Kino Rutkowskiego i Kołodziejczaka
- Krzysztof Rutkowski po raz drugi przyszedł do Sejmu bronić Michała Kołodziejczaka. I po raz drugi bez Kołodziejczaka.
- Zapowiadane "trzęsienie ziemi" skończyło się na zawiadomieniu bez nazwisk, a test na narkotyki ma już cztery wersje.
- Koalicja Obywatelska milczy. A kiedy partia milczy, opowieść o sprawie przejmuje detektyw.
"Czy Michał Kołodziejczak, za przeproszeniem, ma się odlać na państwa oczach i zrobić próbkę? Chcecie tego?" – tak Krzysztof Rutkowski odpowiadał w Sejmie na proste pytanie: czy poseł, którego broni, zrobił test na narkotyki.
Odpowiem panu, panie Krzysztofie. Nie, nie chcę. Chcę zobaczyć wynik badania i usłyszeć, jak Michał Kołodziejczak sam odpowiada na zarzuty. Ale doceniam kunszt. Zamiast pytania o narkotyki mamy obrazek, z którego wszyscy się śmieją. I o to chodziło.
Tylko że to nie kabaret. To konferencja w sprawie, którą 9 października opisała w swoim reportażu dla Kanału Zero Monika Krześniak. Dwie byłe współpracownice Kołodziejczaka opowiedziały jej o przemocy, groźbach i nakłanianiu do zażywania substancji, którą poseł miał przedstawiać jako kokainę. Kołodziejczak zaprzecza i mówi o pomówieniach. A Rutkowski serwuje nam już drugi odcinek tego samego kina: znów jest detektyw, są kamery i znów brakuje Kołodziejczaka.
DLA CIEBIE
Kraków Airport inwestuje miliardy
DLA CIEBIE
Poseł bez czasu
Trwa posiedzenie Sejmu, ale Kołodziejczaka nie było ani na sali, ani na konferencji. – Macie państwo telefon do posła. Jego zapytajcie, dlaczego go tutaj nie ma – mówił Rutkowski. Dlaczego poseł nie zrobił obiecanego testu? – Być może nie miał czasu.
Od publikacji zarzutów minęło 11 dni. Kołodziejczak nie ma czasu dla klubu, dla dziennikarzy ani na badanie. Ma za to czas, żeby przysyłać do Sejmu Rutkowskiego. Raz, drugi, a pewnie i trzeci.
"I zatrzęsło"
Miało być "trzęsienie ziemi". Było zawiadomienie do prokuratury w sprawie trzech osób, w tym wiceministra. Nazwisk nie będzie, bo immunitet. Szczegóły to tajemnica, a pytania mamy kierować do prokuratury. – Tak, oczywiście. I zatrzęsło – stwierdził Rutkowski.
Nie zatrzęsło. Dla mnie to polityczny szantaż w najprostszej formie: nie ruszajcie mnie, bo coś na was mam. Czy cokolwiek za tym stoi? Może nic. Ale w tej grze nie trzeba niczego mieć. Wystarczy, że inni nie są pewni.
Test na raty
Wersja pierwsza: poseł zrobił test. Druga: "na własny użytek". Trzecia: będzie badanie włosa w laboratorium. Czwarta: może wariograf. Kiedy będą wyniki? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że Rutkowski 20 listopada wylatuje do Tajlandii, gdzie mieszka.
A przy tym test z moczu pokazuje kilka ostatnich dni, a badanie włosa około trzech miesięcy. Kobiety mówią o sytuacjach sprzed roku i wcześniejszych. Żaden test nie powie, co działo się wtedy. Tylko że nikt nie pyta posła o dziś.
Najbrzydszy moment
Rutkowski opowiedział przed kamerami, że we wrześniu Kołodziejczak dostał wiadomość o kryzysie psychicznym jednej z kobiet i o zagrożeniu jej życia. Podał to jako argument w obronie posła: – Co miał zrobić Michał Kołodziejczak?
To nie jest linia obrony. To wyciąganie na światło dzienne najbardziej kruchej chwili w życiu kobiety, która zabrała głos. Po to, by przekonać, że poseł nie musiał reagować. To już nie jest tylko paskudne. To jest niebezpieczne.
"Problemu kobiet nie widzę"
Potem konferencja zamieniła się w opowieść o krzywdach Rutkowskiego: dawnym wyroku, groźbach, Naddniestrzu i "jednym kroku do wojny domowej". – Kołodziejczaka nie ma. Został tylko Rutkowski i wy atakujecie mnie – skarżył się. Pytany o kobiety, odpowiedział: – Ja tego problemu w tym momencie nie widzę.
To zdanie nie jest wpadką. Jest celem. Im więcej kina, tym mniej pytań o to, co słychać na nagraniach. Rutkowski nie widzi problemu, bo sam go zasłonił.
Zasugerował też, że jeśli poseł nie wykona "konkretnych ruchów", on również może podjąć decyzję. Nawet detektyw szuka już wyjścia awaryjnego.
Milczenie partii
Kołodziejczak milczy. Milczy też Koalicja Obywatelska. Trzy lata temu był projektem Donalda Tuska: jedynka na liście, głosy ze wsi, dowód, że Platforma umie rozmawiać z rolnikami. Nigdy nie był tam u siebie, raczej kimś doklejonym na kampanię. 11 dni temu klub go zawiesił. Jak ustaliła Wirtualna Polska, w kuluarach politycy KO mówią, że "wyrok właściwie już zapadł".
Ale chcieć zapomnieć to nie to samo, co podjąć decyzję. Formalnie Kołodziejczak wciąż jest zawieszonym posłem klubu. W tej szczelinie swobodnie porusza się Rutkowski z opowieściami o wiceministrach z immunitetem. Każdy dzień zwłoki to kolejny odcinek kina, emitowany na koszt KO.
Ta sprawa nie jest serialem. Nie skończy się, gdy detektyw wsiądzie w samolot. Skończy się, gdy padną odpowiedzi: od posła, od prokuratury i od partii, która wprowadziła go do Sejmu.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.