Le Pen to szansa na europejską rewolucję rozsądku. Może ostatnia [OPINIA]

Słyszeliście, że Marine Le Pen jest prorosyjska? Albo że jest autorytarna? Albo, że jest narodową socjalistką? Albo odwrotnie, że stoi po stronie kapitalistycznych wyzyskiwaczy, zaś zwykłych ludzi ma - jak każdy populista - w głębokim poważaniu?
Słyszeliście to wszystko na pewno. Musieliście słyszeć. Liberalny establishment od dawna wie, że 58-letnia liderka francuskiego Zjednoczenia Narodowego to największe i realne zagrożenie dla ich politycznego monopolu na władzę, wpływy, stanowiska i zdolność do kontrolowania politycznych narracji.
W 2012, 2017 i 2022 udało im się ją powstrzymać - choć za każdym razem z coraz większym trudem. W kwietniu i maju 2026 roku nie dadzą już jednak rady. Oni wiedzą, że walczą o wszystko. Będą więc przekonywać, że Marine Le Pen to diabeł wcielony. Albo i gorzej.
Wybory we Francji, ale chodzi o przyszłość UE
Ale nie chodzi tylko o Francję. Gdy na wiosnę 2027 roku 50 milionów uprawnionych do głosowania Francuzów będzie wybierało głowę V Republiki to stawka będzie - tak naprawdę - znaczenie większa. Chodzi ni mniej, ni więcej tylko o przyszłość projektu Unii Europejskiej. Niby mówi się tak zawsze, gdy mamy dramatyczne wybory w którymś z ważniejszych państw wspólnoty. Tylko że tym razem to jest najprawdziwsza prawda.
Przez ostatnie 20 lat liberalnemu establishmentowi Europy Zachodniej udawało się grać ze swoimi obywatelami w polityczną ciuciubabkę. Ludziom pozwalano co cztery-pięć lat chadzać do urn wyborczych - tam jednak czekały na nich wyłącznie fałszywe alternatywy. A tak naprawdę coraz bardziej do siebie podobne zamienniki.
Chadecy zmieniali się więc u władzy z socjaldemokratami i dobierali sobie do rządzenia liberałów albo innych zielonych. Wszyscy oni prezentowali jednak z grubsza jedno i to samo podejście. Mdły miks liberalno-konserwatywnych polityk ekonomicznych podostrzonych z biegiem czasu sosem kulturowego progresywizmu. A jak ktoś narzekał, że mu to nie smakuje, bo ileż można jeść to samo, to dostawał karteczkę z napisem "faszysta" do przyklejenia na czole i był z gracją spuszczany w toalecie życia politycznego. Albo i gorzej.
Z biegiem czasu stało się zupełnie jasne, że ten liberalny establishment może mieć różne nazwy, kolory i różnych frontmanów. Macrona, Merkel, Tuska albo von der Leyen. Ale na koniec nie ma to przecież większego znaczenia. Niezależnie od nazwy system i tak produkuje polityki, które nie mają poparcia większości społeczeństwa Europy. Ale jednak są forsowane.
Masowa migracja, której efekty widać w europejskich miastach, klimatystyczny alarm, który wymusił forsowną dekarbonizację, wygaszając europejską produkcję przemysłową. Pozatraktatowe tworzenie unijnego superpaństwa stale depczące wolę politycznego suwerena, stawiając ponad nim wyroki technokratycznego sądownictwa UE albo decyzje Komisji Europejskiej, której demokratyczny mandat jest cienki jak wyjątkowo rozwodniony barszcz z torebki.
Czy jest jakaś alternatywa dla takiej Europy? Owszem, jest. Takiej zmiany - i to przynajmniej od dekady - domagają się tzw. populistyczni kontestatorzy systemu. Sęk w tym, że nigdy dotąd nie dostali oni w Europie prawdziwej szansy na rządzenie w kluczowym kraju. Kraju takiego, którego nie da się ani zagłodzić, ani zastraszyć, ani zablokować.
Aż do teraz. Bo jeśli Le Pen wygra we Francji, to szansa na taką zmianę autentycznie się otworzy.
Chodzi o kilka bardzo konkretnych procesów.
Marine Le Pen chce zmian w UE. I to ich uwiera
Po pierwsze, głęboka reforma UE należy do najważniejszych postulatów Marine Le Pen i jej Zgromadzenia Narodowego. Pretendentka do prezydentury chce między innymi ograniczyć władzę Komisji Europejskiej, a zwłaszcza jej przewodniczącego, który stał się kimś w rodzaju faktycznego prezydenta Europy - technokratycznego monstrum bez demokratycznego mandatu.
W propozycjach wyborczych francuskiej prawicy mowa jest o sprowadzeniu KE z powrotem do roli "sekretariatu" eurointegracji. Skutkiem byłoby zatrzymanie rozpędzonej machiny stałego i pozatraktatowego poszerzania kompetencji Unii. Czyli dokładnie tego procesu budowy unijnego superpaństwa, który odwraca pierwotną idee dobrowolnej integracji równych sobie członków europejskiej rodziny i od wielu lat alienuje Brukselę od obywateli krajów członkowskich. Czego konsekwencje widać choćby w stałym trendzie wzrostu poparcia dla ugrupowań antyestablishmentowych w większości krajów UE - nie tylko we Francji.
Po drugie, słabsza Komisja oznacza zmniejszenie negatywnej presji na kraje, które w ostatnich latach najmocniej kontestowały kolejne transze polityk klimatycznych czy kolejne odsłony paktu migracyjnego. Wśród takich krajów w ostatnich latach stale znajdowała się także Polska - brutalnie karana za swoją nieprawomyślność mrożeniem pieniędzy z pożyczki KPO albo wyrokami TSUE. Co mocno wstrząsnęło wiarą w unijny projekt w szerokich masach polskiego społeczeństwa. Słabsze instytucje unijne oznaczają mniej narzędzi do faktycznego narzucania buntownikom rozwiązań sprzecznych z ich interesem.
Po trzecie, dzięki takiej reformie rozpocząć można wreszcie proces odbudowy tego zaufania w Europie wśród zwykłych mieszkańców UE. Tego zaś nie zapewnią zasiedziałe i coraz bardziej oderwane elity brukselskie. Ten ratunkowy impuls mogą dać tylko mocno osadzone w swoim interesie rządy krajów członkowskich. Czyli mniej więcej tak, jak to było w czasach poprzedniczki UE czyli EWG.
Będą chcieli wysadzić Le Pen z siodła
Oczywiście to nie jest tak, że Marine Le Pen skazana jest na sukces. Nawet jeśli wygra, będzie miała ciężko. Kto chce sprawdzić, jak ciężko, niech popatrzy na Stany Zjednoczone po wyborczych sukcesach Donalda Trumpa z lat 2016 czy 2024. Tamte triumfy znienawidzonego populisty pchnęły rozwścieczony liberalny establishment do oporu - a nawet kontrataku - przy pomocy wszystkich dostępnych zasobów na poziomie mediów, elit symbolicznych oraz struktur głębokiego państwa.
Choćby najnowsza fala zamieszek na ulicach francuskich miast może być zapowiedzią tego, jak będą wyglądały próby faktycznego wysadzenia Le Pen z siodła, gdy już przejmie władzę. Jej pole manewru i odpowiedzi będzie w takich sytuacjach znacznie mniejsze niż choćby to, jakim dysponował prezydent Macron. On miał przecież od liberalnych elit opiniotwórczych znacznie większe przyzwolenie na stosowanie przemocy. I trzeba powiedzieć, że ochoczo z niego korzystał, choćby w czasie protestów żółtych kamizelek z lat 2018-19. Gdyby coś takiego wydarzyło się za czasów Le Pen, przeciwnicy prawicy dawno by już ogłosili nastanie we Francji brunatnego faszyzmu.
Nie jest też tak, że wszystkie plany Marine Le Pen są genialne. Niektóre są zwyczajnie głupie - zwłaszcza zgłoszony niedawno postulat szybkiego zrównoważenia francuskiego deficytu budżetowego i stopniowego zmniejszania długu publicznego. Te plany są nie do pogodzenia z wieloma innymi zapowiedziami liderki francuskiej prawicy. Na przykład z obniżkami podatków dla średniozamożnych oraz drobnego biznesu - a to dlatego, że rezygnacja z danin stanowi realny budżetowy ubytek. A przecież są jeszcze obietnice ulżenia zwykłym Francuzom w ich zmaganiach z rosnącymi kosztami życia. A to też kosztuje.
Najgorsze jest jednak to, że jeżeli równoważenie finansów skończy się cięciem wydatków publicznych na dużą skalę, to efektem będzie niechybny spadek aktywności gospodarczej oraz wzrost bezrobocia. Czyli innymi słowy - głęboki kryzys ekonomiczny.
Oczywiste jest również to, że wiele zapowiedzi Marine Le Pen nie brzmi dobrze z polskiego punktu widzenia. Tak jest choćby z postulatem uzależnienia wpłat do unijnego budżetu od stopnia dekarbonizacji gospodarki. Dla Francji, której niezależność zapewnia energetyka atomowa, to akurat byłoby bardzo korzystne rozwiązanie. A dla Polski i innych węglowych gospodarek skrajnie niesprawiedliwe.
Ale to już nie jest problem Le Pen. Tylko naszego polskiego rządu, by się na to nie zgodzić.
"Polityczny WF": Nawrocki zablokuje Tuska? Tego w Polsce dawno nie byłoINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.