Potulny jak Polak. Dlaczego przestaliśmy się buntować? [OPINIA]
"Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie" – zaczynał się słynny dialog u Barei. Dzisiaj czytamy reportaże o ludziach, którzy wychodzą z domów o 4.40, żeby zdążyć do pracy na 9.00 w Warszawie. W PRL-u budziło to śmiech i złość. W dzisiejszej Polsce – jedynie wzruszenie ramion.
Pewien Hiszpan porównał na X koszt kredytu hipotecznego w obu krajach. Przy pożyczce 680 tysięcy złotych w Hiszpanii trzeba byłoby oddać bankowi 1,2 miliona, a w Polsce 1,6 miliona. Przywykliśmy, że bankom wszystko wolno.
Gdy my godzimy się na najdroższe kredyty w Unii Europejskiej, żeby kupić patodeweloperkę, w Hiszpanii ludzie masowo wyszli na ulice po tym, jak fundusz inwestycyjny doprowadził do eksmisji 87-letniej kobiety z mieszkania, w którym spędziła ponad 70 lat. Na fali niezadowolenia upadł rząd. Polityka mieszkaniowa i ograniczenie spekulacji stały się jednymi z głównych tematów kampanii wyborczej.
Gdy na Osiedlu Maltańskim w Poznaniu Kościół eksmitował kobietę z terenu sprzedanego deweloperowi za 421 milionów złotych, protestowali głównie sąsiedzi i aktywiści. Zamiast społecznego oburzenia słychać było znajomy chór: święte prawo własności! Mieszkali tam nielegalnie! To były slumsy! Dobrze tak nierobom!
Ale o czym my w ogóle rozmawiamy? W 2024 roku w Polsce odbyło się zawrotnych 14 strajków, w których wzięło udział 9260 osób. W tym samym roku w Hiszpanii odnotowano 707 strajków, w których uczestniczyło ponad 230 tysięcy pracowników.
Gdy Francja strajkuje przeciwko niedofinansowaniu szkolnictwa, u nas słychać przede wszystkim rechot i zapowiedzi rychłego upadku Francji. Może coraz więcej rodziców wysyła dzieci do prywatnych szkół i na korepetycje, ale przynajmniej nikt nie zakłóca spokoju. Owszem, żyjemy w syfie, ale solidarnie.
Jak w starym dowcipie o piekle, w którym polskiego kotła nie trzeba pilnować. Gdy ktoś próbuje się wydostać, pozostali sami wciągają go z powrotem. Skoro my znosimy swój los, dlaczego inni mieliby mieć lepiej?
Politycy bez końca podsuwają nam kolejnych wrogów, a platformy technologicznych oligarchów zamieniają nasze kłótnie w zasięgi i pieniądze. Zamiast kierować gniew przeciwko tym na górze, wyładowujemy go na sobie nawzajem i na bogu ducha winnych mniejszościach.
Na wielomilionowe bezrobocie odpowiedzieliśmy masową emigracją i godzeniem się na śmieciówki. Zamiast zmieniać Polskę, wyjeżdżaliśmy z kraju.
A przecież nie zawsze tak było. Kiedyś Polska była na świecie symbolem wolności i buntu.
Jak więc naród Solidarności padł na kolana?
Polaków w latach 90. złamano i przywiązano z powrotem do pługa.
Pojawiły się nowe narzędzia dyscypliny: masowe bezrobocie, umowy śmieciowe i kredyty hipoteczne. Milionowa armia bezrobotnych nauczyła pracowników, że na ich miejsce zawsze znajdzie się ktoś inny. Kredyty przywiązały ich do miejsc pracy. Trudno ryzykować utratę zatrudnienia, kiedy co miesiąc trzeba oddać bankowi kilka tysięcy złotych. Trudno się buntować, kiedy każda przerwa w zarabianiu może oznaczać finansową katastrofę.
Nawet nie bardzo mamy się gdzie spotykać. Zniszczono i sprywatyzowano przestrzenie publiczne. Place zamieniliśmy w ronda, targowiska w markety. Z obywateli staliśmy się konsumentami.
Nie przestaliśmy się buntować. Przestaliśmy buntować się razem. Zmieniamy pracę, jeśli warunki są złe. Bierzemy dodatkową, jeśli zarobki są niewystarczające. Płacimy za prywatną edukację, gdy publiczna zawodzi. Sprywatyzowaliśmy nawet dostęp do aborcji. To nie świat zwariował. To my za mało się staramy.
Nie wszystkim zresztą jest źle. Miliony Polaków dorobiły się mieszkań, których wartość rosła. Najbardziej dociśnięci są młodzi, których jest coraz mniej. Więc kto ma strajkować?
A może przede wszystkim uwierzyliśmy, że tak już musi być. Że zawsze tak było i zawsze tak będzie. Że kredyt musi być drogi, mieszkanie musi kosztować fortunę, a praca musi wykańczać. Że nie ma alternatywy.
A przecież potrafiliśmy się organizować, strajkować i zmieniać rzeczy, które wydawały się nie do ruszenia. Żadne społeczeństwo nie jest skazane na wieczną potulność.
Nie musimy całe życie udowadniać, jak wiele potrafimy znieść. Możemy wreszcie zacząć pytać, dlaczego właściwie mamy tyle znosić.
Nie trzeba od razu robić rewolucji. Można zapisać się do związku zawodowego, napisać do radnego, zorganizować się z sąsiadami. A kiedy ktoś inny próbuje coś zmienić, przynajmniej nie wciągać go z powrotem do piekielnego kotła.
Bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdą tygodnie, w których dzieją się lata.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.