Jak powtórka z Ukrainy. Zastanawiające ruchy na Łotwie, oczy zwrócone na granice
6 października na granicy łotewsko-białoruskiej, łotewskie wojsko zatrzymało próbę nielegalnego przeprowadzenia grupy około 20 migrantów. Według łotewskich sił zbrojnych osoby eskortujące migrantów były uzbrojone w karabinki, groziły żołnierzom i próbowały fizycznie przepchnąć uchodźców w stronę Łotwy. Sami jednak nie przekroczyli wówczas granicy. Stało się to potem.
Kilka godzin później zamaskowani ludzie przekroczyli granicę w innym miejscu. Uszkodzili skrzynkę rozdzielczą instalacji elektrycznej i zabrali dwie kamery monitoringu. Zanim na miejsce dotarł patrol łotewskiej straży granicznej, sprawcy wrócili na Białoruś. Łotewskie władze określiły zdarzenie jako szczególnie agresywną prowokację.
DLA CIEBIE
Biznes od środka: Czy złoto wciąż się opłaca? Dyrektor Mennicy Apart Bartosz Rączyński o inwestowaniu w złoto
DLA CIEBIE
Łotysze na razie nie twierdzą, że sprawcami byli rosyjscy żołnierze. Szef łotewskiej straży granicznej Guntis Pujāts dopuścił nawet możliwość, że za sabotażem mogli stać przedstawiciele zorganizowanej przestępczości korzystający z przychylności białoruskich służb. Podobnie Rosjanie działali na Ukrainie.
Dlatego trudno traktować całe zdarzenie wyłącznie jako kolejny incydent związany z przemytem ludzi. Łotewskie siły zbrojne już w styczniu informowały o udokumentowanym udziale białoruskich służb i wojska w organizowaniu nielegalnej migracji. Wśród dowodów znalazły się między innymi dokumenty białoruskiego żołnierza z 19. Brygady Zmechanizowanej Gwardii oraz zdjęcia pokazujące funkcjonariuszy białoruskiej straży granicznej razem z migrantami i w pojazdach białoruskiej armii.
Powtórka z historii?
Od kilku tygodni Rosja ponownie podkręca narrację dotyczącą państw bałtyckich. 21 września rosyjska Prokuratura Generalna wystąpiła o uznanie estońskich, łotewskich i litewskich nacjonalistów za współpracowników nazistowskich Niemiec odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Rosyjskie władze zarzucają państwom bałtyckim między innymi gloryfikowanie kolaborantów i fałszowanie historii.
Nie jest to żadna nowość, bo Rosja od lat przedstawia Łotwę, Litwę i Estonię jako państwa prześladujące rosyjskojęzycznych mieszkańców, gloryfikujące nazistowskich kolaborantów i prowadzące politykę wymierzoną w Rosję. Litewskie służby w swojej ocenie zagrożeń na 2026 r. zwracały uwagę, że tego rodzaju przekazy są konsekwentnie wykorzystywane przez Moskwę do uzasadniania własnej polityki wobec państw bałtyckich. Latem Łotwa, Litwa i Estonia protestowały również przeciwko rosyjskim kłamstwom o tym, że państwa bałtyckie przygotowują deportacje rosyjskojęzycznych mieszkańców.
Jest to powtórka z działań prowadzonych przeciwko Ukrainie. Najpierw pojawiła się opowieść o prześladowanej ludności, faszystowskich władzach i zagrożeniu dla Rosjan. Potem rozpoczęły się działania poniżej progu otwartej wojny. W 2014 r. w Donbasie i na Krymie Moskwa wykorzystywała obecność uzbrojonych ludzi, których status i przynależność były "nieznane", choć byli ubrani w rosyjskie mundury i broń, jakiej używa wyłącznie rosyjska armia. Wówczas Putin stwierdził, że "takie mundury można kupić w każdym sklepie z mundurami". Rosyjska propaganda przedstawiała wydarzenia jako oddolny bunt ludności przeciwko władzom w Kijowie.
Przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny, w latach 2021–2022 narracja propagandy została ponownie rozbudowana. Tym razem doszły oskarżenia o rzekome ludobójstwo w Donbasie, prześladowanie rosyjskojęzycznych mieszkańców oraz przygotowywanie przez Ukrainę ataku na kontrolowane przez separatystów terytoria. Były to elementy propagandowego uzasadnienia decyzji o rozpoczęciu pełnoskalowej wojny. Testowanie sojuszu.
Na Łotwie nie mamy dziś odpowiednika Donbasu ani Krymu. I wątpliwe, żeby kiedykolwiek pojawiła się powtórka z Ukrainy. Nie ma też dowodów, że wydarzenia z 6 października były przygotowane przez rosyjskie służby i kto był wykonawcą, choć jak mówi rosyjskie przysłowie: jeśli coś wygląda jak kaczka, chodzi jak kaczka i kwacze jak kaczka, to musi to być kaczka.
Tym bardziej że tym razem nie chodzi już wyłącznie o propagandę. Łotewska granica z Białorusią od kilku lat jest miejscem działań, w których migracja jest wykorzystywana jako element wojny hybrydowej. Według łotewskiej straży granicznej tylko 6 października zatrzymano 21 osób próbujących nielegalnie przekroczyć granicę, a od początku roku liczba takich przypadków sięgnęła niemal 12 tys.
Incydent z 6 października pokazuje natomiast, że Rosjanie poszli o krok dalej. Uzbrojone zielone ludziki pojawiają się bezpośrednio przy granicy, grożą wojskowym, próbują wykorzystać grupę migrantów do jej przekroczenia, a następnie sami wchodzą na terytorium państwa NATO i niszczą elementy infrastruktury. Wchodzą, wykonują zadanie i wracają za granicę.
Kreml coraz mocniej testuje zdolności Sojuszu do reakcji, a jednocześnie pokazuje, jak łatwo można zwiększać skalę takich działań bez przekraczania progu otwartego konfliktu. Zwłaszcza że Moskwa otwarcie grozi krajom bałtyckim, a politycy i propagandyści powiązani z Kremlem wprost mówią, że te dawne radzieckie republiki powinny wrócić "do macierzy". Ostatnio Dmitrij Miedwiediew, który jest wiceprzewodniczącym Rady Bezpieczeństwa FR, stwierdził, że kraje bałtyckie są "rosyjskimi prowincjami" i należą one do Rosji. Z kolei Agencja RIA Novosti, państwowa tuba propagandowa Kremla, opublikowała artykuł wprost grożący Litwie "krótką operacją specjalną" oraz atakiem nuklearnym.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.