CNN TürkÖZET | Arda Güler frikikten perdeyi açtı; Real Madrid son dakikada kazandıPunchMan Utd, Villa target last 16 as Carabao Cup draw holds Wednesday nightInquirerAmici curiae at hand, Senate impeachment court revisits vote thresholdDaily MaverickBOOK EXCERPT: The Ego Trip: The promise and peril of the modern psychedelic boomוואלהגבר כבן 25 נפצע באירוע אלימות באום אל פחם - מצבו קשהESPNLet's kick off NFL Week 2: Seven things Solak thinks -- including that Houston's offense could be decentThe Jerusalem PostThree dead after helicopter crash in Los Angeles, fire department says한겨레4연패 향해 순항 이민성호, 7일간 휴식기에 조직력 더 다져야SözcüElektrik faturasını yarı yarıya düşüren taktik: Bu yöntemle her ay 1.500 TL daha az ödeniyorKhaosod EnglishStray dogs turn parked cars into their personal bedsBBC BusinessPetrol and diesel price rises push UK inflation higherDaily MailNew Sussex security fears: Duchess's mobile number leaks among parents at school their children had just started
The Daily Newsstand · Free, Always
Wednesday, September 16, 2026

W powiecie przy granicy z Białorusią i Ukrainą mają dość. "Piszemy do MSWiA"

Translate

Było kilka minut po godzinie 4 rano w niedzielę, kiedy wójt Dorohuska na granicy Polski z Ukrainą usłyszał hałas i się przebudził.

– Moja żona obudziła się chwilę wcześniej i zobaczyła błysk. Ja usłyszałem już tylko uderzenie – relacjonuje w rozmowie z WP Wojciech Sawa, wójt Dorohuska.

W Dorohusku są dwie syreny uruchamiane zdalnie z poziomu Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Lublinie. Wójt chwali służby wojewody, że u nich sygnały można już włączać automatycznie i nikt nie musi w tym pośredniczyć. Wójt przyznaje jednak, że zostały włączone nie przed eksplozją po drugiej stronie granicy, a już po niej.

– Syreny włączono około pięciu, sześciu minut po wybuchu – szacuje wójt Dorohuska Wojciech Sawa.

Dopytywany o to, kiedy jego zdaniem powinny zawyć w takiej sytuacji syreny, przyznaje, że jednak przed zagrożeniem, a nie po nim.

– Wiadomo, że dobrze by było, gdy byśmy taką informację dostali wcześniej, ale to zdarzenie było nie na naszym terytorium i nie wiem, jakie są procedury w takiej sytuacji – dodaje wójt Dorohuska.

Nie wiemy, czy przy obecnym przygotowaniu Polski do zagrożeń z powietrza, ostrzeganie syrenami mieszkańców terenów przygranicznych w chwili kiedy jakiś obiekt dopiero zbliża się do granicy znad terenu Ukrainy, jest w ogóle możliwe. Przedstawiciele Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego przekonują, że w przypadku niedzielnego poranka wszystko zadziałało tak jak trzeba. Do urzędu nie wpłynęły sygnały o tym, żeby np. gdzieś syren w ogóle nie włączono, tak jak to bywało w przeszłości, o czym pisała kilkukrotnie WP.

O tym, jak szybko syreny alarmowe są uruchamiane, decyduje wciąż szybkość przekazywania informacji między wojskiem i administracją cywilną na szczeblu rządowym oraz samorządowym. W niektórych miejscach, jak we wspomnianym Dorohusku, syreny może włączyć dyżurny na szczeblu Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego podległego wojewodzie lubelskiemu. W innych miejscach włączają je strażacy z komend powiatowych lub urzędnicy ze starostw.

Urzędnicy z powiatów są na samym dole drabinki informacyjnej – mimo że już nie wszędzie muszą decydować o włączaniu alarmów, to wciąż mają obowiązek sprawować całodobowe dyżury pod telefonem. I to okazuje się dla nich ogromnym problemem, zwłaszcza w małych, biednych samorządach.

Powiat przy granicy. Bezpieczeństwo na barkach dwóch osób

Jak dowiaduje się Wirtualna Polska – w powiecie włodawskim położonym na styku granic z Białorusią i Ukrainą – obowiązek dyżurowy spoczywa tylko na dwóch osobach. Dwóch urzędników ze Starostwa Powiatowego we Włodawie musi na zmianę pełnić dyżury, żeby 34 tys. mieszkańców powiatu mogło w porę otrzymać informacje o zagrożeniu.

– Moi pracownicy nie śpią nocami, dyżurują na zmianę siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Dosłownie padają ze zmęczenia. Jesteśmy buforem bezpieczeństwa dla całej Polski, a wciąż sprawa takich dyżurów nie jest rozwiązana systemowo – komentuje w rozmowie z WP starosta włodawski Mariusz Zańko.

Żeby cały powiatowy system ostrzegania w miarę normalnie funkcjonował, dyżurujący tu urzędnicy przyznają, że potrzebne byłyby nie dwie, a co najmniej cztery osoby. Starosta włodawski przekonuje, że sam nie jest w stanie ich zatrudnić.

– Ja przed chwilą przekazałem 11 milionów na uratowanie szpitala, na spłatę jego długów, które zostawili mi poprzednicy. Gdyby nie to, zaraz bym miał zamknięty szpital położony na granicy państwa, który zabezpiecza straż graniczną i wojsko. Nie mam po prostu kolejnego pół miliona złotych na ten cel. Dlatego jeżeli mamy u siebie te zadania, to powinny być dla nas jakieś dodatkowe środki finansowe – uważa Mariusz Zańko.

Starosta włodawski zapowiada: "Piszemy do MSWiA"

Starosta mówi, że właśnie w poniedziałek zapadła decyzja o złożeniu pisemnego wniosku w tej sprawie do MSWiA. Bezpośrednim pretekstem tego gestu był wyjątkowo trudny weekend. Jeden z dyżurnych był akurat na urlopie, więc odpowiedzialność za bezpieczeństwo całego powiatu spadła przez cały weekend na drugiego. Jak pokazały niedzielne wydarzenia, powiat włodawski był zaś w bezpośrednim zagrożeniu, jego granice zaczynają się bowiem zaledwie kilkanaście kilometrów na północ od Dorohuska.

Jak wygląda praca dyżurnego w sytuacji zagrożenia? Dostaje SMS w środku nocy z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa albo z WCZK w Lublinie o konieczności prowadzenia nasłuchu za pośrednictwem specjalnej radiostacji. To w trakcie tego nasłuchu może się dowiedzieć o zagrożeniu z powietrza oraz potrzebie włączenia syren alarmowych. Radiostacji do prowadzenia nasłuchu nie można zabrać ze sobą do domu; znajdują się one tylko w siedzibach starostw.

– Jak dostaję SMS, to muszę się ubrać, wyjść z domu, dotrzeć do starostwa, otworzyć budynek, czyli rozbroić wszelkie zabezpieczenia, otworzyć sekretariat, pobrać klucze, włączyć urządzenia nasłuchowe. To wychodzi tak gdzieś 20 minut do pół godziny – wylicza Krzysztof, jeden z pracowników włodawskiego starostwa.

W jego przypadku przewagą jest bliskość miejsca zamieszkania do urzędu – zaledwie około kilometra. Ale WP pisała o takich urzędach na Lubelszczyźnie, gdzie dyżurujący urzędnicy do siedziby urzędu mieli nawet około 20 kilometrów. W takiej sytuacji czas reakcji drastycznie się wydłuża.

Urzędnicy sami również przyznają, że w obecnej sytuacji są na skraju wytrzymałości.

– Kolejna noc i znowu nieprzespana. Dostajemy wiadomości, po czym się zdzwaniamy, budzi się cała rodzina, jedziemy na nasłuch do urzędu. Po jakiejś godzinie nasłuch się kończy i załóżmy o godzinie 5 rano wracam do domu. Ale o 7.30 muszę z powrotem być w pracy, żeby realizować swoje pozostałe zadania urzędowe – przyznaje Robert, drugi z dyżurujących włodawskich urzędników.

Starosta włodawski zarzuca również, że o ile strażacy współpracują z urzędnikami w zakresie włączania samych syren alarmowych, to nie chcą już na siebie brać odpowiedzialności za prowadzenie wspomnianego nasłuchu. Jeden z urzędników starosty rozumie postawę kolegów ze straży pożarnej.

– Strażacy nie chcą prowadzić tego nasłuchu, a ja im się też nie dziwię. Dlatego że u nich jest jeden dyżurny i w sytuacji, gdyby, nie daj Boże, doszło do sytuacji takiej, żeby oprócz zagrożenia z powietrza był pożar czy jakieś inne zdarzenie, to tam jest jeden człowiek, który musi koordynować dwie akcje, więc strażacy też mają problem, bo musieliby zwiększyć obsadę etatową swojej służby dyżurnej – mówi jeden z włodawskich urzędników.

Obaj urzędnicy z Włodawy zajmujący się nocnymi dyżurami to osoby z uprawnieniami emerytalnymi, bo wcześniej pracowali w służbach. Teoretycznie mogliby każdego dnia rzucić pracę w urzędzie.

– Z tytułu tego, co robimy, nikt z nas nie ma żadnych tam profitów, żadnych dodatków, niczego. Po prostu to robimy. Ku chwale ojczyzny – mówi jeden z urzędników.

– Chcemy pomagać, chcemy nadal to robić. No ale nie takim kosztem – dodaje jego kolega.

View the original on Wirtualna Polska

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.