Polecieliśmy z myśliwcami NATO nad Bałtyk. Teraz mogą zestrzeliwać drony

Rampa transportowca C-27J się otwiera i do środka wdziera się lodowate powietrze. Tuż za nią, na wyciągnięcie ręki, lecą uzbrojone myśliwce: włoskie Eurofightery, hiszpańskie F-18 i tureckie F-16. Wirtualna Polska spędziła ponad dwie godziny w powietrzu z pilotami NATO, którzy od sierpnia nie tylko pilnują nieba nad krajami bałtyckimi, ale mogą też niszczyć intruzów. – Od lipca nie zajmujemy się już tylko monitorowaniem. To pełnoskalowa obrona powietrzna. Jeśli rosyjski dron lub rakieta naruszy nasze niebo, zostanie zniszczona – słyszymy od dowódców NATO.
Na zegarze dochodzi 10:00, baza lotnicza Szawle na Litwie. Ciszę poranka rozdziera ryk silników odrzutowych. Na niebie pojawiają się lecące z Amari, bazy lotniczej w Estonii, tureckie F-16. Piloci witają się z Litwą, przelatując nisko nad pasem startowym. Szybki zryw w górę i odejście na drugi krąg. Za nimi na niebie pojawiają się kolejne maszyny. To hiszpańskie F-18. Piloci z Półwyspu Iberyjskiego doskonale znają litewską bazę. Pełnili tutaj w tym roku dyżur w ramach natowskiej misji Baltic Air Policing.
W czasie, gdy maszyny z Turcji i Hiszpanii przymierzają się do lądowania, do lotu szykują się stacjonujący w Szawlach Włosi. To właśnie oni odpowiadają za zabezpieczenie litewskiej przestrzeni powietrznej. Ich obecność tutaj nie jest jedynie symboliczna. 14 września włoski Eurofighter po raz pierwszy w historii zestrzelił drona nad terytorium Litwy.
W bazie rozbrzmiewa alarm. Z głośników słychać "Tango scramble, tango scramble, tango scramble". To sygnał do alarmowego startu dyżurnych myśliwców. Personel natychmiast rozpoczyna przygotowania, bo w ciągu kilku minut maszyny muszą znaleźć się w powietrzu. "Tango" oznacza, że tym razem to ćwiczenia. Gdyby z głośników padło "Alpha", piloci z Włoch, Hiszpanii i Turcji lecieliby do prawdziwego intruza. A to w ostatnich miesiącach zdarzało się wielokrotnie.
Od patrolowania do obrony
Od 2004 r. niebo nad Litwą, Łotwą i Estonią, które nie mają własnych myśliwców, patrolowała natowska misja Baltic Air Policing. Jej zadaniem było przede wszystkim identyfikowanie rosyjskich samolotów latających z wyłączonymi transponderami. Na lipcowym szczycie w Ankarze państwa NATO zdecydowały jednak, że misja zmieni charakter. Od 1 sierpnia to misja obrony powietrznej, włączona do zintegrowanego systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej Sojuszu. W praktyce piloci nie tylko identyfikują intruzów, lecz mogą ich niszczyć.
– To nie jest tylko zmiana nazwy. To całkowicie nowe obowiązki i rozszerzenie naszych działań – wyjaśnia w rozmowie z WP kontradmirał Giedrius Premeneckas, szef Sztabu Obrony Litewskich Sił Zbrojnych.
– Dawny system był zaprojektowany do monitorowania ruchów rosyjskich samolotów. Dziś mierzymy się z innym poziomem zagrożenia: dronami wlatującymi w naszą przestrzeń i realną groźbą uderzeń rakietowych. NATO zdecydowało się na użycie wszelkich niezbędnych środków, by chronić naszych obywateli – podkreśla.
Zmiana oznacza szybsze podejmowanie decyzji i nowe zasady użycia siły (Rules of Engagement). – Nasza tarcza to system 360 stopni. Od dronów typu kamikadze po pociski balistyczne – wskazuje francuski gen. Guillaume Thomas, zastępca dowódcy Dowództwa Sojuszniczych Sił Powietrznych NATO (AIRCOM).
Cel, pal, dron
Dowódcy NATO nie ukrywają, że nowa strategia to odpowiedź na agresywną postawę Rosji i incydenty, które w ostatnim roku regularnie dotykały Polskę i kraje bałtyckie.
– W ciągu ostatnich kilku miesięcy rumuńskie F-16, francuskie Rafale, hiszpańskie F-18, włoskie Eurofightery i holenderskie F-35 zestrzeliły drony naruszające naszą przestrzeń – wylicza gen. Thomas. – To nie był przypadek. To wynik dekad budowania interoperacyjności i naszej zdolności do błyskawicznej adaptacji – podkreśla.
Zastępca dowódcy AIRCOM przypomina noc z 9 na 10 września 2025 r., gdy 21 rosyjskich dronów naruszyło polską przestrzeń powietrzną. To właśnie po tym ataku NATO uruchomiło operację "Wschodnia Straż" (Eastern Sentry), która stała się fundamentem obecnej, zintegrowanej tarczy. – Przesunęliśmy nasze nastawienie z "ochrony" na "obronę". To czyni nas bardziej zwrotnymi i skutecznymi – mówi gen. Thomas. Jako przykład podaje wspomniane już zestrzelenie drona przez włoski Eurofighter nad Litwą.
"Życie cywilów jest bezcenne"
Samo zagrożenie ze strony dronów to jedno. Drugie to koszt zniszczenia takiego środka napadu powietrznego, który sam wart jest ok. kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Sojusz nie przelicza jednak wszystkiego na pieniądze. Życie obywateli jest tutaj nadrzędną wartością.
– Użycie myśliwca do zneutralizowania drona to obecnie najbezpieczniejsza metoda – przekonuje admirał Premeneckas. – Minimalizujemy ryzyko szkód ubocznych i dbamy, by nikt z cywilów nie ucierpiał. Tak, to kosztowne, ale wartość życia ludzkiego jest nieskończenie wyższa. Pamiętajmy, że wciąż żyjemy w czasie pokoju; to nie jest sytuacja frontowa, jaką widzimy w Ukrainie – podkreśla.
Mimo to NATO intensywnie uczy się od Kijowa. – Wyciągamy lekcje z każdego tygodnia walk w Ukrainie. Nasze Dowództwo Transformacji wdraża te doświadczenia w systemy obronne Sojuszu, w tym rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji – podkreśla gen. Thomas.
Sojusz dmucha na zimne
Wydarzenie w Szawlach to jednak tylko demonstracja możliwości. – NATO nie działa w próżni – podkreślają zgodnie dowódcy.
W sobotę 3 października Łotysze wybierali nowy parlament. Kampania toczyła się w cieniu majowego incydentu. 7 maja 2026 r. trzy ukraińskie drony, lecące nad Rosją w stronę rosyjskich portów nad Bałtykiem i najpewniej zepchnięte z kursu przez rosyjskie systemy walki elektronicznej, wleciały w przestrzeń powietrzną Łotwy. Jeden spadł na ziemię, drugi uderzył w pusty magazyn paliw w Rzeżycy. Łotewskie wojsko nie zdołało ich zestrzelić, a alerty dla mieszkańców przyszły z opóźnieniem. Kilka dni później do dymisji podał się minister obrony Andris Sprūds, a 14 maja upadł rząd premier Eviki Siliņi.
NATO nie ukrywało, że zwiększona obecność sił powietrznych w krajach bałtyckich przed wyborami to sygnał dla Moskwy, by nie próbowała ingerować w proces demokratyczny u sąsiada.
– Wybory na Łotwie to specyficzny moment, niezwykle ważny dla państw bałtyckich. Wzmocniliśmy nasze siły, by odeprzeć każdą próbę prowokacji – mówił przed głosowaniem gen. Thomas w rozmowie z Wirtualną Polską. Dowódcy monitorują również sytuację w obwodzie królewieckim, skąd regularnie płyną groźby o "obronie wszelkimi środkami". – Nie szkolimy się przeciwko jednemu krajowi. Monitorujemy wszystko i jesteśmy gotowi na każdy scenariusz – ucina generał.
Mimo politycznych turbulencji w Waszyngtonie i niekiedy sprzecznych sygnałów płynących z Białego Domu, oficerowie na wschodniej flance zachowują spokój.
– Stany Zjednoczone są niezastąpione. Robią nas silniejszymi i są w pełni oddane obronie Sojuszu – zapewnia admirał Premeneckas. – W nadchodzących miesiącach USA rozmieszczą na Litwie kolejne oddziały rotacyjne. Na poziomie operacyjnym współpraca jest wzorowa – podkreśla.
Wschodnia flanka z góry
NATO demonstruje także praktyczny wymiar zwiększonej obecności. – Zapraszamy na pokład – słyszymy w końcu. Transportowiec C-27J litewskich sił powietrznych czeka już na znak do startu. To z jego rampy Wirtualna Polska mogła obserwować podniebną współpracę sojuszników.
– Im wyżej, tym chłodniej. Każde 100 m to nawet 1 st. C mniej. Lepiej ubrać się na cebulkę niż marznąć, szczególnie że w powietrzu będziemy ponad dwie godziny – słyszymy na odprawie bezpieczeństwa.
Gdy osiągamy docelową wysokość, otwiera się tylna rampa C-27J. Z bliska obserwujemy podniebne akrobacje włoskich Eurofighterów, hiszpańskich F-18 i tureckich F-16.
Gdy wracamy z lotu nad Bałtykiem, spoglądając przez otwartą rampę na litewskie wybrzeże, przekaz dowództwa NATO wybrzmiewa wyjątkowo silnie. Komunikat Sojuszu jest prosty: wschodnia flanka przestała być tylko teoretyczną linią na mapie. Stała się zsynchronizowaną, nowoczesną twierdzą, którą Sojusz zamierza chronić nie słowem, a realną siłą ognia.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.