Mirella "zniknęła" na 27 lat. Teraz uczy się życia od nowa i "cieszy z każdego dnia"
Przez 27 lat była odcięta od świata. Jej życie w końcu się odmieniło. "Jestem szczęśliwa"
Źródło wideo: "Uwaga!" TVN
Źródło zdj. gł.: "Uwaga!" TVN
- Zaskakuje mnie ruch samochodowy. Kiedyś tego nie było, a teraz jest dwa razy więcej aut - mówi Mirella. I dodaje: - W sklepach zaskakujące są ceny, ale do kupienia jest wszystko. Pojawiło się dużo nowych rzeczy, o których nie miałam wiedzy.
Dla sąsiadów i znajomych Mirella K., uczennica pierwszej klasy liceum, zniknęła w 1998 roku. Jej rodzice, pytani o córkę, opowiadali na przemian, że dziewczynkę porwano albo że musiała wrócić do biologicznej rodziny.
- Rozmawiało się o tym, że nie chodzi do szkoły, że może wagaruje. Któryś z nauczycieli poprosił kogoś, może mnie, żeby pójść sprawdzić, czy Mirella jest w domu. Ale nikt nie otwierał - opowiadała pani Beata, koleżanka z klasy Mirelli.
W końcu wszyscy zapomnieli o sprawie, ale w lipcu zeszłego roku sąsiadka z naprzeciwka, koleżanka Mirelli z dzieciństwa, usłyszała za drzwiami głos dawnej przyjaciółki. Wezwała policję i Mirella po raz pierwszy od 27 lat wyszła z mieszkania.
- Byłam w szoku. Z jednej strony miała łysą głowę, z drugiej - pozlepiane dredy. Myślałam, że to jakaś starsza kobieta, choć jesteśmy w tym samym wieku - powiedziała pani Luiza, koleżanka Mirelli.
- Usłyszałam, jak Mirella mówi, że nie wie, jak się chodzi po schodach - dodała nasza rozmówczyni.
Okazało się, że ratunek nadszedł w ostatniej chwili, bo spowodowana wieloletnimi zaniedbaniami infekcja nóg kobiety zagrażała jej życiu. Mirella natychmiast trafiła do szpitala, a lekarze powiedzieli, że od śmierci dzieliły ją tygodnie lub nawet dni.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ:
Mirella ze szpitala wróciła do domu
Gdy sprawa wyszła na jaw, mogłoby się wydawać, że instytucje państwowe zrobią wszystko, by wyjaśnić, dlaczego Mirella spędziła blisko 30 lat zamknięta w swoim pokoju. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
- Policjanci poza wezwaniem pogotowia nie zrobili nic, a lekarz ze szpitala, po podleczeniu ran na nogach kobiety, zdecydował o odwiezieniu Mirelli do domu - tam, gdzie rozegrał się jej dramat - mówi reporter "Uwagi!" Tomasz Patora.
- Policjanci nie słyszeli, aby pani Mirella przedstawiła im, że była przetrzymywana wbrew własnej woli - stwierdziła wówczas mł. asp. Anna Hryniak.
Inną wersję przekazało jednak pogotowie.
- Powiedziała tak, wychodząc razem z ratownikami do ambulansu, przemieszczając się. Że od 20 lat, po raz pierwszy jest na tej klatce schodowej i jak ona pięknie wygląda - mówił Łukasz Pach, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach.
Obchody nowych urodzin
- 29 lipca, w rocznicę jej odnalezienia, zorganizowałyśmy dla niej przyjęcie, wtedy jeszcze mieszkała z rodzicami. Był tort. Były balony, konfetti. Zaprosiliśmy też naszych mężów, partnerów i dzieciaki, żeby miała prawdziwą imprezę - opowiada Laura Duras, koleżanka Mirelli.
- Wcześniej mówiła nam, że chce świętować nowe urodziny, coś jakby pierwszy rok nowego życia - dodaje pani Laura.
- Jeszcze nie miałam okazji pójść do restauracji. Ale miałam okazję być w kawiarni. Robi wrażenie. Bardzo mi czegoś takiego brakowało, takich babskich wyjść z koleżankami. Lody czy jakieś ciastko to rzeczy, których dopiero teraz doświadczam - przyznaje Mirella.
"Ja się boję ludzi? Ja chciałam wychodzić!"
Rodzice Mirelli nie otwierali drzwi niemal nikomu. Jak wyglądał świat uwięzionej kobiety, pokazał nam pan Stanisław, sąsiad, mieszkający piętro niżej.
- To dwa pokoje. Można wytrzymać tydzień, ale nie 27 lat – mówił pan Stanisław.
- Ona nie mogła swobodnie poruszać się po mieszkaniu. Mirella miała zakaz wchodzenia do pokoju rodziców. Zabronili jej korzystać ze wspólnych przestrzeni. Wszystkie czynności wykonywała tylko w obrębie własnego kąta - mówi Aleksandra Salbert, koleżanka Mirelli.
- Gdy powiedzieliśmy Mirelli, że wszyscy nam wmawiali, że nie chce wychodzić, że boi się ludzi, to ona parsknęła śmiechem. Powiedziała: "Ja się boję ludzi? Ja chciałam wychodzić! Przez wiele miesięcy prosiłam poprzednią asystentkę o telefon". A ta powiedziała Mirelli, że za bardzo nie zna się na telefonach, więc nie będzie mogła go mieć - przywołuje pani Laura.
Mirella wyprowadziła się od rodziców. "Zaakceptowali to"
Źródło zdjęcia: "Uwaga!" TVN
Przełomem okazało się przejęcie nad Mirellą opieki przez nową asystentkę z miejskiego ośrodka pomocy.
- W końcu mam telefon. Mniej więcej potrafię go obsługiwać, choć nie wszystkie funkcje. Ale nadrobię to - deklaruje Mirella.
- Nowa asystentka nie dała rodzicom Mirelli wejść sobie na głowę. Udało się chociażby zrobić pranie, wymienić pościel, a nawet powiesić ją na balkonie. Wcześniej Mirella nie mogła dotykać pralki. Wszystko prała ręcznie. Na balkonie nie była przez prawie 30 lat - mówi pani Aleksandra, koleżanka Mirelli.
- Nowa asystentka od razu zarządziła też, że nie ma siedzenia w piżamie. Nie ma czegoś takiego, że Mirella cały dzień spędza w łóżku i w piżamie. Że ona nie jest przecież chora i ma codziennie się przebrać. Dzwoniła do niej i sprawdzała, czy aby na pewno jest już ubrana. Fakt, że wcześniej Mirella nie miała żadnych ubrań - mówi pani Laura.
Mirella nie miała żadnej odzieży i ani jednej pary butów. Nie były potrzebne. Przyjaciółki zabrały ją do sklepu i ubrały, by mogła ponownie przywitać się z otoczeniem.
- Wydawało mi się, że jak ktoś był przez tyle lat wycięty z życia, to będzie mu się bardzo trudno odnaleźć. A ona bardzo szybko się uczy. Jest bardzo inteligentna. Różne rzeczy ją zaskakują. Jak poszłyśmy do kawiarni, zdziwiła się, że zrobili długie łyżeczki do kawy z mlekiem - mówi pani Laura.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ:
- Mirella bardzo marzyła o kolczykach, więc w Dzień Dziecka, 1 czerwca, od razu poszła przekuć sobie uszy. Chciała też iść do fryzjera. Wszystko to, co obiecywałyśmy jej jeszcze na etapie szpitala, zaczęło się dziać od momentu pojawienia się nowej asystentki - podkreśla pani Laura.
- Dzięki niej mam moje nowe, drugie życie. Prawdopodobnie bez tej asystentki nie podjęłabym decyzji o wyprowadzce - podkreśla Mirella.
Dwie sprawy wciąż w sądzie
W sądzie toczą się jeszcze dwie sprawy dotyczące Mirelli. O jej przymusowe umieszczenie w domu opieki i ubezwłasnowolnienie. Dziś wydaje się, że radykalne decyzje będą jednak zbędne, bo Mirella, dzięki wsparciu nowej asystentki, zdecydowała się zrobić pierwszy krok ku samodzielności. Przeprowadziła się do nowego domu - specjalistycznego ośrodka wsparcia.
- Mam kontakt z rodzicami. Zaakceptowali to - mówi Mirella.
Na to pytanie nie ma odpowiedzi
Wciąż nie ma jednak odpowiedzi na pytanie, co się stało, że kobieta przez 27 lat nie wychodziła z domu.
- Nie ma na to pytanie odpowiedzi i nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów. Rodzice w ogóle nie zostali przesłuchani - mówi pani Aleksandra.
- Jak próbujemy delikatnie zapytać o to Mirellę, to bardzo szybko zmienia temat. Wydaje mi się, że teraz jest to kwestia terapii. Na ten moment jest szczęśliwa w ośrodku - mówi pani Laura.
- Na każdym kroku utwierdzam się w tym, że pod każdym względem dobrze zrobiłam. Cieszę się z każdego dnia. Jestem szczęśliwa - kwituje Mirella.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.