Na Zachodzie chwalą polskie czołgi i haubice. "Pomijają drugą połowę równania"
Rozmowa odbyła się podczas festiwalu dziennikarstwa śledczego Breakwater w Gdańsku, którego partnerem był TVN24.
Beata Biel: Pracowałeś jako brytyjski korespondent w Niemczech i - jak mi przyznałeś - przez lata prawie nie myślałeś o Bałtyku. Kiedy zrozumiałeś, że to region wart opowiedzenia?
Oliver Moody (korespondent brytyjskiego dziennika "The Times" w Berlinie): W 2021 roku Rosja gromadziła wojska wokół Ukrainy. Białoruś wywołała kryzys migracyjny na granicach z Polską, Litwą i Łotwą. Zorientowałem się, że jeśli chodzi o moją wiedzę, mam jakąś białą plamę na temat tego regionu. I że ma ją też większość mieszkańców Wielkiej Brytanii oraz duża część zachodnioeuropejskich elit.
Słuchałem w tym czasie niemieckich debat o Rosji, energii, bezpieczeństwie i coraz bardziej frustrowało mnie, jak mało uwagi poświęcano perspektywie państw będących najbliżej zagrożenia. Zacząłem czytać słuchać ludzi z Polski, Finlandii, Szwecji i państw bałtyckich.
Teraz, gdy mówisz "Bałtyk", co właściwie masz na myśli?
Nie istnieje jedna, powszechnie przyjęta definicja regionu bałtyckiego. W Radzie Państw Morza Bałtyckiego nie ma już Rosji, ale za to są Norwegia i Islandia - a Islandia leży od Gdańska tak daleko, jak Aleppo [Rosja została zawieszona jako członek rady po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, a 17 maja 2022 roku wycofała się z organizacji - red.].
W mojej książce skupiłem się na dziewięciu państwach położonych bezpośrednio nad Morzem Bałtyckim: Polsce, Niemczech, Danii, Szwecji, Finlandii, Rosji i trzech krajach bałtyckich. Interesowało mnie jednak coś więcej niż geografia: chciałem zrozumieć, czy istnieje wspólna przestrzeń doświadczeń, interesów i sposobów myślenia.
Jestem z Krakowa, na Bałtykiem spędzałam wakacje, robiłam o nim materiały, ale nigdy nie myślałam o sobie jako o "kimś znad Bałtyku". Czy mieszkańcy krajów wokół niego mają ze sobą cokolwiek wspólnego poza dostępem do morza?
Historyczne związki są silne, czego dowodem jest Gdańsk: przez stulecia był miejscem intensywnej wymiany handlowej między Polską a resztą północnej Europy. O związkach świadczą też nasze języki - mój ulubiony przykład to fiński, który nie należy do rodziny języków indoeuropejskich, ale zawiera kilkaset słów z nich zapożyczonych. I nie są to abstrakcyjne terminy, tylko podstawowe słowa, na przykład tytär, czyli córka.
Dziś kraje tego regionu są coraz mocniej powiązane gospodarczo i politycznie - a mimo to nie ma silnego, powszechnego poczucia "bałtyckości". Wiele osób po przeczytaniu mojej książki mówiło: o swoim kraju nie dowiedziałem się prawie niczego, ale o sąsiadach dużo.
Tymczasem wzajemna świadomość siebie ma znaczenie znacznie większe niż tylko kulturowe. W ramach sojuszu NATO zobowiązaliśmy się nawzajem siebie bronić. A łatwiej zrozumieć, dlaczego warto bronić sąsiada, gdy wiadomo, kim on jest, jak żyje i skąd się biorą jego obawy.
Czy to aby nie rosyjskie zagrożenie buduje dziś poczucie wspólnoty i "bałtyckości"?
Zdecydowanie. Najpierw zbliża rządy i wojska, potem stopniowo wpływa na społeczeństwa. Widać to zwłaszcza między krajami nordyckimi a trzema państwami bałtyckimi. Lecz do wspólnej tożsamości całego regionu wciąż daleko.
48 min
Europa Zachodnia długo nie słuchała ostrzeżeń płynących z tego regionu. Teraz słucha uważniej - choć popełnia kolejny błąd: widzi w Bałtyku potencjalny punkt zapalny wojny NATO z Rosją. Stąd opowieści o tym, gdzie mogłoby dojść do ataku. Mniej uwagi poświęca się temu, co te państwa już zbudowały: sposobom przygotowania obywateli, myśleniu strategicznemu, zdolności do innowacji i współpracy.
Komunikaty o zagrożeniu są różne. Przywódcy państw bałtyckich i nordyckich twierdzą, że nie widzą konkretnego planu rosyjskiego ataku, a gdyby do niego doszło, państwa regionu są przygotowane. Z kolei Donald Tusk i Radosław Sikorski używają niemal apokaliptycznego języka.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.