Bułgaria ostrożnie wstaje z kolan. 100 dni rządów Rumena Radewa
8 maja br. Zgromadzenie Narodowe wybrało byłego prezydenta Rumena Radewa na premiera. Jego stronnictwo Postępowa Bułgaria, zwycięzca przedterminowych wyborów parlamentarnych z 19 kwietnia, samodzielnie poparło nowo utworzony gabinet. Kandydaturę Radewa przyjęto stosunkiem 124 głosów do 70, przy 36 posłach partii GERB Bojka Borisowa wstrzymujących się od głosu, zdetronizowanego półdyktatora. Właściwy skład rządu przeszedł stosunkiem 122 do 70. W sierpniu minęło symboliczne pierwsze 100 dni nowej władzy. To wystarczająco długo, by dostrzec kierunek, lecz za krótko, by Radew naprawił i przebudował Bułgarię, państwo, którego porządek socjalny, prawny, instytucjonalny i ekonomiczny od lat są w stanie atrofii.
Czytaj nas częściej w Google
Analizując kwietniowe zwycięstwo, socjolog Iwo Christow, intelektualista i komentator polityczny, powiedział:
Radew nie ma żadnych mocy nadprzyrodzonych; nie odmieni przyciągania ziemskiego. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej zapewni nam miękkie lądowanie.
W kraju, który na koniec 2025 r. liczył oficjalnie tylko nieco ponad 6 mln mieszkańców (w porównaniu z ok. 9 mln u schyłku lat 80.), gdzie jedna czwarta ludności ma co najmniej 65 lat, a ubytek naturalny wyniósł w zeszłym roku ponad 49 tys. osób, żadna metafora nie jest przesadzona. Spór o tempo rozwoju dawno został zastąpiony sporem o dramatyzm regresu. Jak wyraził się Christow: "Stoimy wobec wyzwania polegającego na ocaleniu nacji, to nasza absolutnie ostatnia szansa".
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Radew wyłącza autopilota
W takich warunkach nowy premier próbuje zrobić coś, co jak na bułgarskie standardy wygląda niemal rewolucyjnie. Zanim ktoś postawi pytanie, czego oczekują sojusznicy, Radew najpierw wskazuje interes narodowy.
Nie oznacza to ani odwracania sojuszy, ani zmiany obozów czy reorientacji geopolitycznej. Radew nie zapowiada wyjścia z Unii Europejskiej ani z NATO, nie zamierza włączać kraju do BRICS (ang. Brazil, Russia, India, China, South Africa). Zdaje też sobie sprawę, że Bułgaria nie jest Wielką Brytanią, która jako jedna z największych gospodarek świata mogła stosunkowo swobodnie podjąć decyzję o opuszczeniu UE. Premier wielokrotnie podkreślał, że przyjęte zobowiązania sojusznicze pozostają w mocy i państwo musi się poruszać w międzynarodowej rzeczywistości zgodnie z możliwościami i z narzucanymi przez nią ograniczeniami. Po raz pierwszy od dawna jednak bułgarskie uczestnictwo w zachodnich strukturach nie oznacza automatycznej zgody na każde działanie czy też propozycję NATO albo Unii.
14 lipca premier przebywał w Paryżu, gdzie Emmanuel Macron osobiście zaprosił go do udziału w tzw. koalicji chętnych — grupie państw wspierających dalszą militarną i finansową pomoc Ukrainie. Radew kategorycznie odmówił. "Nie uważam, aby miejsce Bułgarii było w koalicji chętnych" — powiedział dziennikarzom, odrzuciwszy zaproszenie francuskiego prezydenta. To wywołało wstrząs.
Reakcja opozycji była natychmiastowa. Politycy obozu liberalnego (Demokratyczna Bułgaria i partia Kontynuujemy Zmiany) udzielali komentarzy o rzekomym "odgórnym putinizowaniu Bułgarii" i o "pustym krześle" przy stole, przy którym rozstrzyga się przyszłość europejskiego bezpieczeństwa. Następnego dnia sytuacja jeszcze się zaostrzyła. Minister spraw zagranicznych Welisława Petrowa uczestniczyła w Kijowie w szczycie Ukraina-Europa Południowo-Wschodnia. W przyjętej tam deklaracji znalazł się zapis pozytywnie oceniający działalność koalicji chętnych i mówiący o gotowości zwiększania udziału w jej pracach. Opozycja znów zagrzmiała, wieszcząc "katastrofalny chaos" i "schizofrenię geopolityczną".
Radew odpowiadał z trybuny parlamentu: Petrowa deklaracji nie podpisała, a "mój rząd nie podjął żadnych zobowiązań, jeśli chodzi o działania w ramach koalicji chętnych". Sama minister tłumaczyła dodatkowo, że tego rodzaju deklaracje przyjmuje się podczas szczytów bez indywidualnych podpisów państw, ale nie wynika z tego automatycznie przystąpienie Bułgarii do udziału w konkretnym formacie. Historia ta doskonale obrazuje sposób, w jaki Radew porusza się w polityce zagranicznej: nie pali demonstracyjnie mostów, za to bardzo uważnie pilnuje umów i zobowiązań. Swoboda jego manewru ma jednak wyraźne granice.
Między Brukselą a BRICS?
Z drugiej strony Radewa coraz głośniej atakują środowiska nacjonalistyczne, zwłaszcza partia Odrodzenie pod przywództwem Kostadina Kostadinowa. Ich zarzuty są populistyczną odwrotnością argumentacji liberałów: premier jest zbyt miękki, skoro nadal uznaje sankcje, zobowiązania unijne i członkostwo w NATO. 4 września Kostadinow pytał Radewa w parlamencie, dlaczego Bułgaria nie wróci do importu tańszej rosyjskiej ropy. Premier odpowiedział rzeczowo: zniesienie sankcji wymaga decyzji całej UE i dodał, że temat przedstawiał "w krytycznym dialogu" zarówno sekretarzowi generalnemu NATO, jak i Ursuli von der Leyen.
Tego samego dnia w trakcie debaty parlamentarnej z ust Radewa padło bodaj najbardziej charakterystyczne zdanie pierwszych miesięcy nowych rządów: "Europa nie może być konkursem konformizmu". Jednocześnie zapewniał o pełnej solidarności z UE, by za chwilę oświadczyć, że jego kraj nie będzie uczestniczył w żadnej formule eskalacji wojny w Ukrainie. Nieco wcześniej zaś Radew, również w Zgromadzeniu Narodowym, wypowiedział kwestię, która stała się politycznym aforyzmem: "Europa może istnieć bez Rosji, ale nie może na dłuższą metę funkcjonować przeciwko Rosji".
Właśnie te działania i wypowiedzi Radewa, przywracające elementarną równowagę w polityce zagranicznej, doprowadzają bułgarskich liberałów do gniewu. Dla nich sama odmowa uczestnictwa w kolejnej inicjatywie przeciwko Rosji już jest niepodważalnym dowodem "prorosyjskości". Dla nacjonalistów zaś wszystko, co nie jest wypowiedzeniem sankcji, układów i demonstracyjnym zwrotem w stronę BRICS, stanowi zdradę. Obie strony łączy to samo oczekiwanie co do charakteru bułgarskiej polityki. Ma ona być plemienna i całopalna.
Sean Gallup/Getty Images / Staff / Getty Images
Bułgarski premier Rumen Radew podczas wizyty w Berlinie, 18 maja 2026 r.
Premier tymczasem próbuje robić coś mniej spektakularnego i znacznie trudniejszego: poruszać się po grząskim gruncie milimetr po milimetrze. Wie, że ostre zwarcie z Brukselą, Waszyngtonem czy Berlinem skończyłoby się fatalnie, dlatego próbuje systematycznie odbudowywać podmiotowość państwa w ramach istniejących ograniczeń. Opinia publiczna najwyraźniej to rozumie i docenia, a ta sfera działań jest dla niego politycznie najkorzystniejsza.
Znacznie gorzej bilans wygląda tam, gdzie oczekiwania wyborców dotyczą nie tyle sentymentu politycznego, ile kwestii bytowych. Sondaż Alpha Research przeprowadzony między 17 a 23 lipca pokazuje to wyraźnie. Sam Radew dostał 48 proc. ocen pozytywnych wobec 31 proc. negatywnych, a Postępowa Bułgaria utrzymywała gigantyczną przewagę nad przeciwnikami — 41,6 proc. deklarowanego poparcia wobec 13,1 proc. dla drugiego w kolejności GERB. Rząd jako całość respondenci oceniali jednak słabiej: 42 proc. pozytywnie i 33 proc. negatywnie.
Jeszcze wymowniejsze były odpowiedzi dotyczące konkretnych zagadnień. Wzrost cen za poważny problem uznało 81 proc. badanych, a jedynie 28 proc. dostrzegało skuteczne działania rządu. Korupcję i oligarchizację wskazywało 72 proc., pozytywnie działania w tej sferze oceniało 26 proc. Ogólny indeks skuteczności polityk rządowych wyliczony przez Alpha Research wyniósł tylko 26,4 proc.
Rosnące wciąż ceny są największą porażką gabinetu Radewa. Bułgaria weszła do strefy euro 1 stycznia 2026 r. Osiem miesięcy później oficjalna inflacja wynosiła 5,1 proc. rok do roku, a od początku roku odnotowano dramatyczny wzrost cen, zwłaszcza jeśli chodzi o podstawowe produkty. Rząd nie podjął dotychczas praktycznie żadnych działań na tym polu. To poważnie obciąża cały projekt Radewa. Zwycięstwo Postępowej Bułgarii było wszak wyrazem buntu przeciwko dotychczasowemu modelowi funkcjonowania państwa. Tymczasem w polityce gospodarczej gabinet nadal bardzo ostrożnie porusza się w obrębie kontestowanego wcześniej neoliberalnego paradygmatu.
Źle wygląda również sytuacja w ochronie zdrowia. W badaniu Alpha Research ocena działań władzy okazała się tu najgorsza: 69 proc. wskazywało zdrowie jako istotny problem, ale tylko 14 proc. dostrzegało skuteczne rozwiązania. Minister Katja Iwkowa nie panuje nad resortem. Pod koniec sierpnia zażądała dymisji wiceministra oraz dwóch dyrektorów kluczowych departamentów, gdy okazało się, że nie zaplanowano ubezpieczeń dla części ambulansów i samochodów inspekcji sanitarnej. Niemal równocześnie rezygnację złożył wieloletni główny inspektor sanitarny. Zapaść systemu ochrony zdrowia trwa.
Niezbyt dobrze wypada ogólny widok ław rządowych. Radew nie zbudował zespołu politycznych gwiazd ani grupy ministrów o silnych, samodzielnych osobowościach, których w Bułgarii nie brakuje. Wybrał raczej ludzi przewidywalnych, fachowych w różnym stopniu, ale przede wszystkim takich, co do których może być pewien ich całkowitej lojalności politycznej. Taka konstrukcja zabezpiecza go przed powstawaniem konkurencyjnych ośrodków władzy, lecz jednocześnie ogranicza zdolność rządu do radykalnych, kreatywnych posunięć reformatorskich.
Trudno nie wiązać tej ostrożności z wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 25 października. Radew chce utrzymać Pałac Prezydencki w swoim obozie. Jego następczyni, obecna prezydent Ilijana Jotowa, jest oczywistą faworytką. W lipcowym sondażu Global Metrics około połowy badanych deklarowało, że prawdopodobnie lub na pewno poprze Jotową. GERB podjął tymczasem bezprecedensową decyzję, że po raz pierwszy w swojej 20-letniej historii nie wystawi kandydata.
Radew ma zatem powody, by przez kilka miesięcy unikać ruchu, który mógłby niepotrzebnie zrazić część bardzo szerokiego, zróżnicowanego elektoratu, który wyniósł go do władzy. Czy jednak nie jest to ostrożność przesadna? Prezydent Bułgarii ma ograniczone kompetencje, podczas gdy Radew dysponuje obecnie czymś znacznie cenniejszym: większością parlamentarną i pełnią władzy wykonawczej. Okno polityczne umożliwiające rzeczywiste zmienianie państwa nie będzie otwarte wiecznie.
Premier zjednuje sobie poparcie nie tylko spokojnymi i wyważonymi reakcjami, ale także dostojeństwem, z jakim reprezentuje urząd, i profesjonalizmem. Symptomatyczne są tu wydarzenia związane z rozbiciem się drona w północno-wschodniej Bułgarii 8 sierpnia br.
Wczesnym rankiem dron nadlatujący od strony Rumunii eksplodował ok. 100 m w głąb terytorium Bułgarii, niedaleko dawnego przejścia granicznego w miejscowości Kardam i ok. 1 km od stacji kompresorowej gazociągu transbałkańskiego. Premier zwołał Radę Bezpieczeństwa. Teren zabezpieczono, szczątki przejęli specjaliści, rozpoczęto badania materiałów wybuchowych i ekspertyzy techniczne. Po kilku godzinach Ministerstwo Obrony oficjalnie zakomunikowało, że najprawdopodobniej był to ukraiński dron wabik typu Maya. Zaznaczono, że nie ma podstaw do twierdzenia, jakoby Bułgaria była celem ataku, a najbardziej prawdopodobne jest sprowadzenie urządzenia z kursu przez środki walki radioelektronicznej.
Po 20 minutach nie zwołano konferencji prasowej po to, by wzniecać emocje czy wskazywać oczywistego winnego. Najpierw ustalono, co spadło, skąd nadleciało i co można powiedzieć na podstawie szczątków. Później pojawiły się wnioski. W kraju, który przez lata przyzwyczaił obywateli do euroatlantyckich PR-owskich improwizacji przy każdej okazji, racjonalne i spokojne działanie połączone z wyczerpującą informacją jest niczym haust świeżego powietrza. Dla porównania, od naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez kilkanaście dronów w nocy z 9 na 10 września 2025 r. minął już ponad rok, a opinia publiczna wciąż nie doczekała się jednej kompletnej, ogólnodostępnej ekspertyzy wyjaśniającej pochodzenie odnalezionych obiektów, mechanizm ich wtargnięcia i okoliczności upadku poszczególnych bezzałogowców.
Tygodnik Przegląd
"Przegląd" nr 41
Miękkie lądowanie?
Radew nie odwrócił ziemskiego przyciągania. Nie zapanował nad drożyzną, jego rząd prezentuje nierówny poziom, a zapowiadana dezoligarchizacja pozostaje w znacznej mierze obietnicą. Im dłużej będzie rządził, tym mniej przekonująco będzie brzmiał argument o fatalnym spadku po poprzednikach, niezależnie od tego, jak bardzo jest wiarygodny.
Fundamentalna zmiana jednak zaszła. W Bułgarii pojawił się przywódca, który obrał ostrożny, ale widoczny kurs na niezależność. Próbuje postawić granice i uwolnić państwo z kieratu klientelistycznego posłuszeństwa. Jego przeciwnicy po obu stronach chcieliby prostszej odpowiedzi: albo bezwarunkowego marszu z Zachodem, albo demonstracyjnej wolty przeciwko niemu. Radew próbuje kroczyć wąskim korytarzem pomiędzy jednym i drugim.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.