Kreml stawia atomową czerwoną linię. Moskwa chce "chronić" Królewiec
Tego rodzaju groźby nie są niczym nowym. Odkąd Rosja nie radzi sobie na froncie zbyt dobrze, powtarzają się regularnie niemal wobec każdego kraju wspierającego Ukrainę. Pierwsze pojawiły się tuż po odwrocie spod Kijowa, w marcu 2022 r. Dyżurnym grożącym jest były prezydent, a obecnie wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew. Teraz zaczął także Dmitrij Pieskow.
Kreml w ciągu ostatnich czterech lat groził użyciem broni atomowej przeciwko USA, Wielkiej Brytanii, Niemcom i Ukrainie. Miało to się stać, jeśli Kreml straci okupowane terytoria, które uważa za integralną część Federacji. Wcześniej groził atakiem w lipcu 2023 r., jeśli Zachód nie przestanie dostarczać broni Ukrainie. W sumie z tego samego powodu ostrzegał w ostatnich latach przynajmniej tuzin razy.
- Rosjanie po raz kolejny uciekają się do szantażu atomowego. Liczą, że wizja użycia broni jądrowej wystraszy społeczeństwa zachodnie oraz decydentów, i w ten sposób Rosja będzie mogła wywierać presję bez stosowania otwarcie siły militarnej. Przy czym jest to cały czas gra strachu, ponieważ taka mowa budzi potężne obawy i lęk - mówi dr Michał Piekarski, ekspert ds. bezpieczeństwa z Uniwersytetu Wrocławskiego.
- Rosja nieustannie usiłuje wzbudzić strach w społeczeństwach zachodnich widmem wojny i ogromnych strat. W obecnej sytuacji jednak jej zdolności są ograniczone, więc rosyjską propagandę należy postrzegać przede wszystkim jako sianie strachu i lęku. Jako substytut realnych możliwości – dodaje naukowiec.
Niewielkie zagrożenie
Najważniejsze jest jednak to, że na dziś nie ma podstaw, by traktować pełnoskalowy rosyjski atak na NATO jako realny scenariusz. Estoński wywiad oceniał w lutym, że Rosja nie zamierza w 2026 r. zaatakować Estonii ani innego państwa NATO. Podobnie dowództwo NATO jeszcze 30 września mówiło o braku bezpośredniego zagrożenia dla terytorium Sojuszu. Ale na tym kończy się uspokajająca część.
Kreml bowiem nie musi prowadzić pełnoskalowej wojny. Nie ma zresztą do tego obecnie możliwości, póki jest zaangażowany w Ukrainie. Ma za to obecnie znacznie większą możliwość prowadzenia ograniczonych działań przeciw państwom NATO niż kilka lat temu. Duńczycy 24 września ocenili ryzyko ograniczonego rosyjskiego ataku na państwo NATO jako "niskie, ale rosnące".
Ich zdaniem taki atak mógłby mieć bardzo ograniczoną skalę: niewielki oddział, incydent zbrojny albo użycie pocisków przeciw infrastrukturze związanej ze wsparciem Ukrainy. Jednocześnie duński wywiad uznał pełnoskalową inwazję na państwo NATO za mało prawdopodobną. Zgadza się z tą oceną dr Piekarski.
- Rosja po czterech i pół roku nie jest w stanie pokonać Ukrainy. Ewentualna konfrontacja konwencjonalna z NATO oznacza dla Rosji ogromne ryzyko porażki, zwłaszcza w powietrzu, i stąd też szuka innych sposobów, aby wywierać presję na społeczeństwa zachodnie. Trzeba jednak pamiętać, że Europa posiada swój arsenał atomowy - tłumaczy.
- Brytyjczycy o tym mówią otwarcie. Prawdopodobnie francuskie zdolności atomowe również pozwalają na to, żeby w razie potrzeby zadać druzgocący cios bezpośrednio Moskwie. Wobec czego ewentualne użycie broni jądrowej przez Rosję może natychmiast spotkać się z odwetem. Dlatego są to po prostu kolejne rosyjskie groźby i to jest sytuacja, w której grożący jest coraz mniej wiarygodny - dodaje ekspert.
Zwłaszcza że nikt w NATO nie planował i nie planuje odcięcia obwodu królewieckiego od Rosji. Całkowicie otwarte są szlaki morskie i powietrzne, prowadzące znad Bałtyku. Można odnieść wrażenie, że Kreml znów tworzy swoją rzeczywistość.
Wyimaginowana blokada
Do obwodu królewieckiego drogą lądową można się dostać z Rosji przez Białoruś i Litwę. Trasa kolejowa biegnie m.in. przez Kowno i Szawle. Równolegle do niej przebiega drogowy tranzyt z Rosji.
Litwa nie zamknęła tej trasy. Nadal odbywa się ruch pasażerski i przewóz towarów, które nie są objęte sankcjami. Litwa blokuje jedynie przewóz towarów objętych unijnymi i amerykańskimi sankcjami, w tym ropy naftowej i produktów naftowych. Całkowicie zakazany pozostaje także m.in. tranzyt wojskowych i podwójnego zastosowania towarów oraz technologii.
Jednak nawet tranzyt sankcjonowanych towarów koleją do i z obwodu królewieckiego nie został całkowicie zakazany. Jest dopuszczony, jeżeli spełnia określone warunki i mieści się w przewidzianych limitach. Lecz w tym przypadku litewskie władze regularnie zmniejszają dozwolone limity przewozowe dla wybranych ładunków. Na przykład w marcu 2025 r. ograniczono je o 30 proc.
Kreml regularnie krytykuje ograniczenia i żąda od Litwy pełnej swobody przewozowej, grożąc przy tym w przeróżny sposób, w tym interwencją militarną. Wilno odpowiada, że zawsze tego typu towary mogą transportować drogą morską, gdzie takich ograniczeń nie będą mieć. Litewskie zezwolenie na tranzyt jest przede wszystkim aktem dobrej woli.
Obecne groźby zbiegły się z zakończeniem demontażu poradzieckiej sieci energetycznej BRELL, które ostatecznie odcięło połączenia energetyczne Rosji z obwodem królewieckim. Prace trwały od 2007 r., jednak władze w Moskwie nie zrobiły prawie nic, aby zabezpieczyć obwód pod względem energetycznym.
Dziś odbija się to czkawką, ponieważ eksklawa pod żadnym względem nie jest samodzielna i musi liczyć na dostawy z Rosji. Te są dostarczane głównie drogą lądową przez Litwę. A Wilno po ostatnich aktach terroru, o które podejrzewana jest Rosja, znów może obciąć obowiązujące limity tranzytu.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.