Zwrot w sprawie mężczyzny, który trafił do więzienia, choć do winy przyznał się ktoś inny
Za pobicie przed nocnym klubem w Goleniowie Marcin Sadłowski został skazany na półtora roku bezwzględnego więzienia. Sąd w Szczecinie uznał go za winnego, choć w czasie śledztwa i procesu do pobicia przyznał się ktoś inny.
Krótko po wyroku Marcin Sadłowski przeszedł załamanie i próbował popełnić samobójstwo. Ze względu na zły stan zdrowia przez ponad rok miał odroczoną karę. 18 czerwca sam stawił się do zakładu karnego.
Czytaj nas częściej w Google
Więzienie opuścił w środę, gdy koszaliński sąd penitencjarny zgodził się, by resztę kary odbywał w domu z bransoletką na nodze. — W swoich staraniach pan Marcin miał poparcie zakładu karnego i prokuratury — mówi Onetowi adw. Katarzyna Walukiewicz, jego obrońca. — Piłka w jego sprawie nadal jest w grze — dodaje.
Sadłowski ma nadzieję, że po tym, jak sam znalazł kluczowego świadka, grubszego mężczyznę, którego widać na zdjęciach z monitoringu, gdy stał przy barierce przed klubem i prawdopodobnie widział całe zajście [prokuratura nigdy go nie przesłuchała], Sąd Najwyższy przychyli się do jego wniosku o wznowienie postępowania.
Archiwum prywatne
Śledczy nie ustalili i nie przesłuchali świadka grubszego mężczyznę pierwszego z prawej
— Mam nadzieję, że ktoś naprawdę pochyli się nad tą sprawą, przeczyta akta i pokaże prawdę. Ja tego na pewno nie odpuszczę. Teraz po wyjściu z więzienia jestem naładowany pozytywną energią. Nie poddam się, walczę dalej — słyszę od Marcina Sadłowskiego.
Na razie czeka na założenie bransoletki i wyznaczenie posiedzenia w Sądzie Najwyższym. Do odbycia kary pozostało mu jeszcze 15 miesięcy.
Cios przed dyskoteką
Do feralnego zdarzenia, za które Sadłowski trafił do więzienia, doszło 16 lutego 2020 r. chwilę po godz. 2 przed dyskoteką w Goleniowie, niedaleko Szczecina. Tamtej nocy Marcin pracował jako ochroniarz klubu, w zastępstwie kolegi.
Pamięta, jak na polecenie menedżerki wyprosił pijanego klienta z lokalu, który zaczął się awanturować. Wziął go pod pachę, otworzył drzwi i powiedział: "wypad". Razem z nim klub opuścili jego żona i kolega. Wszyscy byli pijani.
Potem przez szybę w drzwiach Marcin widział, jak mężczyźni, którzy właśnie wyszli, zaczepili partnera menedżerki, który, ubrany w skórzaną kurtkę, palił papierosa przy barierce naprzeciwko wejścia.
— Wyskoczyli do niego z łapami. Partner menedżerki zrobił unik, a potem uderzył jednego z nich w twarz. Gdy zobaczyłem, że facet upadł i nie podnosi się, wybiegłem na zewnątrz, żeby mu pomóc. Z ucha i nosa ciekła mu krew — wspominał Marcin w reportażu Onetu.
Wtedy też ułożył nieprzytomnego mężczyznę, którego chwilę wcześniej wyprowadzał z klubu, w pozycji bezpiecznej.
Monitoring
Kamera miejskiego monitoringu, która obraca się co pięć minut, nie zarejestrowała zajścia przed lokalem, ponieważ była wtedy skierowana na pobliski park.
Później na nagraniu, kiedy przed klubem leży już nieprzytomny klient, przez kilka sekund widać mężczyznę w skórze, partnera menedżerki, który z innymi osobami stoi nad pobitym. Nagle odchodzi i nerwowo podpala papierosa. Potem kamera zmienia ujęcie.
Onet
Marcin Sadłowski wciąż rozpamiętuje zdarzenie, które zmieniło jego życie
— Mam żal do policji, która przez rok nie zrobiła nic. Sam chodziłem po okolicznych sklepach i pytałem o nagrania z kamer z tamtej nocy. Jedna kamera była w miejscu, gdzie teraz jest naleśnikarnia, druga w salonie z telefonami, kolejna w komisie naprzeciwko dyskoteki [teraz jest tam optyk], skąd było widać całą ulicę i chodnik. Po roku wszystkie nagrania były już skasowane — powtarzał Marcin.
Kluczowe zeznanie
Żona mężczyzny, który dostał w twarz, jako sprawcę wskazała Marcina. Zrobiła to dziewięć dni po zdarzeniu, gdy zobaczyła jego profil na Facebooku. Wcześniej, gdy na miejsce przyjechała policja, mówiła, że nie wie, kto uderzył jej męża, choć stała z boku i widziała stojącego na zewnątrz Sadłowskiego. To on pomagał jej mężowi, gdy nieprzytomny leżał na chodniku. "Żona zaprzeczyła temu, że sprawcą był ochroniarz" — zanotował policjant w notatce urzędowej i zapisał też "wyczuwalną woń alkoholu" od uczestników zdarzenia.
Żaden z pozostałych świadków ani w śledztwie, ani w procesie nie wskazał Marcina jako sprawcy.
Pobity mężczyzna nie był w stanie rozpoznać tego, który zadał mu cios. Nie pamiętał, co działo się przed i po zdarzeniu. Obudził się w szpitalu.
W śledztwie to Marcin usłyszał zarzut. Oskarżenia żony pobitego mężczyzny, mimo dwóch umorzonych śledztw, doprowadziły go przed sąd. Usłyszał wyrok bezwzględnego więzienia, mimo że do pobicia przyznał się partner menedżerki klubu.
Partner menedżerki tłumaczył, że palił papierosa przed wejściem, gdy nagle jeden z wyrzuconych z dyskoteki mężczyzn zaczął go wyzywać i ciągnąć za skórzaną marynarkę, którą porwał. Gdy drugi z mężczyzn próbował go uderzyć, zrobił unik i go odepchnął.
"Jego kompan dostał szału i biegł z pięściami, chciał mnie uderzyć, uchyliłem się i uderzyłem go w twarz. Zrobiłem to w obronie własnej, ten człowiek chciał mnie bić, był pijany i agresywny. Po uderzeniu przewrócił się na betonowy chodnik. Kobieta bardzo krzyczała. Mnie zawołali koledzy, żeby jechać do domu. Widziałem, jak z klubu wyskoczył ochroniarz i pobiegł do tego przewróconego mężczyzny. Z kolegami pojechaliśmy do Szczecina. Gdybym wiedział, co stało się temu mężczyźnie, to bym udzielił mu pomocy. Nie chciałem mu zrobić krzywdy, tylko się broniłem" — zeznał.
To samo powtórzył podczas procesu. Sąd jednak nie dał mu wiary. Uznał, że razem z Sadłowskim uzgodnili wspólną wersję, kiedy kontaktowali się telefonicznie. Prokuratura nie przedstawiła mężczyźnie zarzutu składania fałszywych zeznań.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.