Toksyczny dla własnej partii. Czy Trump utracił społeczny słuch?
- Trump traci polityczną skuteczność: sondaże wskazują na ryzyko porażki republikanów w wyborach do Kongresu, nawet w stanach dotychczas uznawanych za bezpieczne dla konserwatystów.
- Codzienność wygrywa z propagandą sukcesu: rosnące koszty życia, problemy gospodarcze i kontrowersyjne decyzje administracji podważają wiarygodność prezydenckich deklaracji o amerykańskim dobrobycie.
- Republikanie coraz odważniej dystansują się od prezydenta: politycy, którzy wcześniej ryzykowaliby polityczną banicję, dziś uznają, że sprzeciw wobec Trumpa może być bardziej opłacalny niż bezwarunkowa lojalność.
DLA CIEBIE
25 lat na straży bezpieczeństwa. ORLEN dziękuje strażakom za ich codzienną misję
DLA CIEBIE
"Jakiej głupoty bym nie wypowiedział, będziecie mi klaskać" – zwrócił się Donald Trump do swoich zwolenników podczas jednego z niedawnych wieców wyborczych.
Jak to bywa w przypadku obecnego prezydenta, trudno zgadnąć, ile było w tym ironii, ile szyderstwa, a na ile była to realna ocena zdolności intelektualnych jego miłośników z ruchu MAGA. Jedno jest pewne: ta ślepa lojalność najwierniejszych trumpistów może być ostatnią deską ratunku dla Partii Republikańskiej w zbliżających się wyborach cząstkowych do Kongresu.
Za trzy tygodnie w wyborach połówkowych zostanie wymieniona cała Izba Reprezentantów (435 mandatów) oraz ponad jedna trzecia Senatu (35 miejsc). W dziejach USA regułą była zazwyczaj przegrana partii rządzącej, czasami mniej, czasami bardziej dotkliwa. Chociaż, oczywiście, zdarzały się od tej reguły odstępstwa. W roku 2018, podczas pierwszej kadencji Trumpa, demokraci odbili aż 41 foteli w izbie niższej, ale za to stracili dwa w Senacie. Cztery lata później, za prezydentury Joe Bidena, republikanie odzyskali lub utrzymali większość w obu gremiach.
Równia pochyła
Tym razem, na co wskazują wszystkie sondaże, republikanie ("Grand Old Party") doznają bolesnej klęski w Izbie Reprezentantów. I niewykluczone, że utracą również władzę w Senacie. Co byłoby wyjątkowo upokarzające dla samego Trumpa i całego obozu konserwatywnego, gdyż jeszcze kilka miesięcy temu Senat wydawał się być poza zasięgiem demokratów.
Dzisiaj republikańscy kandydaci mają problemy z nawiązaniem równej rywalizacji z adwersarzami nawet w tak "czerwonych" (czyli "prawicowych", w amerykańskiej nomenklaturze) stanach, jak Teksas czy Kansas. W Iowa demokrata Josh Turek wyprzedza swoją konkurentkę z GOP Ashley Hinson o pół punktu procentowego, mimo iż dwa lata temu Donald Trump wygrał tutaj w wyścigu prezydenckim z Kamalą Harris aż o trzynaście punktów.
Z kolei w Ohio, do niedawna "bezpiecznym" dla trumpistów, demokrata Sherrod Brown wyprzedza konserwatywnego rywala Jona Husteda o 6 punktów. W tym samym Ohio Trump pokonywał, i to ze sporą przewagą, swoich przeciwników trzy razy z rzędu: Hillary Clinton w 2016 r., Joe Bidena w 2020 r. i Kamalę Harris w 2024 r.
Wahadło przesunęło się gwałtownie, bo wielu Amerykanów, także o konserwatywnych poglądach, widzi jaskrawy kontrast między buńczucznymi przechwałkami Trumpa, sloganami sławiącymi kwitnącą gospodarkę, opowieściami o nieustających triumfach na arenie międzynarodowej a brutalną rzeczywistością.
Ta brutalna rzeczywistość to rosnące ceny paliw, drożejąca żywność i kredyty na rynku nieruchomości, inflacja, która po raz pierwszy od 2023 r. jest wyższa od wskaźnika wzrostu płac, a nawet szalejąca epidemia odry (już ponad 4 tys. przypadków, najwięcej od 1991 r.). Jak również niezrozumiałe dla wielu obywateli decyzje i zapowiedzi: od poluzowania limitów na import wołowiny (co, rzecz jasna, uderza w rodzimych farmerów), po promowanie wielkich serwerowni koncernów technologicznych, budzących kontrowersje i niepokój, głównie mieszkańców mniejszych miast.
Społeczny niedosłuch
Dorzućmy do tego niepopularną wojnę w Iranie i jeszcze bardziej niepopularny stosunek Trumpa do Izraela i premiera Benjamina Netanjahu. W tych dwóch obszarach rozdźwięk między postawą administracji a oczekiwaniami społecznymi jest nader widoczny.
Według sondażu "Financial Times" z ubiegłego tygodnia zaledwie 28 proc. respondentów wyraziło zadowolenie z polityki ekonomicznej Trumpa (przeciwnego zdania było 57 proc.) i tylko 25 proc. poparło wojnę z Iranem.
Podobnie jest w przypadku polityki prezydenta w relacjach z Ukrainą i Rosją. Antyukraińska propaganda MAGA (po części wspierana przez samego Trumpa, J.D. Vance’a czy kilku prawicowych kongresmenów) zderzyła się z genetycznie zakodowanym wśród Amerykanów podziwem dla narodów walczących o wolność z dyktatorskim, sąsiednim reżimem, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej (w tym wypadku Ukraińców).
Umizgi do Putina może i są doceniane przez najbardziej zagorzałych wyborców MAGA, ale republikańskim kandydatom do Izby Reprezentantów i Senatu raczej nie pomagają. Według badania instytutu YouGov sprzed kilku miesięcy najbardziej lubianym zagranicznym przywódcą w Stanach Zjednoczonych jest… Wołodymyr Zełenski (53 proc. pozytywnych wskazań, 15 proc. negatywnych). Dla porównania: Putina lubi 20 proc., nie lubi – 56 proc.
Z tych danych można wyciągnąć wniosek następujący: Donald Trump zgubił gdzieś społeczny słuch. Tak jak dysponował nim niewątpliwie w 2016 i 2024 r., gdy wygrywał wybory prezydenckie, tak teraz nie nadąża za niektórymi trendami, nawet we własnym elektoracie. Próbuje cały czas grać kartą antyimigracyjną (która najwyraźniej się wypala), przestrzega przed "inwazją szariatu" i kreuje sztuczne zagrożenie "nadciągającego komunizmu". Niemniej wszystkie te argumenty przegrywają z wyświetlaczem pompy na stacji benzynowej.
Spękany monolit
Nic dziwnego, że coraz więcej republikańskich kongresmenów zaczyna odcinać się od polityki Trumpa i jego agresywnego języka. Susan Collins, desperacko walcząca o utrzymanie fotela senatorskiego w Maine, sugerowała publicznie, żeby Trump przypadkiem nie przyjeżdżał do jej stanu. Mike Rogers (kandydat do Senatu w Michigan) otwarcie nawołuje do wycofania się z wojny w Zatoce Perskiej oraz zakończenia sporu handlowego z Kanadą ("Tutaj w Michigan wszyscy doskonale wiemy, że Kanada nie jest naszym wrogiem").
Jeszcze jakiś czas temu takie postulaty, padające z ust republikańskich kongresmenów, oznaczałyby kres ich kariery. Trump, niczym rzymski imperator, skierowałby kciuk w dół i skazał niepoprawnego dysydenta na banicję. Dzisiaj coraz więcej konserwatywnych polityków ma odwagę postawić się prezydentowi, albowiem tym razem zyski mogą być większe niż koszty.
To może jednak nie wystarczyć, aby zapobiec sromotnej porażce 3 listopada. A wtedy w protrumpowskim monolicie zacznie się pojawiać coraz więcej pęknięć.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.