Wierni w Grojcu przypominają o prawdziwej strukturze Kościoła [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Sceny w Grojcu mogą szokować. Biskup uciekający pod obstawą policji z parafii, wierni krzyczący na niego i proboszcz, którego przed decyzjami biskupa broniła prawie połowa wiernych z jego parafii - to nie są obrazy codzienne. I nawet jeśli w historii nie brakowało takich sytuacji, bo i szlachta, i lud potrafili stawiać na swoim, odwołując się w sporach z hierarchią do siły fizycznej, władzy świeckiej albo kasy, to dzisiaj jest to wstrząsające.
Tyle że – wbrew temu, co opowiada bielsko-żywiecka kuria biskupia – to wcale nie jest tak, że odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, spoczywa tylko na wiernych. Wydarzenia z Grojca to bowiem także efekt metody działania, jaką przyjął biskup, a ta wynika z pewnej wizji Kościoła, która opiera się na absolutnej władzy biskupa, który przed nikim nie musi się tłumaczyć.
Nikt nic nie wie
Analiza tej sprawy na poziomie konkretów jest trudna, bo biskup i jego rzecznik mówią, że zarzuty kanoniczne, na podstawie których odwołano księdza, są poważne. Rzecznik dodaje jednak, że są "poważne z punktu widzenia prawa kanonicznego", co sygnalizuje, że z perspektywy świeckiej może to wcale nie być takie poważne. Jednocześnie nie powiedzą o zarzutach ani słowa więcej, bo zakazuje im tego Watykan (tyle że Watykan – nawet jeśli nakłada obowiązek sekretu na biskupa – to dopiero po wyroku, a wyrok dotyczył decyzji sprzed dwóch lat, których wówczas też nie wyjaśniono, choć można było). Ujawnić powody – deklaruje biskup – może sam ksiądz, ale on mówi, że nie rozumie zarzutów, a do tego sam biskup zakazał mu kontaktu z wiernymi.
I już tylko to pokazuje, że faktów w tej sprawie znamy niewiele. Możemy wierzyć biskupowi i Sygnaturze Apostolskiej z Watykanu (ale – jak sygnalizowało mi w ostatnich godzinach wielu księży – ta ostatnia zazwyczaj przyznaje rację biskupowi, a do tego spora część jej polskiego składu to bliscy znajomi biskupa bielsko-żywieckiego), którzy niczego nie wyjaśniają albo wiernym. A wierni opowiadają historie o tym, że ich księdza odwołano, bo sprawował sakramenty wobec ludzi wyrzucanych przez swoich proboszczów z parafii, często za darmo, a do tego nie odprowadzał wystarczającej składki do kurii.
Kto ma rację? Nie wiemy, bo nikt niczego nie wyjaśnia. Może być tak, że obie strony mają rację. Dlaczego? Bo rzeczywiście sprawowanie części sakramentów poza parafią, bez zgody jej proboszcza przez innego, jest traktowane jako kanoniczne nadużycie. Tyle że wierni nie są chłopami pańszczyźnianymi przypisanymi do parafii i zapewne taka przyczyna kar dla księdza (jeśli są one prawdziwe, czego – podkreślam – nie wiemy) by ich nie przekonała.
Zablokowana komunikacja
Ale coś jednak o sprawie wiemy i to także sprawia, że możemy mówić o pewnej odpowiedzialności biskupa. Wierni o wyjaśnienie decyzji w sprawie uwielbianego przez nich proboszcza proszą od dwóch lat i odbijają się od ściany, bo za wytłumaczenie ma im wystarczyć wola hierarchy. Teraz też na przybycie biskupa czekali ponad dwie godziny i znowu usłyszeli, że żadne wyjaśnienia im się nie należą. Ojciec diecezji (jak często biskupi odwołują się do tego terminu) przybył na parafię w obstawie księży, a opuszczał ją w otoczeniu policjantów. Trudno tu mówić o adekwatnej komunikacji.
Nie sposób też uznać, że mamy do czynienia z wybuchem antykatolickiej czy antykościelnej agresji, bo parafia znajduje się na terenie, który naprawdę jest wierzący i praktykujący, a jej mieszkańcy raczej konserwatywni i niekoniecznie podatni na propagandę wrogą wierze. Ich złość, gniew, wściekłość biorą się więc raczej z troski o Kościół, z przekonania, że parafia jest także ich domem, a nie jedynie przedmiotem władzy biskupa i że oni także mają w sprawie swojego proboszcza coś do powiedzenia.
Czy jest w tym odrobina antyklerykalizmu? Zapewne, ale w katolicyzmie ludowym jest ona istotnym elementem jego rozumienia, a obrona swojego proboszcza przed władzą biskupa to trwały element religijności polskiej wsi. Jeśli biskup tego nie wie, to znaczy, że słabo rozumie religijność swoich wiernych.
Wspólnota, której nie ma
Ale w całej tej sprawie istotny jest jeszcze jeden – już o wiele ogólniejszy – element. Jak w soczewce skupia się napięcie między deklarowaną doktryną i samorozumieniem Kościoła jako wspólnoty a praktyką i pragmatyką działania, jaką jest hierarchiczna (de facto absolutystyczna) struktura władzy w Kościele. Teologowie, kaznodzieje, a nawet sami biskupi chętnie mówią o wspólnotowym charakterze Kościoła, podkreślają odpowiedzialność za wspólnotę parafialną, a nawet zachęcają wiernych do brania spraw w swoje ręce. Jednak gdy przychodzi co do czego, to cała ta narracja idzie do piachu, a pojawia się czysta władza, wezwanie do posłuszeństwa i pragmatyka, w której dla wspólnoty parafialnej nie ma miejsca, bo o wszystkim decyduje sam biskup, który nie zamierza nawet tłumaczyć się z takiej decyzji.
Co to ma wspólnego ze wspólnotą? Nic, ale tak jest wygodniej, a do tego takie jest prawo kanoniczne, które rzeczywiście daje biskupowi ogromną władzę i czyni go de facto odpowiedzialnym jedynie przed papieżem (a to oznacza, jeśli ma się odpowiednie chody w kurii rzymskiej, że przed nikim).
Tyle że jeśli przez lata mówi ludziom (zgodnie zresztą z teologicznym nauczaniem Kościoła), że jesteśmy wspólnotą, to oni zaczynają to traktować poważnie. A we wspólnocie nie ma zamordyzmu, nie jest tak, że wykonuje się karnie polecenia, że można oznajmić, a wszyscy będą wykonywać. Wspólnota jest przestrzenią, w której sprawy się wyjaśnia. I warto przypomnieć biskupom, że jeśli parafia ma być wspólnotą, to powinna mieć ona wpływ na swojego duszpasterza, a przynajmniej wiedzieć, dlaczego pewne decyzje są podejmowane. Może biskupi zapominają też o tym, że wierni (swoją drogą to dość smutny gest, który jednak wiele mówi o strukturze i powinien być błyskawicznie zmieniony) nie wkładają dłoni w dłonie biskupa i nie ślubują mu czci i posłuszeństwa. Oni mają prawo wiedzieć, pytać i jeśli mają poważnie traktować zapewnienia o wspólnotowości i synodalności, to powinni mieć swój głos.
Jeśli się jej odmawia, to trzeba jasno przyznać, że cała ta gadka o wspólnocie to zwyczajna teologiczna ściema, która ma skłonić do brania odpowiedzialności za instytucje, w których nic nie mamy do powiedzenia, w których władza jest skupiona w jednych rękach, które mogą wszystko i przed nikim nie muszą się tłumaczyć. A jeśli chce się pokazać, że teologia jest traktowana poważnie, to trzeba zacząć z niej wyciągać wnioski. Sprawa z Grojca przypomina o tym doskonale.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.