Pracował w ruinach WTC: "Mam to wszystko poukładane w szufladeczkach mózgu i nie otwieram"
- Brodzę w gruzach po zawalonych wieżach World Trade Center, a tam spalona ręka, wyciągnięta ku niebu, jakby wołała o pomoc. Takich scen nie zapomina się do końca życia - wspomina inżynier Jan Szumański, który nadzorował prace przy oczyszczaniu terenu po atakach z 11 września 2001 r.
Szymon Opryszek, Wirtualna Polska: Jest 11 września 2001 r., pan jedzie przez Nowy Jork.
Jan Szumański: Przejeżdżam z jednej budowy na drugą, która jest blisko WTC. Jestem pod Mostem Brooklińskim, kiedy mój brygadzista z Polski dzwoni na radio. Wykrzykuje przerażony, że coś się stało, że coś uderzyło, że się pali. Mówię do niego: "Nie rób sobie głupich żartów". Wtedy jeszcze nic nie wiem. Wydaje mi się, że to jakieś brednie. Ale spoglądam przez okno w stronę Manhattanu i z oddali widzę palący się budynek.
WIDEO
Był autorem pierwszego zamachu na WTC. Tak go schwytano
WIDEO
Pierwsza myśl?
Nic. Kompletna pustka, totalny szok. Widziałem ten płonący budynek i myślałem, że to jakiś wypadek. Ale że samolot uderzył, że to zaplanowany atak terrorystyczny? Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy. Chyba nikt wtedy tego nie zakładał. Akurat kończyliśmy budowę pod WTC, jechałem sprawdzić stan prac, to były już roboty wykończeniowe. Ale że kompletnie nie wiedzieliśmy, co się stało, to kazałem brygadziście zostawić sprzęt, brać ludzi i uciekać nad rzekę.
Sam postanowiłem pojechać w tamtym kierunku, ale już nie mogłem – policja zablokowała wszystkie drogi dojazdowe. Dlatego wróciłem do biura. Ledwie dotarłem, spotkałem szefa, włączyliśmy telewizor i wtedy właśnie uderzył drugi samolot. Stało się jasne, że to atak terrorystyczny.
Martwił się pan o żonę, która miała biuro ledwie kilka przecznic od WTC?
Pewnie. Potem powiedziała mi, że stała i patrzyła, jak pali się pierwszy budynek, a ona nie wierzyła, że może runąć. A potem wszystko zaczęło dziać się błyskawicznie. Nie było żadnego transportu, metro nie działało, więc ludzie uciekali pieszo. Ona też. Wspomina, że w tym wszystkim zaskakujący był brak paniki. Panował spokój. Ludzie szli, oddalali się od tego miejsca tragedii, wracali do domów.
A pan był w biurze. Wtedy zapadła decyzja: "Ruszamy na pomoc"?
Ja na to: – A co możemy robić?
– Chcesz tam jechać? Pomóc? Poprowadzić prace na ruinach?
– Oczywiście.
Decyzja zapadła w sekundę. W gruncie rzeczy to była jedna z najważniejszych decyzji, jakie podjąłem w życiu. Szef od razu zadzwonił do władz miasta i zostaliśmy oficjalnie przyjęci do pomocy. I wtedy już pod eskortą policji w ryku syren dotarliśmy na zgliszcza pod WTC. Wysiedliśmy z aut i tak już zostaliśmy tam na rok.
Co pan zobaczył?
Tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy ludzi. Wszyscy skoncentrowali się po stronie północnej wież, bo tam nie spadło tak bardzo dużo gruzów. Próbowali na nie wchodzić, szukać, podejmowali próby ratowania tych, którzy mogli przeżyć. To wszystko było przerażające, panował straszliwy chaos.
Wszyscy harowali ponad siły. Sam pracowałem dwa dni i trzy noce bez spania. Nawet nie myślałem, że coś takiego jestem w stanie zrobić. Dopiero potem, jak pojechałem do domu na kilka godzin, żeby się przespać, wszystko puściło. Już w drodze musiałem zatrzymać samochód, trząsłem się i płakałem.
Gdy w końcu wróciłem, żona i córka zaczęły dopytywać o szczegóły akcji i nie wytrzymałem. Zacząłem znów szlochać, pamiętam, że wyszedłem z pokoju, koniecznie musiałem się uspokoić, wziąć prysznic. Nie zapomnę tego do końca życia. Ledwie pociekła woda, a ze mnie zaczął spływać cały ten kurz, ten zapach, którego wcześniej nie czułem. To był taki słodkawy zapach ciał, dymu, kurzu i gruzów – wszystko wymieszane, jakby znów wybuchło pod prysznicem.
Jak długo wierzył pan, że można kogoś uratować?
Przez pierwsze trzy, cztery dni żyliśmy wyłącznie wiarą, że to akcja ratunkowa. Po tygodniu miasto zdecydowało, że zostawia na zgliszczach tylko wybrane firmy, w tym naszą. Wciąż jeszcze wierzyliśmy, że uratujemy jakieś życie. Bo przecież było tam wiele restauracji, pomieszczeń, była woda, było jedzenie, a nuż nie zapadło się, a nuż ludzie tam siedzą, walczymy, odkrywamy miejsca, przeszukujemy pomieszczenia, szukamy dziur.
Po trzech tygodniach zdaliśmy sobie sprawę, że zmieniamy system i przechodzimy na oczyszczanie. Jako inżynier budowlany mogę powiedzieć, że budowanie jest proste: dostajesz plany, patrzysz na nie, budujesz fundamenty i tak dalej. Wiadomo, co robić.
Ale w tym przypadku tak nie było. Wszystko polegało bardziej na intuicji i doświadczeniu. Wyciągnięcie złej belki mogło powodować natychmiast zawalenie się konstrukcji. Mieliśmy satelitę, który badał temperatury. Ale i tak nie raz zdarzało się, że operator koparki włożył łopatę i wyciągał dosłownie lawę, bo tam, pod spodem, wszystko się jeszcze paliło i topiło. Jeden zły ruch mógł oznaczać śmierć.
Znajdowaliśmy przeróżne części samolotu, wszystko porozrzucane. Jedno z kół znaleźliśmy na Rector Street.
Pewnego razu maszyna wrzuciła gruzy do ciężarówki i operator wyszedł, i mówi: "Ja tam coś wrzuciłem, kurde, dziwnego, nie?". Wchodzę na ciężarówkę, patrzę i okazało się, że to było pół ciała. Maszyna rozerwała zwłoki. Potem wydobyliśmy resztę. Albo inna scena: brodzę w gruzach, a tam ręka spalona, wyciągnięta ku niebu, jakby wołała o pomoc.
Podobno trafił pan też do podziemnego baru, w którym wcześniej spotykał się ze znajomymi?
W tamtych tygodniach zdarzało się podobno, że niektórzy robotnicy wynosili z gruzów ocalałe rzeczy, a nawet łupili bankomaty.
Oczywiście takie rzeczy się zdarzały. Oczywiście większość ludzi była tam dla celów pomocowych, ale bywały i wyjątki. Niektórzy wynosili pieniądze z banków czy wprost z kas. Były też wielkopowierzchniowe sklepy, a tam najdroższe whisky, koniaki, cygara i tak dalej. Niektórzy się tam zjawiali, palili sobie, pili lub wynosili do domu. Sam mam czyste sumienie. Mieliśmy taką zasadę, że nasze maszyny wjeżdżały i niszczyły to wszystko doszczętnie, żeby nikt nie miał pokusy wynoszenia czegokolwiek.
Kiedyś natrafiłem w bankomacie na kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Wezwałem FBI i poszli to wydobywać. W tym samym czasie znalazłem też srebrny talerz z "Windows on the World", restauracji na samej górze. Przetrwał nienaruszony: wziąłem do ręki, potrzymałem, pooglądałem i oddałem służbom.
Innym razem weszliśmy do podziemi banku. Wyłamane drzwi, na półkach miliony dolarów. Ale wyglądały jakoś dziwnie, pod wpływem temperatury skurczyły się do malutkich banknocików, ale widać było, że to dolary. Wiedziałem, że nie wolno było nic wynosić, można było zostać aresztowanym, ale uznałem, kurde, muszę wynieść. Wpadłem na pomysł, że podłożę pod nie kartkę, włożę do pudełka i zawiozę do domu.
Udało się. Nikt mnie nie aresztował, w domu wpadłem na pomysł, że popryskam je lakierem bezbarwnym, zaschną i będzie pamiątka. Spryskałem raz, drugi, w tym momencie otwierają się drzwi, do pokoju wbiega moja córka i krzyczy: "Co to jest, tato?" Zdążyłem tylko krzyknąć: "Nie dotykaj", ale było już za późno. Rozsypały się w proch.
Zespół pod pana dowództwem wydobył też ikoniczną rzeźbę Sphere, która stała pomiędzy wieżami WTC i przetrwała mimo ich zawalenia.
To mocno metaforyczne znalezisko, bo przecież rzeźba symbolizowała światowy pokój. A dziś z perspektywy ćwierćwiecza możemy stwierdzić, że tamta wizja demokratycznego i pokojowego świata po atakach na WTC została bezpowrotnie utracona.
Nie jestem politykiem, więc nie chciałbym mówić o polityce. Ale myślę, że atak na WTC to był ten zapalnik, który tam coś włączył. Wojna w Iraku, a potem kolejne konflikty, takie jakby domino. Oczywiście to niejedyny powód, tych zapalników było więcej, ale na pewno dziś świat wygląda już inaczej.
Zwróciłbym jednak uwagę na szczegóły. Pod płaszczykiem bezpieczeństwa zostały ograniczone prawa człowieka. Te wszystkie kontrole na lotniskach i nie tylko sprawiają, że obywatele mają mniej praw.
Co jeszcze?
Zmieniły się relacje międzyludzkie, sami ludzie, ale także język. Odpycha mnie, gdy na każdym kroku słyszę o bohaterach. To szczególne słowo dla mnie, a tak często nadużywane. Dla mnie bohaterem był Sami, taki strażak z gruzowiska pod WTC. Nie mogłem się na niego napatrzeć. Po kilku dniach na gruzowisku jego oczy były czerwone od zmęczenia, jak u jakiegoś zwierzaka, ale nie przestawał działać.
Z żoną zawsze mówimy, że w momencie ataku na WTC zakończył się też nasz "American dream". Tragedia zmieniła Nowy Jork, Stany Zjednoczone i cały świat na zawsze. Ale też nas. W tamtym momencie mieszkaliśmy w USA od 18 lat. Przyjechaliśmy legalnie za amerykańskim marzeniem. Od pierwszego dnia mieliśmy legalny status, chcieliśmy coś osiągnąć.
Pierwsza dekada to była męczarnia, powolne dochodzenie do czegoś, pięliśmy się po szczeblach karier. Gdy nastał 11 września, mieliśmy już ustabilizowane życie, pracowałem jako inżynier, zarządzałem budowami. Dostałem swój pierwszy most, pierwszy wieżowiec. Ledwie człowiek zaczął żyć normalnie, a tu taka tragedia.
Wszyscy musieliśmy w jakimś sensie nasze życia budować od nowa.
Jedynym sposobem było to, by miasto znów zaczęło żyć. Sam przyłożyłem do tego rękę. Po tym, jak czyściliśmy gruzowisko, mój szef zapytał mnie, czy damy radę odbudować metro i czy mogę nadzorować projekt, bo to priorytet dla miasta. Powiedziałem mu: "Peter, nie dam rady, jestem półczłowiekiem, trzy razy zemdlałem ze zmęczenia, brali mnie z gruzów do szpitala, jestem totalnie wykończony". Ale mnie namówił.
Przez kolejne miesiące nie miałem więc życia. Siedem dni w tygodniu praca. Wracałem do domu, mówiłem żonie i córce "hi!" i szedłem spać. Odbudowaliśmy w sześć miesięcy. Do dziś mam artykuł z "New York Timesa", że to była najszybsza budowa w historii Nowego Jorku.
Mamy już 25. rocznicę ataku z 11 września. To dla pana trudny dzień?
To dla mnie szok, że młodzi jakoś nie chcą pamiętać o tamtych dniach. Trochę jak w Polsce w moim pokoleniu dużo mówiło się o II wojnie światowej, wiedziało się dużo na ten temat. To było jakieś epokowe doświadczenie. A nowe pokolenia mają do tego wydarzenia taki dziwny stosunek. Będą jakieś uroczystości, ale między ludźmi to już wydarzenie zapomniane. To bolesne. Dlatego zwykle w rocznicę ataku na WTC zamykam się sam w pokoju. Nie chcę mieć kontaktu z nikim. Siadam, oglądam zdjęcia i filmiki z tamtego czasu, wspominam.
I co pan wtedy czuje?
Czy muszę mówić?
Nie musi pan, ale może.
Różnie bywa. To wszystko wraca. Ale uważam, że to jest mi potrzebne. Pracując na gruzowisku, a potem przez kolejne lata nauczyłem się blokować tamte emocje i wspomnienia. Usuwałem je na dalszy plan. Mam to wszystko poukładane w szufladeczkach mózgu i nie otwieram.
Ale raz do roku ta wielka trauma wraca z tych czeluści. Bo dla mnie atak na WTC to nie tylko ten jeden tragiczny dzień, ale kolejny rok: pełen ogromnego smutku, drastycznych obrazów i wyczerpującej pracy. Ale też poczucia, że to, co robię, ma jakiś głęboko ludzki sens.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.