Wielu Amerykanów wini Trumpa za wzrost cen w USA. Republikanie chowają go w kampanii?

Złe wieści dla Donalda Trumpa. To jego Amerykanie w dużej mierze obarczają winą za wzrost cen w USA. Aż 78 procent Amerykanów uważa, że polityka Donalda Trumpa przyczyniła się do wzrostu cen w Stanach Zjednoczonych. Tak wynika z najnowszego sondażu Reuters/Ipsos. Co szczególnie istotne, Biały Dom obwinia również 64 procent zwolenników Partii Republikańskiej. Większość ankietowanych wskazuje na cła wprowadzane przez administrację Trumpa jako jeden z głównych powodów rosnących kosztów życia. Ponad połowa republikańskich wyborców przyznaje, że ceny rosną szybciej niż ich zarobki. Aż 68 procent wszystkich badanych negatywnie ocenia działania administracji w walce z inflacją. To niepokojące dane dla prezydenta, który w kampanii wyborczej obiecywał Amerykanom szybkie obniżenie cen. Dwa lata później sytuacja jest trudna.
To ma swoje konsekwencje
Widzą to Republikanie startujący w wyborach do Kongresu i niektórzy z nich zaczynają grać na własne nazwisko. Przed listopadowymi wyborami do Kongresu część kandydatów tej partii ogranicza eksponowanie swoich związków z Donaldem Trumpem.
Nie oznacza to otwartego buntu przeciwko prezydentowi. Chodzi raczej o próbę znalezienia własnego miejsca w kampanii – szczególnie tam, gdzie o zwycięstwie mogą zdecydować wyborcy niezdecydowani. Trump jest wciąż ważny, ale nie dla każdego wyborcy.
Wybory do Kongresu zbliżają się wielkimi krokami. Do głosowania pozostały niespełna cztery tygodnie, w niektórych stanach trwa już wczesne głosowanie, a dla Republikanów jednym z najważniejszych pytań jest to, jak silnie kandydaci powinni wiązać swoje kampanie z Donaldem Trumpem. Prezydent pozostaje najważniejszą postacią Partii Republikańskiej, ale w najbardziej konkurencyjnych okręgach kandydaci muszą docierać także do wyborców, którzy nie są zdecydowanymi zwolennikami Trumpa.
Republikanie kalkulują
Reuters przeanalizował 62 najbardziej konkurencyjne wyścigi do Izby Reprezentantów i Senatu. W 41 z nich republikańscy kandydaci albo pokazują różnice z prezydentem w konkretnych kwestiach, albo ograniczają eksponowanie swoich związków z Trumpem.
Nie oznacza to, że ci politycy odwracają się od prezydenta. W wielu przypadkach chodzi o bardzo konkretną kalkulację kampanijną: jak zdobyć głosy wyborców, którzy mogą być skłonni poprzeć Republikanina, ale jednocześnie nie są przekonani do sposobu, w jaki Donald Trump sprawuje władzę. Nie chcą stracić niezdecydowanych wyborców. Mechanizm jest stosunkowo prosty. Wyborca może być zwolennikiem części programu Republikanów, ale jednocześnie mieć zastrzeżenia do Trumpa. Kandydat republikański startujący w konkurencyjnym okręgu musi więc zdecydować, jak mocno wiązać własny wizerunek z prezydentem. Jeżeli będzie występował wyłącznie jako kandydat Trumpa, może zmobilizować jego najbardziej lojalnych wyborców. Jednocześnie może jednak zniechęcić część osób niezdecydowanych, które rozważają głosowanie na Republikanina, ale nie chcą oddawać głosu na polityka postrzeganego jako całkowicie podporządkowanego prezydentowi.
Dlatego niektórzy kandydaci ograniczają obecność Trumpa w swoich materiałach wyborczych. Z ich stron internetowych znikają nazwisko, zdjęcia czy informacje o poparciu prezydenta. Inni unikają wspólnych wystąpień albo podkreślają, że choć należą do tej samej partii, w niektórych kwestiach mają własne stanowisko. To przede wszystkim próba pokazania wyborcy: „Jestem Republikaninem, ale nie jestem wyłącznie kandydatem Trumpa”.
Iran ma wpływ na kampanię
Wojna z Iranem staje się problemem wyborczym. Jedną z kwestii, w których widać różnice między częścią republikańskich kandydatów a Białym Domem, jest wojna z Iranem.
Reuters odnotowuje, że w dwunastu analizowanych wyścigach republikańscy kandydaci prezentują stanowiska różniące się od polityki administracji w sprawie konfliktu.
Część Republikanów głosowała za ograniczeniem uprawnień prezydenta do prowadzenia działań wojennych. Inni wzywali do zakończenia konfliktu, zwracając uwagę między innymi na jego gospodarcze konsekwencje. A te są coraz bardziej widoczne dla amerykańskich wyborców. Wojna wpływa na światowy rynek ropy, a wzrost cen surowca przekłada się na ceny benzyny. Dla polityków startujących w wyborach do Kongresu jest to wyjątkowo istotne, bo kierowcy nie patrzą na konflikt wyłącznie przez pryzmat geopolityki. Widzą go także na stacji benzynowej. I właśnie takie kwestie mogą mieć większe znaczenie dla wyborcy niż sama partyjna przynależność.
Jednocześnie trudno mówić o masowym buncie Republikanów przeciwko Trumpowi. Bezpośrednia krytyka prezydenta pozostaje rzadka. Większość kandydatów, którzy próbują się od niego zdystansować, robi to ostrożnie. Powód jest oczywisty: Trump pozostaje bardzo silną postacią wśród republikańskiego elektoratu. Otwarte wystąpienie przeciwko prezydentowi może oznaczać utratę części wyborców, pieniędzy na kampanię albo poparcia partyjnego.
Jak się odnaleźć na kampanijnym szlaku?
Dlatego kandydaci próbują znaleźć środek. Chcą korzystać z tego, że są Republikanami i mogą liczyć na poparcie części elektoratu Trumpa, ale jednocześnie nie chcą, aby wyborcy niezdecydowani traktowali ich jako bezpośrednią kontynuację polityki Białego Domu.
Trump pozostaje jednak centralną postacią kampanii. To właśnie czyni tegoroczne wybory do Kongresu interesującymi. Z jednej strony Trump bardzo mocno angażuje się w kampanię i zabiega o utrzymanie republikańskiej większości. Z drugiej – część kandydatów w najbardziej konkurencyjnych miejscach próbuje budować własną markę.
Nie wszędzie strategia jest taka sama. W okręgach, w których Republikanie mają mocną pozycję, silne związanie z Trumpem może być dla kandydata atutem. W bardziej wyrównanych wyścigach politycy mogą natomiast uznać, że potrzebują szerszego elektoratu. To sprawia, że wybory stają się dla Republikanów także testem odpowiedzi na pytanie, jak długo i jak mocno partia będzie związana z osobistym wizerunkiem Donalda Trumpa.
Według najnowszego badania Reuters/Ipsos poziom aprobaty dla Donalda Trumpa wynosi 32 procent wśród badanych wyborców. To oczywiście nie jest wynik wyborczy i nie mówi, jak zagłosują poszczególne okręgi. Pokazuje jednak polityczne środowisko, w którym prowadzona jest obecna kampania.
Dla Republikanów oznacza to konieczność prowadzenia kampanii na dwóch frontach: mobilizowania własnego elektoratu i jednocześnie przekonywania wyborców spoza najbardziej lojalnej części zaplecza Trumpa. Najważniejsze będzie kilkanaście ostatnich dni. Do wyborów pozostały niespełna cztery tygodnie. Kandydaci mają więc niewiele czasu na przekonanie tych, którzy jeszcze nie zdecydowali, czy i na kogo zagłosują.
Dla Republikanów będzie to również sprawdzian strategii przyjętej wobec Trumpa. Czy lepiej występować u jego boku i mobilizować jego zwolenników? Czy może pokazywać własną niezależność i próbować zdobywać głosy wyborców, którzy nie chcą całkowicie odrzucić Republikanów, ale mają zastrzeżenia do prezydenta? Odpowiedź na to pytanie będzie można częściowo zobaczyć już 3 listopada.
Tegoroczne wybory do Kongresu nie są więc tylko kolejnym starciem Republikanów z Demokratami. Są również sprawdzianem tego, jak silnie nazwisko Donalda Trumpa nadal determinuje strategię kandydatów jego własnej partii – i gdzie Republikanie zaczynają uznawać, że potrzebują własnego politycznego nazwiska, własnego przekazu i własnej historii.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.