"W Hollywood wszyscy szukają mroku. A my szukamy nadziei". Neal McDonough w RMF FM o pracy na planie w Polsce

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta, RMF FM: Co najbardziej zainteresowało ciebie w tej historii?
Neal McDonough: U mnie zawsze wszystko zaczyna się od scenariusza. Ten scenariusz Michał i jego żona Anna stworzyli naprawdę znakomicie. Poza tym jestem katolikiem, podobnie jak cała moja rodzina, więc możliwość zagrania w filmie, który przedstawia Kościół katolicki w tak pozytywnym świetle, jest czymś wyjątkowym. W Hollywood nie robi się już zbyt wielu takich filmów. Wszyscy szukają mroku, dziwności, tego, co w życiu niepokojące i skomplikowane. A ten film opowiada o pięknie życia, o wielkości Boga. Nie ma znaczenia, czy jesteś katolikiem, Żydem, muzułmaninem, agnostykiem, czy wyznajesz jakąkolwiek inną religię. Nie ma też znaczenia, jakiej jesteś rasy, jaki masz kolor skóry ani ile masz pieniędzy. To opowieść o wierze i nadziei w obliczu rozpaczy. A tej ostatniej jest dziś naprawdę bardzo dużo. Dlatego jako filmowcy i ja i moja żona Ruve, która pełni przy tym filmie funkcję producentki wykonawczej, uważamy, że tworzenie takich produkcji jest niezwykle ważne. Chcemy dawać rodzinom nadzieję, dawać ją wszystkim ludziom. Pokazywać, że na świecie wciąż istnieją rzeczy wielkie i piękne, że Bóg nas kocha i obdarza każdego z nas niezmierzonym miłosierdziem. Dlatego jako aktor katolik jestem niezwykle dumny, że mogłem wyprodukować ten film wspólnie z moją żona Ruve.
Grasz księdza Michała Sopoćkę, spowiednika i duchowego przewodnika świętej Faustyny. Dlaczego ta postać wydała ci się, jako aktorowi, intersująca?
Można go trochę porównać do bohatera serialu „Columbo”, który był emitowany w latach 70. Na początku filmu mój bohater próbuje dociec, czy młoda siostra Faustyna jest szalona, czy rzeczywiście mówi prawdę. Ksiądz z 40-letnim stażem jest początkowo sceptyczny wobec wszystkiego, co od niej słyszy. Wydaje mu się, że już wszystko słyszał i wszystko widział. Kiedy jednak uświadamia sobie, że Faustyna mówi prawdę, że Jezus rzeczywiście wielokrotnie ją odwiedzał i przekazał jej przesłanie dla całego świata, przesłanie o miłosierdziu, przebaczeniu, dobroci i miłości, któremu ludzie powinni się przysłuchiwać i według niego żyć, wtedy ksiądz Sopoćko przechodzi niezwykłą przemianę. Z człowieka pełnego wątpliwości staje się na nowo prawdziwie wierzącym. Być może on gdzieś zagubił swoją drogę. Przez te wszystkie lata stał się po prostu księdzem, który mechanicznie wykonuje swoje obowiązki, dzień po dniu, wciąż powtarzając te same czynności. Aż w końcu sam na nowo odnajduje wiarę. Odzyskuje przekonanie, że Jezus naprawdę nas kocha.
Myślę, że każdy z nas bywa czasem w podobnej sytuacji. Wszyscy miewamy chwile, kiedy tracimy wiarę. Wszyscy zmagamy się z własnymi wątpliwościami. Ale od czasu do czasu w naszym życiu wydarza się coś, co sprawia, że musimy otworzyć serca i naprawdę wsłuchać się w to, co dzieje się wokół nas. A kiedy to zrobimy, zaczynają dziać się wielkie rzeczy. To doświadczenia, które potrafią wstrząsnąć człowiekiem do głębi i głęboko go poruszyć. Dla księdza Sopoćki jest to właśnie taki przełomowy moment w życiu. Chwila, w której uświadamia sobie: „Tak, Bóg jest miłosierny, Bóg jest wielki. Jakże wielkie mamy szczęście, że jesteśmy Jego dziećmi!”.
Opowiedz nam, proszę, o pracy w Polsce. O pracy na planie, o ekipie filmowej. Jak się u nas czujesz?
Ekipa, z którą tutaj pracuję, jest absolutnie fantastyczna. Polska jest krajem bardzo katolickim, co jest dla mnie wspaniałe. Jestem Irlandczykiem z pochodzenia, a katolicyzm odgrywa przecież ogromną rolę zarówno w historii Irlandii, jak i Bostonu, gdzie dorastałem. Myślę, że polska ekipa szczególnie docenia możliwość pracy nad filmem, który przedstawia Kościół katolicki w tak pozytywnym świetle. Wiele produkcji nie porusza takich tematów, nawet tych realizowanych właśnie w Polsce. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli nakręcić ten film gdziekolwiek indziej niż w Krakowie, a następnie tutaj, w Warszawie.
Praca z polską ekipą, która rozumie katolicyzm, wiarę i dobro tkwiące w świecie, była dla mnie niezwykle ważna. Polska ma za sobą bardzo tragiczne i trudne doświadczenia. Wystarczy wspomnieć o II wojnie światowej. Kiedy patrzę na historię Warszawy i widzę, jak doszczętnie została zniszczona, po prostu ściska mi się serce. Trudno sobie wyobrazić, jak ciężkie musiały być to chwile. Z drugiej strony jestem pełen podziwu dla Polaków, którzy własnymi siłami odbudowali swoje miasto, przywracając mu dawny wygląd. Zrobili to z ogromną dumą i radością. Naprawdę bardzo polubiłem pobyt tutaj. Uwielbiam Polaków. Jest w ludziach w tym kraju niezwykła przyzwoitość, dobroć i szlachetność. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę do Polski, żeby ponownie tutaj pracować.
„Ten film znaczy znacznie więcej niż zwykłe zawodowe zadanie”
Miałeś okazję zwiedzić jakieś inne niż Kraków i Warszawa polskie miasta albo spróbować może naszej kuchni?
Nie miałem zbyt wielu takich okazji. Chociaż jedzenia oczywiście trochę spróbowałem. Ale wiecie, kiedy jestem na planie zdjęciowym, a nie ma ze mną mojej żony Ruve, zazwyczaj nie robię zbyt wiele poza pracą. Bo jaki to miałoby sens, gdybym wrócił do domu i powiedział: „Kochanie, zjadłem najlepsze pierogi na świecie! Byłem na fantastycznym wydarzeniu! Zwiedziłem muzeum”. I wszystko sam… To nie o to chodzi. Ona siedzi w domu, opiekuje się naszą piątką dzieci, a ja miałbym sobie beztrosko zwiedzać i świetnie się bawić? To nie powinno tak wyglądać! Postanowiłem więc poczekać, aż Ruve następnym razem przyjedzie tutaj ze mną. Wtedy naprawdę wspólnie poznamy Polskę.
Masz bardzo duże filmowe doświadczenie. Co sprawia, że drugi aktor jest dla ciebie świetnym partnerem na planie?
O rany, to dobre pytanie! Przede wszystkim to ktoś, kto przychodzi na plan dobrze przygotowany. Ktoś, kto kocha aktorstwo i swój zawód tak samo jak ja. Ktoś, kto nie koncentruje się wyłącznie na sobie, ale myśli o tym, jak wspólnie stworzyć jak najlepszy film. Wszyscy, którzy pracują przy tej nowej produkcji, podeszli do niej z ogromnym zaangażowaniem i determinacją. Nikt nie przyszedł tutaj tylko po to, żeby po prostu odbębnić kolejną pracę. Każdy zdaje sobie sprawę, że ten film znaczy znacznie więcej niż zwykłe zawodowe zadanie. To produkcja, która może poruszyć ludzkie serca, a nawet odmienić czyjeś życie.
„Role pozytywnych postaci dają mi najwięcej radości”
W „Yellowstone”, w „Justified: Bez przebaczenia”, ale też w „Tulsa King” grasz antybohaterów. Lubisz wcielać się w czarne charaktery?
Ja przez bardzo długi czas grałem złoczyńców. Powód jest dość prosty: nie chcę całować na ekranie żadnej kobiety. Skoro więc nie zamierzam całować filmowych partnerek, a mam na utrzymaniu pięcioro dzieci i muszę zarabiać na życie jako aktor, to cóż mi pozostało? Musiałem grać tych złych! Ale od kilku lat moja żona Ruve i ja produkujemy filmy, piszemy własne scenariusze, a ja występuję w naszych produkcjach i wreszcie mogę wcielać się w tych dobrych bohaterów.
Granie złoczyńców było świetnym sposobem na utrzymanie rodziny, ale to właśnie role pozytywnych postaci dają mi najwięcej radości. To w nich mogę naprawdę zajrzeć w głąb własnej duszy i odkrywać wszystkie te piękne aspekty życia. Zawsze chciałem grać bohaterów, ludzi, którzy niosą dobro. Wreszcie mam taką możliwość. Wcielenie się w kogoś tak niezwykłego jak ksiądz Sopoćko, w tak wspaniałego człowieka, sprawia mi ogromną satysfakcję. Nie mógłbym być dziś szczęśliwszy ani bardziej dumny ze swojej kariery.
A co sprawia, że po tylu latach wciąż z takim entuzjazmem podchodzisz do aktorstwa?
Dziś kocham tę pracę jeszcze bardziej niż wczoraj. Bóg obdarzył mnie talentem, dzięki któremu mogę być naprawdę dobrym aktorem. Nie jestem szczególnie dobry w stolarstwie. Nie potrafię też zbyt dobrze opowiadać dowcipów. Ale, jak mówi moja żona: „Człowieku, ty naprawdę potrafisz grać!”.
Wiecie, miałem ogromne szczęście. Już w bardzo młodym wieku odkryłem coś, w czym byłem dobry. Teraz, mając 60 lat, wciąż znajdują się ludzie, którzy chcą mnie zatrudniać i dawać mi możliwość wykonywania tego zawodu. Nie traktuję tego jako czegoś oczywistego ani nie przyjmuję za pewnik. Za każdym razem, kiedy pojawiam się na planie, chcę dać z siebie absolutnie wszystko. Chcę trafić w dziesiątkę i zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby nikogo nie zawieść.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.