilingów dziennikarza. Nie zdradza jednak, czyje jeszcze telefony zostały sprawdzone pod kątem kontaktowania się z Michałem Janczurą. Wiemy o tym jednym.
Jak szeroko prokuratura zarzuciła sieci w celu ustalenia źródeł dziennikarza – nie wiemy. Nie wiemy, czy sprawdzano bilingi całego personelu szpitala, czy na przykład także pacjentów przebywających tego dnia w placówce. Nie wiemy, jak prokuratura typowała potencjalne źródła. Nie wiemy, co śledczy uznali za istotne dla śledztwa, jaki okres sprawdzali i co włączyli do akt postępowania. W efekcie – nie wiemy, do czego może mieć dostęp senator Tomasz Lenz jako strona postępowania.
Prokurator prowadzący sprawę Tomasz Spychała nie pozostawił w piśmie do nas wątpliwości: "Brak jest podstaw prawnych do tego, aby udzielać Panu jakichkolwiek informacji odnośnie przebiegu przedmiotowego postępowania".
Wiemy natomiast, że działania prokuratury – nakierowane na ujawnienie źródeł naszych informacji – naruszają kluczowe standardy wyznaczone przez prawo, zarówno polskie, jak i europejskie.
Wolność prasy?
O opinię poprosiliśmy przedstawicieli Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. To ta organizacja prowadzi Program Wolność Słowa. Od lat walczy o wolność prasy, wolność debaty publicznej, a także analizuje sytuacje związane z łamaniem zasad i konstytucyjnych gwarancji w tym zakresie. Koordynatorem programu w ramach HFPC jest adwokat Konrad Siemaszko.
Po zapoznaniu się z materiałami, które udało nam się zebrać, nazwał działania prokuratury mocno kontrowersyjnymi.
– Na pewno jest to działanie, które dotyka tajemnicy dziennikarskiej i które z tego powodu wiąże się ze szczególnymi gwarancjami. Te gwarancje aktualizują się niezależnie od sposobu dotarcia do materiału objętego tajemnicą dziennikarską przez organ ścigania – stwierdza ekspert.
Nie ma więc znaczenia, czy prokurator zabezpieczył bezpośrednio telefon samego dziennikarza, czy też telefon innej osoby, wiedząc jednak, że korespondowała ona z dziennikarzem.
Siemaszko twierdzi, że sprawę powinien był rozstrzygnąć sąd.
– Jeżeli organy ścigania mają wiedzę, że jakiś materiał, dokument czy nośniki informacji typu telefon, dysk, laptop zawierają informacje objęte tajemnicą zawodową, tajemnicą dziennikarską, to mają prawny obowiązek zastosowania odpowiedniej procedury dotyczącej ochrony tajemnicy dziennikarskiej. I wynika to z przepisu art. 226 kodeksu postępowania karnego – mówi ekspert.
– W szczególności wymagana jest zgoda sądu na uchylenie tajemnicy dziennikarskiej. Co ważne, zgoda sądu może być udzielona tylko w szczególnych okolicznościach, tj. gdy jest to niezbędne dla dobra wymiaru sprawiedliwości, gdy okoliczność nie może być ustalona na podstawie innego dowodu, a jeżeli chodzi o źródła – dodatkowo tylko jeżeli informacja dotyczy poważnego przestępstwa, jednego z wymienionych enumeratywnie w art. 240 Kodeksu karnego – podkreśla ekspert.
Ochrona źródeł informacji może więc zostać uchylona tylko tam, gdzie sprawa może dotyczyć przestępstw wskazanych w art. 240 par. 1 kodeksu karnego (ludobójstwo, zabójstwo, pedofilia, zamach terrorystyczny itp.).
Tajemnica dziennikarska?
Prokuratura w odpowiedzi na nasze pytania napisała, że tajemnica dziennikarska obowiązuje tylko dziennikarza. Tym samym tylko dziennikarz może ją złamać.
Mecenas Siemaszko pokazuje jednak inną perspektywę.
– To nie tylko obowiązek etyczny dziennikarza, nie tylko nawet jego obowiązek prawny, ale w szczególności jest to również pewien obowiązek prawny organów ścigania, które mają obowiązek postąpić w ten, a nie inny sposób, jeżeli w ich posiadanie wchodzi taki nośnik typu telefon, który zawiera informacje objęte tajemnicą zawodową – twierdzi adwokat.
Jego zdaniem prokuratura powinna była wystąpić do sądu jeszcze zanim zabezpieczyła telefon dyrektora.
– Sąd jest tutaj gwarantem zachowania ochrony tajemnicy, która co prawda nie jest bezwzględna, może w pewnych szczególnych okolicznościach być uchylona, ale za każdym razem musi to podlegać kontroli sądowej. I, co szczególnie ważne, ta kontrola sądowa musi nastąpić przed uzyskaniem dostępu przez organy ścigania do treści zawartych w tym dokumencie czy w sprzęcie. Bo, mówiąc kolokwialnie, co się zobaczyło, to się nie odzobaczy – tłumaczy Siemaszko.
Również Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie uznawał, że działania państwa nakierowane na ustalenie źródła dziennikarza naruszają swobodę wypowiedzi, nawet gdy nie dotyczą samego dziennikarza. W sprawie Sanoma przeciwko Holandii (2010) Trybunał wymagał, by o dostępie do materiałów mogących ujawnić źródło decydował wcześniej niezależny organ, właśnie np. sąd.
Skąd znamy Trojanowskiego?
Z Mariuszem Trojanowskim, którego dane bilingowe analizuje prokuratura, autor niniejszego tekstu kontaktował się wielokrotnie. Ślady tych kontaktów zresztą łatwo znaleźć w internecie: ich efektem były publikacje dotyczące nieprawidłowości w finansowaniu publicznej ochrony zdrowia.
Najintensywniejsze kontakty to rok 2025. Wraz z Szymonem Jadczakiem przygotowaliśmy wówczas wywiad z dyrektorem szpitala w Aleksandrowie. Dotyczył on nieprawidłowości przy podziale pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy. Dodajmy: za udzielenie nam tych informacji dyrektor Trojanowski został wówczas zawieszony przez Koalicję Obywatelską w prawach członka partii.
Opisywaliśmy również m.in. sądową batalię o środki z KPO, którą szpital w Aleksandrowie wygrał. Trojanowski głośno mówił o błędach rządu, o nieprawidłowościach w zarządzaniu szpitalami.
Tym bardziej niepokojące wydaje się, że w śledztwie z zawiadomienia wpływowego polityka prokuratura zabezpiecza komunikację Trojanowskiego z dziennikarzem. I nie pozwala na żadną kontrolę – ani sądową, ani społeczną – tego, co się ze zdobytymi w ten sposób informacjami dzieje.
Nie wiemy więc, co znalazło się w aktach. Nie mogliśmy złożyć zażalenia na decyzję prokuratury. Nie możemy mieć pewności, czy Tomasz Lenz, którego karierę partyjną zakłóciliśmy naszą kwietniową publikacją, nie dowiedział się, nad jakimi kolejnymi tematami pracujemy.
Zaznaczamy, że prokuratura nie ma, nie miała i nie będzie miała żadnych danych, na podstawie których mogłaby ustalić, kto naprawdę poinformował nas o wizycie senatora Lenza w szpitalu w Aleksandrowie Kujawskim. Ochrona informatorów i naszych źródeł była, jest i pozostanie dla nas priorytetem.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.