Paliwo drożeje, ludzie wychodzą na ulice. Wojna uderza w portfele
Klaksony słychać z daleka. Samochody zamiast ruszyć, pełzną ulicami Lizbony jeden za drugim. Kierowcy zwalniają, trąbią i blokują kolejne odcinki dróg. Na maskach niektórych aut powiewają portugalskie flagi. Na kartonowych tablicach powtarza się jedno żądanie: dość podwyżek cen paliw.
To nie jest już tylko portugalski problem. We Francji rybacy blokują porty i infrastrukturę naftową. W Syrii podwyżka cen diesla wyprowadziła ludzi na ulice i doprowadziła do blokad głównych dróg. Na Filipinach kierowcy transportu publicznego ogłosili strajk, a w indonezyjskim Makasarze przed stacjami benzynowymi ustawiają się kilometrowe kolejki. Wszędzie mechanizm jest podobny: wojna na Bliskim Wschodzie ogranicza dostawy energii, ceny ropy rosną, a rachunek coraz szybciej dociera do zwykłych ludzi.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Lizbona trąbi przeciwko drożyźnie
7 września portugalscy kierowcy zorganizowali tzw. buzinão – protest samochodowy polegający na spowalnianiu ruchu i nieustannym trąbieniu. Jednym z miejsc demonstracji był Most 25 Kwietnia w Lizbonie, jedna z najważniejszych arterii komunikacyjnych portugalskiej stolicy. Protest organizowano za pośrednictwem mediów społecznościowych i WhatsAppa. Według portugalskiej agencji Lusa w demonstracji uczestniczyło od 60 do 100 samochodów.
Podobne akcje odbyły się w Sines, w pobliżu rafinerii, a także w Espinho. Kierowcy domagali się przede wszystkim ograniczenia obciążeń podatkowych nakładanych na paliwa. Rząd zapowiedział działania mające złagodzić skutki kryzysu, m.in. pomoc dla przewoźników, taksówkarzy i innych grup szczególnie dotkniętych wzrostem kosztów.
Powód gniewu jest łatwy do zobaczenia przy każdym dystrybutorze. Według prognoz portugalskiego Automobile Club of Portugal cena diesla wzrosła do 2,169 euro za litr, a benzyny do 2,142 euro. Był to największy tygodniowy skok cen paliw od czterech lat. Cena diesla osiągnęła rekordowy poziom, a benzyna znalazła się najwyżej od kryzysu energetycznego wywołanego rosyjską inwazją na Ukrainę.
I właśnie dlatego protest przestaje być wyłącznie protestem kierowców. Droższe paliwo oznacza droższy transport. Dla firmy przewozowej jest to większy koszt każdej trasy. Dla rybaka – droższe wypłynięcie w morze. Dla rolnika – droższa praca maszyn. Dla konsumenta – w końcu wyższa cena towaru, który musi zostać przewieziony.
Cena przy dystrybutorze staje się więc jednym z najbardziej widocznych symboli drożejącego życia.
Francja pamięta żółte kamizelki
We Francji protestują już nie tylko kierowcy. Na początku tygodnia około 50 rybaków zablokowało dostęp do składu ropy w Fos-sur-Mer na południu kraju. W kolejnych dniach protesty rozszerzyły się na inne porty i obiekty infrastruktury naftowej. 17 września rybacy blokowali m.in. port w Nicei oraz skład paliw w Frontignan.
Dla rybaków paliwo jest kosztem, bez którego ich praca nie może się odbywać. Francuski rząd próbuje uspokoić sytuację, zapowiadając przedłużenie i zwiększenie pomocy paliwowej dla sektora. Minister ds. morza i rybołówstwa Catherine Chabaud zapowiedziała, że wysokość wsparcia będzie powiązana ze zmianami cen paliw.
W tle powraca jednak wspomnienie "żółtych kamizelek". Ruch, który w 2018 r. rozpoczął się od sprzeciwu wobec podwyżki podatku od paliw, przerodził się w jeden z największych kryzysów społecznych prezydentury Emmanuela Macrona. Dziś francuscy politycy i media znów zastanawiają się, czy drogie paliwo może stać się iskrą dla szerszego niezadowolenia.
Nie chodzi zresztą wyłącznie o cenę benzyny. Wysokie ceny energii nakładają się na problemy budżetowe Francji, napięcia wokół wydatków publicznych i rosnące koszty życia. Rząd musi więc jednocześnie pomagać najbardziej dotkniętym grupom i pilnować finansów państwa.
W Syrii płoną opony, w Azji ustawiają się kolejki
Jeszcze bardziej gwałtownie wygląda sytuacja w Syrii. Po ogłoszeniu podwyżek cen paliw na początku września na ulice wyszli mieszkańcy wielu części kraju. Cena standardowego diesla wzrosła o 40 proc. Protestujący palili opony i blokowali główne drogi, w tym trasę łączącą Damaszek z Aleppo. W niektórych miejscach blokowano także konwoje cystern.
Dla Syryjczyków wzrost cen paliw jest szczególnie dotkliwy. Około 90 proc. mieszkańców kraju żyje poniżej granicy ubóstwa, a gospodarka od lat zmaga się ze skutkami wojny i zniszczeniem infrastruktury. Według Reutersa od lutego cena benzyny wzrosła w Syrii o około 86 proc., a cena diesla ponad dwukrotnie.
Rząd zaczął się wycofywać z części podwyżek. 17 września władze zapowiedziały tańszy diesel dla ogrzewania, rolnictwa i części przemysłu.
Podobny problem widać w Azji. Na Filipinach grupa transportowa Manibela przeprowadziła 14 września ogólnokrajowy strajk przeciwko rosnącym cenom paliw. Tydzień wcześniej ceny benzyny wzrosły tam o 4,69 peso za litr, diesla o 5,18 peso, a nafty o 5,58 peso. Władze tłumaczyły podwyżki m.in. napięciami między USA i Iranem oraz osłabieniem filipińskiego peso.
W indonezyjskim Makasarze problem wygląda nieco inaczej. Zamiast masowych protestów pojawiły się długie kolejki do stacji benzynowych. Samochody i motocykle czekały godzinami na subsydiowane paliwo, a kolejki miejscami przekraczały kilometr. 14 września przed regionalnym biurem Pertaminy protestowali studenci i pracownicy.
To ważna różnica. W bogatszej Europie drogie paliwo może oznaczać gniew i demonstracje. W biedniejszych krajach może oznaczać coś znacznie bardziej podstawowego: brak możliwości zatankowania samochodu, dotarcia do pracy czy przewiezienia towarów.
Ropa drożeje. A rachunek dopiero przychodzi
Wszystkie te historie mają wspólne źródło: kryzys energetyczny wywołany wojną i zakłóceniami w dostawach z Bliskiego Wschodu.
Cieśnina Ormuz jest jednym z najważniejszych punktów światowego systemu energetycznego. Przed wojną przechodziła przez nią ogromna część światowego handlu ropą i gazem. Jej zamknięcie i ograniczenie przepływu surowców wywołały efekt domina na rynku.
Problemy nie kończą się jednak na samej cieśninie. Ataki na infrastrukturę energetyczną Arabii Saudyjskiej ograniczyły możliwości eksportowe kraju. Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej saudyjska produkcja ropy w sierpniu spadła do około 6 mln baryłek dziennie – najniższego poziomu od ponad trzech dekad.
17 września Reuters informował dodatkowo o uszkodzeniu trzech stacji pomp na saudyjskim rurociągu East-West, który pozwala transportować ropę z pominięciem Cieśniny Ormuz. Rurociąg odpowiada za przepływ odpowiadający około 4–5 proc. światowej podaży ropy.
To nie oznacza jednak, że ceny ropy automatycznie powinny wzrosnąć o 4–5 proc. Rynek ropy nie działa w prostym stosunku jeden do jednego. Nawet stosunkowo niewielkie ograniczenie podaży może wywołać znacznie większy ruch cen, jeśli zapasy są niskie, a producenci i eksporterzy mają ograniczone możliwości szybkiego zastąpienia brakujących baryłek.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna ostrzega, że tegoroczna podaż ropy może spaść znacznie mocniej, niż wcześniej zakładano. W sierpniu agencja informowała, że globalna podaż pozostaje miliony baryłek dziennie poniżej poziomu sprzed roku, a zapasy ropy gwałtownie się kurczą.
To właśnie wtedy wojna przestaje być wydarzeniem odległym o tysiące kilometrów. Jej skutki pojawiają się na portugalskiej stacji benzynowej, w porcie rybackim we Francji, na drodze z Damaszku do Aleppo i przed stacją benzynową w Makasarze. A wraz z nimi pojawia się gniew.
Bo ropa jest towarem globalnym, ale rachunek za jej brak przychodzi lokalnie. Płaci go kierowca, rybak, rolnik, przewoźnik i rodzina, która jeszcze niedawno zastanawiała się, czy zatankować samochód przed weekendem. Dziś coraz więcej ludzi zastanawia się nad czymś innym: jak długo jeszcze będzie ich stać na zwyczajne życie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.