Proboszcz nie musi być aż tak zależny od biskupa [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Parafia w Grojcu i awantura w niej nie jest w Kościele niczym wyjątkowym. Spory o mianowanie i odwołanie lubianego przez wiernych proboszcza, który dla większości z wiernych jest kimś absolutnie obcym, pojawiają się co jakiś czas i zazwyczaj przebiegają w bardzo gorącej atmosferze. Historycznie niczym wyjątkowym nie jest również to, że ludzie grożą w takich sytuacjach schizmą, a - jeśli uważnie przejrzeć kroniki - kilkukrotnie do takich schizm już doszło.
DLA CIEBIE
Biznes od środka: Czy złoto wciąż się opłaca? Dyrektor Mennicy Apart Bartosz Rączyński o inwestowaniu w złoto
DLA CIEBIE
Realny problem
W Polsce były parafie, które po podobnym konflikcie z biskupem przeszły pod jurysdykcję Kościoła polskokatolickiego. Wspólnota matka dla tej organizacji religijnej, czyli Polski Narodowy Kościół Katolicki w USA, zebrała na początku XX wieku pod jednym "logo" wiele takich zbuntowanych po konflikcie (niekiedy o własność, a niekiedy właśnie o proboszcza) wspólnot polskich, ale także litewskich i słowackich. Czy tym razem będzie podobnie? Nie sądzę, bo proboszcz z Grojca, choć nie przyznaje się do żadnej winy, wyraźnie nie ma ochoty ani siły na kontynuowanie tej walki, a emocje wiernych – zapewne, choć na razie nic na to nie wskazuje – z czasem opadną, szczególnie jeśli biskup da im nowego, dobrego proboszcza.
Ale w tle tej typowej dla historii katolicyzmu awantury kryje się realny problem teologiczny, o którym już dla Wirtualnej Polski pisałem. Chodzi o napięcie między de facto absolutną władzą biskupa nad diecezją i księżmi a teologią wspólnoty parafialnej, w której kładzie się mocny nacisk na podmiotowość i odpowiedzialność wiernych. Z jednej strony mamy więc biskupa, któremu każdy święcony ksiądz wkłada ręce w dłonie i ślubuje cześć i posłuszeństwo, co buduje wrażenie pełnego, absolutnego poddania i zależności, a także wizję, w której parafia podlega w pełni administracji biskupa. Z drugiej – samoświadomość wiernych, którzy nie tylko wiedzą, że bez nich nie ma parafii, ale są też umacniani w przekonaniu, że są realną wspólnotą.
Tyle że jeśli ma istnieć wspólnota i związana z nią odpowiedzialność wiernych, to musi istnieć także jakaś inna niż czysto finansowa forma kontroli i władzy wiernych nad własną parafią. Wymaganie odpowiedzialności w sytuacji, gdy wierni nie mają najmniejszego wpływu na to, co się w ich parafii dzieje, i gdy cała władza spoczywa w rękach proboszcza, którego samodzielnie i bez konsultacji mianuje biskup, jest kompletnym brakiem zrozumienia kultury, w której się żyje. Hierarchom i teologom może się to podobać lub nie, ale w naszej kulturze bierze się odpowiedzialność za coś, na co ma się wpływ. Jeśli o wszystkim decyduje biskup, który nie jest nawet w stanie zakomunikować i uzasadnić swoich decyzji, musi to prowadzić albo do rezygnacji z zaangażowania, albo do awantury.
Rozwiązania leżą na stole
Rozwiązania zaś tej kwestii znajdują się na stole i to zarówno w historii Kościoła katolickiego, jak i w teraźniejszości innych wyznań chrześcijańskich. Proboszcz może być – jak to jest w dużych parafiach ewangelicko-augsburskich – wybierany w drodze konkursu przez parafian (płacących składki) i zatwierdzany czy wprowadzany w urząd przez biskupa.
To rozwiązanie byłoby możliwe także w Kościele katolickim i stanowiłoby znakomite zharmonizowanie z jednej strony podmiotowości parafian i ich odpowiedzialności, a z drugiej – kontroli biskupa, który miałby takie prawo. Parafianie – znowu zaangażowani i na przykład odpowiedzialni finansowo – powinni mieć prawo (zawsze można w tym zastrzec także uprawnienia biskupa) odwołania proboszcza, a także zakwestionowania decyzji biskupa o takim odwołaniu.
Innym rozwiązaniem mógłby być – choć tu w naszych czasach sytuacja jest gorsza – wpływ władz na mianowanie proboszczów. Tak bywa w odniesieniu do niektórych stanowisk w Kościele Anglii, ale tak było także przez wieki w Kościele katolickim i Kościołach reformacyjnych, gdzie władcy, miejscowa szlachta albo rady miejskie sugerowały lub wręcz mianowały proboszczów czy nawet kaznodziejów. Ten model jest oczywiście nie do powtórzenia w naszym świecie, ale uświadamia on, że nie ma żadnych powodów, żeby o mianowaniu proboszczów decydował sam biskup. Wierni powinni mieć także prawo do partycypacji w tej władzy.
Zanim jednak do takich zmian dojdzie (a wierzę, że dojdzie), to na tym etapie można po prostu wprowadzić bardziej otwarty model komunikacji. Zanim mianowany zostanie proboszcz, w parafii powinien pojawić się biskup, względnie kanclerz kurii czy wikariusz biskupi, i rozmawiać z parafianami: dowiedzieć się, czego potrzebują i razem z nimi rozważyć, kto w takiej parafii jest potrzebny, jakie są jej szczególne potrzeby i w czym świetny, a w czym słaby był poprzednik. Analogicznie jest z odwołaniem czy przeniesieniem proboszcza. Wierni mają prawo wiedzieć, jakie są powody jego odwołania, a potem mają prawo współdecydować albo przynajmniej być poinformowani o tym, kto i dlaczego przyjdzie na jego miejsce. Te postulaty – warto to podkreślić – nie są w żaden sposób podważeniem roli biskupa, a jedynie wskazują, że wierni także są Kościołem.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.