Zamach stanu z Temu. Politycy kłócą się, kto ma większego sędziego, a procesy trwają niemal dwa razy dłużej [OPINIA]
W tym czasie średni czas trwania postępowań sądowych wydłużył się o ponad połowę. W sprawach cywilnych problem jest jeszcze większy. Jak ustaliła Najwyższa Izba Kontroli, w latach 2013–2023 średni czas trwania procesów cywilnych wzrósł aż o 79 procent, z 9,2 do 16,5 miesiąca. Politycy bawią się w grupę rekonstrukcyjną sarmatów, a obywatele czekają na wyroki.
Zamach stanu z dyskontu
W Polsce słowo "zamach stanu" przeszło osobliwą inflację. Kiedyś kojarzyło się z czołgami na ulicach, wojskiem przejmującym radio i aresztowaniem przywódców. Dzisiaj wystarczy spór o to, kto ma prawo odebrać ślubowanie od sędziego. Wpływowy prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz pisze do Macieja Berka: "Będziesz wisiał". Padają nawet porównania do dyktatury gorszej niż za Jaruzelskiego. Nigdy wielkie słowa nie były tak tanie. Mamy zamach stanu z Temu. Tani w produkcji, rozchodzący się w rękach i kosztowny dla środowiska. Tyle że tym razem zanieczyszcza nie oceany, lecz instytucje państwa.
Awantura o Trybunał jednocześnie przykrywa i obnaża rzeczywisty stan państwa. Na konferencjach prasowych mamy konstytucyjną wojnę na śmierć i życie. W codziennym funkcjonowaniu instytucji - organizacyjny chaos, bezradność i bezkarność.
Zajazd na Trybunał
Ostatnie wydarzenia przypominają już nie tyle spór prawny, ile scenariusz kolejnego sezonu "1670". Mamy zwaśnione stronnictwa, własnych sędziów, własne interpretacje prawa. Jeszcze krok i doczekamy się własnych służb. Mamy nawet zajazd na Trybunał. Brakuje tylko konnicy i okrzyku "Wolne! Nie pozwalam!". Prezydent stracił okazję, żeby do Trybunału wjechać na koniu. Ale byłyby zdjęcia!
W dawnej Polsce wyrok sądu wcale nie musiał oznaczać końca sporu. Kiedy brakowało instytucji zdolnych go wyegzekwować, szlachcic zbierał sąsiadów, klientelę i szable, żeby samemu wymierzyć sprawiedliwość. Dzisiaj nie trzeba nawet wyciągać szabli. Wystarczą uchwała, konferencja prasowa i zaprzyjaźniony prawnik.
Reputacja Trybunału, już wcześniej nadszarpnięta wyrokiem dotyczącym aborcji, dzisiaj sięgnęła bruku. Trudno liczyć, że w najbliższych latach odzyskamy instytucję, której autorytet będą uznawać wszystkie strony politycznego konfliktu. Na pewno nie z takimi elitami.
Szlachecka Rzeczpospolita miała osobliwe rozumienie wolności. Z czasem sprowadzono ją do prawa wpływowych grup do blokowania decyzji państwa. Liberum veto stało się symbolem ustroju, w którym sprzeciw jednego posła mógł sparaliżować cały sejm. Magnaci bronili swoich przywilejów, oczywiście zawsze w imię dobra ojczyzny. Dzisiaj również łatwiej stworzyć polityczną konfederację niż instytucję, która przetrwa zmianę władzy.
Król jest nagi
Cała ta sarmacka energia znika, kiedy do sądu przychodzi zwykły człowiek. Nie ma kamer, nadzwyczajnych posiedzeń ani pilnych uchwał. Są za to miesiące oczekiwania, przekładane rozprawy i zagubione akta.
Moja sprawa spadkowa trwa już cztery lata. Ostatnio sąd oświadczył, że zgubił dokumenty. Nie mamy ich i co pan nam zrobi? Tak wygląda praworządność oglądana nie z ministerialnego gabinetu, ale z sądowego korytarza.
Historyczna rekonstrukcja przestaje być zabawna, kiedy spojrzymy za wschodnią granicę. Trwa wojna, Rosja prowadzi agresywną politykę, a bezpieczeństwo Polski wymaga silnego państwa, zdolnego działać sprawnie również w sytuacji kryzysowej.
W XVIII wieku sąsiednie mocarstwa budowały nowoczesne armie, administrację i systemy podatkowe, podczas gdy polskie elity zajmowały się obroną swoich swobód i wzajemnym blokowaniem reform. Wszyscy mieli usta pełne patriotyzmu. Nikt nie chciał ustąpić.
Historia powtarza się jako farsa. Dzisiaj elity chronią majątki w fundacjach rodzinnych, budują swoje klientele w urzędach, a nawet generalskie nominacje stają się przedmiotem politycznych rozgrywek. Nauka ledwo zipie, a wizja rozwoju sprowadza się do podwykonawstwa dla niemieckiej gospodarki, eksploatacji kolejnych pokoleń chłopów hipotecznych i stawiania patodeweloperskich czworaków.
W XVIII wieku magnaci tak skutecznie bronili swojej wolności przed własnym państwem, że w końcu zabrakło państwa, w którym mogli z niej korzystać.
Dzisiejsza Polska nie jest oczywiście Rzecząpospolitą sprzed rozbiorów. Ale pod fasadą wielkich deklaracji i pokazów politycznej siły kryje się państwo słabe, z instytucjami pogrążonymi w chaosie.
Bo silnego państwa nie poznaje się po tym, jak głośno jego przedstawiciele mówią o konstytucji, jak zaciekle walczą o urzędy i jak efektownie ogłaszają kolejne zamachy stanu. Poznaje się je po tym, czy potrafi skutecznie wykonywać swoje podstawowe obowiązki. Państwo, które potrafi urządzić wielką awanturę o Trybunał, ale nie potrafi znaleźć akt w sądzie, wygląda groźnie tylko z mównicy.
Czy doczekamy się ludowego zrywu i drugiego Kościuszki? Czy znowu czekają nas rozbiory?
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.