BMW pędziło 270 km/h. Zginął ratownik, który przez lata pomagał innym
Jak opisuje "Fakt", 67-latek był znany w Drawsku Pomorskim i okolicach. W pogotowiu pracował jako kierowca i ratownik medyczny. Pozostawił dwoje dzieci i pięcioro wnuków.
- Ratował wariatów i od wariata zginął - powiedziała "Faktowi" jego siostra Zofia.
Jego żona została ranna i trafiła do szpitala. Według relacji rodziny początkowo nie przekazano jej wiadomości o śmierci męża. Bliscy mówili, że przebywa w innym szpitalu.
Rodzina ratownika domaga się surowej kary
Siostra zmarłego uważa, że obaj mężczyźni powinni otrzymać dożywocie, a kierowca odpowiadać jak za zabójstwo.
- Dla nas to jest morderca. Powinien być sądzony jak morderca - mówiła w rozmowie z dziennikiem.
- Obaj zasługują na dożywocie - dodała, wskazując zarówno na kierowcę, jak i pasażera.
BMW uderzyło w toyotę. Zarzuty dla kierowcy i pasażera
Do wypadku doszło 6 października. Według ustaleń prokuratury Adrian K., kierując BMW, umyślnie i rażąco naruszył zasady bezpieczeństwa. Śledczy wskazują, że nakłaniany przez pasażera Marcina P. znacznie przekroczył dozwoloną prędkość, nie zachował ostrożności i nie dostosował jazdy do warunków na drodze.
Miał stracić panowanie nad samochodem i uderzyć w tył toyoty, która prawidłowo poruszała się prawym pasem. Jej kierowca zmarł wskutek wielonarządowych obrażeń. Po wypadku kierujący BMW oddalił się z miejsca zdarzenia.
ZOBACZ: Pędził 270 km/h, pasażer nagrywał. Zginął człowiek, grozi im 20 lat
Na nagraniu z wnętrza BMW ostatnia zarejestrowana prędkość wynosiła 270 km/h. Jak przekazała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Szczecinie, dokładną prędkość ma ustalić biegły z zakresu ruchu drogowego. Śledczy zapowiedzieli również analizę zapisów czarnej skrzynki samochodu oraz telefonu pasażera.
8 października obu mężczyznom ogłoszono zarzuty. Dzień później Sąd Rejonowy w Stargardzie zdecydował o ich tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące. Za zarzucane im przestępstwo grozi do 20 lat więzienia.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.