Spędziła sześć lat w rosyjskiej niewoli. Ukrainka opisała traumatyczne przeżycia
Switłana Gołowan została zatrzymana przez rosyjskie siły okupacyjne w Doniecku 29 sierpnia 2019 r. na oczach córek. Pretekstem dla Rosjan było to, że zięć Swietłany służył w ukraińskim wojsku.
Zabrano ją do piwnicy tzw. Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, następnie trafiła do tamtejszego więzienia "Izolacja", w dawnym centrum sztuki, gdzie Rosjanie urządzili miejsce tortur. Jak relacjonuje - była poniżana, zastraszana i doświadczała przemocy fizycznej. Grożono jej również skrzywdzeniem rodziny.
Spędziła sześć lat w rosyjskiej niewoli. "Organizm przestał normalnie funkcjonować"
- Pamiętam ten dzień co do najdrobniejszych szczegółów. Na początku nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Wydawało mi się, że to jakiś straszny film albo żart. (...) Cela składała się z ławki i krzesła. Na toaletę wyprowadzano mnie dwa razy dziennie. Było tam wilgotno, panował półmrok, zimno, a w powietrzu unosił się nieustanny zapach wilgoci. Przywieziono mnie z workiem na głowie. Na początku nawet nie wiedziałam, gdzie się znajduję i co mnie czeka - stwierdziła Gołowan w rozmowie z sestry.eu.
ZOBACZ: Zełenski wskazuje na brak dostaw od sojuszników. "Dysponują tymi pociskami"
- Z powodu stresu na dwa lata przestałam miesiączkować. Organizm przestał normalnie funkcjonować. Z powodu wilgoci i zimna pojawiły się straszne problemy ze skórą - wysypki, pęcherze, czarne plamy. Nie było możliwości normalnego umycia się. Ciągle zabierano mnie na przesłuchania. Wymagano ode mnie przyznania się, że współpracowałam z ukraińskimi żołnierzami. Tylko dlatego, że mój zięć służył w Siłach Zbrojnych Ukrainy - powiedziała kobieta.
- Była to ciągła presja psychiczna. Zastraszano mnie, grożono prądem elektrycznym, zemstą na rodzinie. Ciągle przypominano mi o mamie, o jej wieku. Grożono, że dzieci mogą trafić do internatu lub domu dziecka. Starałam się zachowywać spokój na zewnątrz - wyznała Ukrainka.
Wyrok 10 lat więzienia i karcer za prośbę o wyjście na świeże powietrze
W procesie kobieta została skazana na 10 lat i sześć miesięcy pozbawienia wolności. W kolonii karnej pracowała nawet po 12 godzin dziennie przy szyciu mundurów, odzieży roboczej i pościeli. - Rozumiałam: jeśli pokażę, co mnie przeraża, będą wiedzieć, gdzie uderzyć – powiedziała.
ZOBACZ: Ukraina ma plany wobec Polski. Kijów opracuje specjalny projekt
- Był jeden mężczyzna, który z wyjątkową przyjemnością mnie dręczył. Potrafił wyciągnąć mnie z samochodu w kajdankach, wykręcić mi ręce za plecy, ciągnąć i bić tylko dlatego, że coś mu się nie podobało. W gabinecie śledczego również stosował przemoc - spadałam ze krzesła. Pewnego razu podczas przesłuchania powiedział: jeśli nie podpiszę potrzebnych dokumentów, zabiorą mnie do "celi", gdzie zostanę zgwałcona. Byłam wtedy przekonana, że to prawda - powiedziała kobieta.
- Na czas przechodzenia przez korytarze zakładali ci worki na głowę. W celi był ciągły monitoring. Wstawało się o szóstej rano i nie wolno było położyć się na łóżku do dziesiątej wieczorem. Jeśli zamknąłeś oczy, zauważyli to i natychmiast trzasnęli drzwiami. Karali dosłownie za wszystko. Kary były dziwne i upokarzające. Na przykład mogli dać ci poduszkę i kazać trzymać ją w wyciągniętych rękach. I tak stać, aż powiedzieli "dość" - wyjaśniła Gołowan.
Kobieta potwierdziła, że szczególna kara spotkała ją za to, że poprosiła o wyjście na świeże powietrze.
- Wsadzili mnie do tak zwanej "szklanki" - małego pokoju o szerokości około półtora metra. Zamiast toalety był tam materac i wiadro. Siedziałem skulona w kącie i bałem się nawet wtedy, gdy otwierali drzwi. Przynosili mi jedzenie, ale prawie nic nie jadłam. Wydawało się, że mogą przyjść w każdej chwili i zrobić to, czym mi grozili. Po tym przestajesz o cokolwiek prosić - opowiedziała kobieta.
Potem przyszło ułaskawienie. "Zwrócono mi już zupełnie inne dziecko"
O uwolnieniu dowiedziała się nagle, gdy powiedziano jej: "ułaskawiono cię. Wracasz do domu". Do końca nie wierzyła, że rzeczywiście odzyska wolność. Na pytanie, kiedy po raz pierwszy poczuła się naprawdę wolna, odpowiedziała: - Kiedy zobaczyłam dzieci. Podczas pierwszego spotkania po sześciu latach wszystkie trzy płakały i długo się przytulały.
- Wydawało mi się, że jak tylko rozluźnię ramiona, to wszystko zniknie, jakby to był sen - opowiadała.
Najbardziej bolesne okazało się jednak to, jak bardzo zmieniły się córki. Starsza Ania ma dziś 17 lat, mieszka w Niemczech, uczy się, pracuje, ma przyjaciół i zdobyła prawo jazdy. - Zwrócono mi już zupełnie inne dziecko - mówi Gołowan.
ZOBACZ: Afera korupcyjna w Ukrainie. Zwolniono wiceszefową kancelarii Zełenskiego
Dziś Switłana mieszka w Kijowie z młodszą córką. Chce kształcić się w zawodzie technologa i odbudować swoje życie. Wciąż czeka jednak na matkę, która pozostała na okupowanym terytorium.
- Wszystkiego trzeba uczyć się od nowa: jak rozmawiać z dziećmi, przyzwyczajać się do ludzi, do miasta, do samej siebie (...) Trzeba żyć czasem, który nam jeszcze pozostał - powiedziała Switłana Gołowan.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.