PunchCustoms intercept three live pangolinsESPN DeportesAsí vivimos Guardians vs. Rays, J2 Serie de CampeonatoESPN'We're a really hard team to beat': Brewers prove their way can take down anyoneThe Jerusalem PostFive suspects held, six released as Ramla assault investigation expandsInquirerNBI probes links of businessman Jaime T. Cruz to Duterte familyTimes of India SportDad sold apartment, quit job; mom pledged gold: Making of India's latest WGM SahithiCNN بالعربيةرسالة إلى السعودية.. هذا ما كتبته الملكة رانيا بعد الهجمات على الرياضynetאסון מחריד ברכבת ההרים "גוליית": אבא התנתק מהקרון, פגע בנוסעים - ונפל אל מותוNPRDNA and vehicle-tracking help French investigators recover stolen Renoirsהידעןשן פיל בת 700 אלף שנה מגשר בנות יעקב חושפת את הסביבה שבה חיו בני האדם הקדומיםkickerViking-Kapitän Tripic verschmitzt: "Viele" Bayern-Schwächen한겨레음란물 840만개 유포해 9천만원 챙긴 2명 송치
The Daily Newsstand · Free, Always
Tuesday, October 13, 2026

Spowodowała śmiertelny wypadek na pasach. Służby pozwoliły jej wyjechać z Polski

Translate

Przez piętnaście dni Paweł codziennie szeptał żonie do ucha, że wytrzyma, że wróci do domu, że jeszcze będą razem szczęśliwi. Natalia Borukhava zmarła 16. dnia po tym, jak potrąciła ją na pasach taksówka prowadzona przez obywatelkę Tadżykistanu. Policja i prokuratura miały w ręku wszystko – sprawczynię, monitoring, świadków. Dziś nikt nie wie, gdzie cudzoziemki szukać.

  • 1 czerwca obywatelka Tadżykistanu dwukrotnie potrąciła na pasach w Warszawie 46-letnią Natalię Borukhavę.
  • Dzień po wypadku śledczy dostali informację, że poszkodowana ma tylko 50 proc. szans na przeżycie.
  • 16 czerwca, po pięciu operacjach, Natalia Borukhava umiera. Dopiero dzień później służby po raz pierwszy sprawdzają status pobytowy podejrzanej.
  • Trzy dni później prokurator dochodzi do wniosku, że sprawczyni "może nie posiadać stałego miejsca zamieszkania na terenie kraju" – i zleca jej zatrzymanie. Nie wnioskuje o zakaz opuszczania kraju ani o zatrzymanie paszportu.
  • Sprawczyni wypadku w tamtym momencie już od dwóch dni nie było w Polsce. Wyjechała nie niepokojona 17 czerwca. Dziś nikt nie wie, gdzie przebywa.

WIDEO

27-latek nie miał szans na S1. Z impetem uderzył w naczepę

Dwupasmowa aleja KEN na warszawskim Ursynowie. Po obu stronach trawniki, równoległe ścieżki rowerowe i chodniki biegnące wzdłuż fasad kolejnych bloków.

1 czerwca 2026 r. Natalia Borukhava wracała z pracy. Droga, jaką musiała przejść, jest prosta – kilka bloków, przejście dla pieszych przecinające wylot osiedlowej uliczki, znowu kilka bloków i znowu przejście. Łącznie kilkaset metrów od stacji metra. Tuż przed godz. 20 Natalia minęła aptekę, później osiedlowy sklep, wyprzedziła idącą gdzieś parę i weszła na kolejne przejście.

Z opisu nagrań osiedlowego monitoringu: "W 10. sekundzie nagrania pokrzywdzona wchodzi na przejście dla pieszych, a pojazd powoli przemieszcza się w kierunku al. KEN. (...) W 12. sekundzie nagrania pojazd taksówki nagle przyspiesza". Natalia Borukhava zostaje potrącona na środku przejścia dla pieszych. Dwukrotnie. Według świadków kierująca taksówką kobieta prawdopodobnie pomyliła hamulec z gazem.

"Wyglądało to tak, że piesza została potrącona dwukrotnie przez pojazd marki Toyota, za pierwszym razem zaczęła się podnosić, a za drugim razem została przygnieciona do pojazdu marki BMW" – opisuje naoczny świadek.

Warszawski Ursynów, miejsce tragicznego wypadku
Warszawski Ursynów, miejsce tragicznego wypadku © Materiały WP | Łukasz Frątczak

Kierowcą taksówki jest obywatelka Tadżykistanu Shahnoz M. Według dokumentów dostała wizę na pracę w firmie budowlanej w Szczecinie. Co robiła w Warszawie, jeżdżąc taksówką? Nie wiadomo.

Kierowca BMW – samochodu, do którego dociśnięta została Natalia, zapamiętał: – Siła zderzenia sprawiała wrażenie bardzo dużej, tak jakby zderzyły się dwa pojazdy.

Według jego relacji kierująca Toyotą była zszokowana zdarzeniem, a jej auto dwukrotnie stoczyło się w kierunku Natalii. Dopiero świadkowie zdarzenia mieli unieruchomić auto Tadżyczki.

Nowy początek

Natalia i Paweł Borukhau przeprowadzili się z Białorusi do Polski w lutym 2022 r. Szukali spokoju i bezpieczeństwa. Chociaż oboje byli dentystami, to w zawodzie pracował tylko Paweł. Podział obowiązków mieli uzgodniony – on od rana do wieczora leczył zęby, ona zajmowała się dokumentami, sprawami urzędowymi związanymi z prowadzeniem gabinetu i dwiema córkami.

Po kilku latach pracy w Polsce udało im się spełnić marzenie Natalii – otworzyli drugi punkt, ale już nie mały gabinet, a dużą dentystyczną klinikę. Pod koniec kwietnia 2026 r. skończył się remont, w maju wystartowali.

– Wszystko w tej klinice zaprojektowała moja żona – opowiada Paweł. – Wybrała miejsce blisko naszego mieszkania, nadzorowała ekipę budowlaną, wymyślała wystrój z architektką, zatrudniała ludzi i rekrutowała lekarzy. Wszystko. Ja miałem tylko leczyć.

1 czerwca Natalia wracała z dokumentami z pierwszego gabinetu. Miała na chwilę wejść do domu, a potem iść do Pawła do kliniki. – Tuż przed godz. 20 próbowała się do mnie dodzwonić. Odrzuciłem połączenie. Miałem pacjenta na fotelu, pomyślałem, że oddzwonię za chwilę – opowiada. – Po chwili zadzwoniła starsza córka. Wiedziałem już, że coś jest nie tak, skoro tak dzwonią – Pawłowi łamie się głos.

- Jedna miłość, jeden przyjaciel: moja żona - mówi o Natalii Paweł
- Jedna miłość, jeden przyjaciel: moja żona - mówi o Natalii Paweł © Archiwum prywatne | Paweł Borukhau

– Odebrałem. Powiedziała, że mama miała wypadek tuż obok naszej kliniki. Ubrałem się i pobiegłem. Nawet nie pomyślałem, że ktoś został na fotelu – dodaje.

Na miejscu Paweł zobaczył żonę leżącą jeszcze częściowo pod samochodem. – Była blada i mówiła, że nie czuje nóg i boli ją wszystko – wspomina.

Po 15 minutach karetka zabrała Natalię do szpitala.

Piętnaście dni

Natalia trafia na oddział ortopedii w Szpitalu Klinicznym MSWiA. Dopiero następnego dnia wykonane zostają pełne badania. W opisie: pęknięta miednica, uraz stawu biodrowego, uraz brzucha, złamania wyrostków poprzecznych kręgosłupa, zmiażdżone narządy wewnętrzne. Natalia trafia na salę operacyjną.

Przed operacją lekarze mówią Pawłowi wprost: pięćdziesiąt procent szans na przeżycie. Taką samą informację otrzymuje dyżurny policji. Po operacji lekarze informują, że szanse Natalii spadły do 30 proc. W ciągu następnych dwóch tygodni Natalia będzie operowana jeszcze czterokrotnie.

Przez pierwsze dwa dni w postępowaniu nie dzieje się nic. Żadnego przesłuchania kierującej, zabezpieczenia jej telefonu, żadnego sprawdzenia, kim właściwie jest kobieta, która potrąciła Natalię. Formalnie sprawa nie ma jeszcze nawet statusu śledztwa, co oznacza, że nikt ze śledczych nie zakładał, że w grze będą najcięższe zarzuty.

W tym samym czasie w szpitalu toczy się walka o utrzymanie przy życiu organów, które przestają działać jeden po drugim. Martwica jelita. Martwica żołądka. Rokowania spadają do kilku procent szans na przeżycie. Paweł jest przy żonie codziennie, przekonuje ją, że da radę. Także wtedy, gdy kobieta jest już w śpiączce farmakologicznej.

W tym samym czasie policja w trybie pilnym zleca "rozpoznanie posesyjne" miejsca wypadku (oględziny, sprawdzenie sąsiedztwa, ewentualnych świadków, obecności monitoringu itp.).

Policjanci wiedzą już, że Natalia doznała obrażeń zagrażających życiu. Sprawczyni wypadku porusza się po Warszawie swobodnie. Nikt jej nie szuka.

Ponad dwa tygodnie od zdarzenia, 16 czerwca ok. godz. 8:15, Natalia umiera.

Dopiero jej śmierć uruchamia machinę.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Tego samego dnia – 16 czerwca – prokurator Katarzyna Pawełczak-Kraśniej wszczyna śledztwo i zleca "na cito" czynności, których nikt wcześniej nie wykonał: przesłuchanie świadków, oględziny monitoringu. O 12:10 na komisariacie zeznaje kierowca BMW. O 14:55 zeznaje Paweł.

17 czerwca policjant ogląda nagranie z osiedlowej kamery i przesłuchuje kolejnego świadka. Dopiero tego dnia śledczy po raz pierwszy sprawdzają status pobytowy podejrzanej. I tego samego dnia – co okaże się dopiero we wrześniu – Shahnoz M. wyjeżdża z Polski. Nikt jej nie zatrzymuje. Nikt nie ma jeszcze do tego podstawy prawnej.

19 czerwca, trzy dni po śmierci Natalii, prokurator Katarzyna Pawełczak-Kraśniej zaocznie przedstawia Shahnoz M. zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym i zleca jej zatrzymanie na 48 godzin. Stwierdza, że podejrzana "może nie posiadać stałego miejsca zamieszkania na terenie kraju". Termin wyznaczony policji: do 26 czerwca. Prokurator nie wnioskuje jednak ani o zakaz opuszczania kraju, ani o zatrzymanie paszportu.

Policjanci sprawdzają adresy, które Shahnoz M. podała w Urzędzie ds. Cudzoziemców. Po kobiecie nie ma śladu.

25 czerwca prokurator uchyla własne postanowienie i wydaje nowe, niemal identyczne, z nowym terminem do 1 lipca. I trzecim adresem do sprawdzenia. Policjanci sprawdzają i piszą, że kobiety nie znaleźli.

Taka procedura

Zapytaliśmy prokuraturę, dlaczego nie zabezpieczono paszportu Shahnoz M. mimo rozpoznanego ryzyka ucieczki. "Aby było możliwe zastosowanie zatrzymania paszportu i zakazu opuszczania kraju konieczne jest najpierw przesłuchanie podejrzanej, co w niniejszej sprawie nie nastąpiło, gdyż podejrzana nie została zatrzymana bezpośrednio po wypadku przez policję" – wyjaśniają śledczy.

Innymi słowy: żeby zablokować wyjazd z kraju, trzeba było kobietę przesłuchać. Żeby ją przesłuchać, trzeba było ją zatrzymać.

Zatrzymania nigdy nie było, bo – jak przyznaje sama prokuratura – "funkcjonariusze obecni na miejscu (wypadku – red.) wykonali jedynie oględziny oraz badanie uczestników na obecność alkoholu w wydychanym powietrzu".

Winna okazuje się procedura. I ewentualnie policja. Dlaczego prokuratura sama z siebie nie wykonała żadnych czynności? Tego rzecznik nie tłumaczy. Co na to policja?

– Materiały sprawy wpłynęły do Komendy Rejonowej Policji Warszawa II 2 czerwca 2026 r. Po wykonaniu niezbędnych czynności zostały niezwłocznie przekazane Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Ursynów. W sprawie wszczęto śledztwo, w związku z czym kwestie dotyczące tego, jakie informacje o stanie pokrzywdzonej i jej rokowaniach przekazano prokuraturze, a także ocena wpływu poszczególnych decyzji na dalszy bieg sprawy, wymagają kontaktu z Prokuraturą Rejonową Warszawa-Ursynów – przekazano Wirtualnej Polsce.

– Wzajemne przerzucanie się odpowiedzialnością nie zmienia tego, że Prokuratura miała obowiązek w tej sprawie zadziałać niezwłocznie – ocenia mec. Michał Grodzki, aktualny pełnomocnik Pawła Borukhaua.

– Bardzo szybko organy ścigania uzyskały wiedzę, że wypadek niesie za sobą ciężkie skutki i są podstawy do zastosowania odpowiednich środków. Tymczasem sprawczyni przez ponad dwa tygodnie nie niepokojona przebywała w kraju i bez problemu opuściła Polskę. Jak obywatel ma mieć zaufanie do państwa w takiej sytuacji? – kwituje adwokat.

Na pytanie o datę wyjazdu Shahnoz M. z kraju prokuratura odpowiada, że sama dowiedziała się o niej od Straży Granicznej dopiero 1 września. Przez ponad dwa i pół miesiąca od wydania pierwszego nakazu doprowadzenia kobiety nikt nie sprawdził, czy podejrzana w ogóle jeszcze jest w Polsce.

"Policja dokonała sprawdzenia wszystkich wskazanych miejsc, jednak nie zastała tam podejrzanej. Formalnie podjęto działania zmierzające do zatrzymania i doprowadzenia, jednakże bezskutecznie" – odpisała nam prokuratura.

Jak przekazała prokuraturze Straż Graniczna, sprawczyni wypadku wyjechała z Polski 17 czerwca.

100 nieodebranych połączeń

Równolegle do poszukiwań Shahnoz M. toczyły się zmagania rodziny z Prokuraturą Rejonową Warszawa-Ursynów o dostęp do akt własnej sprawy.

– Jak przybiegłem na miejsce, gdy żona miała wypadek, to zajmowałem się nią – tłumaczy Paweł Borukhau. – Na miejscu było pogotowie, policja; nie myślałem, żeby coś spisywać, tylko pojechałem za karetką do szpitala – dodaje rozgoryczony mężczyzna.

Rodzina nie znała więc danych sprawczyni: imienia, nazwiska, informacji z paszportu czy numeru PESEL nadawanego cudzoziemcom. Bez nich nie mogli chociażby wystąpić do ubezpieczyciela.

– Zacznijmy od tego, że Prokuratura Rejonowa Warszawa – Ursynów to nie jest taka sama prokuratura jak każda inna – mówi Wirtualnej Polsce mec. Maciej Radowicki, pierwszy pełnomocnik Pawła Borukhaua.

Co w niej niezwykłego? Chociaż zajmuje się sprawami z Ursynowa, to znajduje się w samym centrum Warszawy w kompleksie budynków... wojskowych. Pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, Agencją Mienia Wojskowego i kilkoma innymi wojskowymi instytucjami, w jednym z budynków wyznaczono kilka pokoi dla Prokuratury Rejonowej Warszawa-Ursynów.

Rygor też jest ściśle wojskowy – szlabany, zakaz fotografowania i żołnierze pilnujący wejścia. Można przyjść, ale lepiej zadzwonić.

Pierwszy wniosek o wgląd do akt pełnomocnik wdowca wysłał 18 czerwca. Przez blisko miesiąc prokuratura nie odpowiadała.

– Pisałem i dzwoniłem niezliczoną liczbę razy. Zwykle nikt nie odbierał – opowiada mec. Radowicki.

– Jak już udało mi się dodzwonić, to usłyszałem, że prokurator prowadząca sprawę jest na urlopie. Gdy wyznaczono zastępcę i udało mi się dodzwonić, to okazywało się, że akurat zastępca jest w sądzie i nie ma z kim rozmawiać – opowiada prawnik.

- W pewnym momencie policzyłem, że prokuratura nie odebrała blisko stu połączeń ode mnie. Na żadnego maila też nie odpisali - kontynuuje.

9 lipca mec. Radowicki składa ponowny wniosek o wgląd do akt. Dzień wcześniej Paweł Borukhau bierze drugiego pełnomocnika – mec. Michała Grodzkiego. On również składa wniosek o wgląd do akt. Tak samo trafia na ścianę.

Gdy po blisko miesiącu prokuratura wyraziła zgodę na zapoznanie się zdalnie ze zdigitalizowanymi aktami i przesłała mec. Radowickiemu specjalny login i hasło, dostęp nie działał.

– Napisałem im maila. Jak zwykle nie odpisali. Dzień później login zaczął działać, udało się przejrzeć akta – opisuje mec. Radowicki. To było 14 lipca. Drugi z pełnomocników zdołał się z nimi zapoznać dopiero 29 sierpnia, niemal trzy miesiące po wypadku.

– Dla machiny prokuratorskiej mój klient był petentem, a nie pokrzywdzonym. Nie życzę nikomu, by został tak potraktowany – relacjonuje mec. Grodzki.

Prokuratura tłumaczy – naturalnie – że takie są procedury.

"Art. 156 k.p.k. nie wskazuje terminu, w jakim powinno nastąpić rozpoznanie wniosku o wgląd w akta. Akta na początkowym etapie nie były zdigitalizowane w pełni, a prokuratorzy okręgu warszawskiego są zobowiązani do udostępniania akt zdigitalizowanych przede wszystkim tą drogą (poprzez system teleinformatyczny – red.)" – czytamy w odpowiedzi przesłanej nam przez prokuraturę.

List gończy

Nawet jeśli udałoby się znaleźć Shahnoz M. w rodzinnym Tadżykistanie – o ile tam wróciła – to Polska nie ma podpisanej z tym państwem umowy ekstradycyjnej. Tadżykistan nie jest również stroną Europejskiej Konwencji o Ekstradycji. Ewentualne wydanie sprawczyni Polsce zależałoby tylko od dobrej woli tamtejszego sądu. Polska prokuratura proceduje dalej.

Podejrzewana kobieta nie niepokojona opuściła Polskę
Podejrzewana kobieta nie niepokojona opuściła Polskę © Materiały WP

"Obecnie akta zostały skierowane w dniu 2 września 2026 r. do sądu celem zastosowania tymczasowego aresztowania, następnie planowane jest wszczęcie poszukiwań na podstawie listu gończego. Nie zapadło jeszcze postanowienie, nie został wyznaczony termin posiedzenia" - napisała nam w odpowiedzi.

Paweł Borukhau nie zamierza czekać. - Nawiązaliśmy kontakt z adwokatem z Tadżykistanu i sami staramy się ustalić, czy sprawczyni wypadku wróciła do rodzinnego kraju - opisuje mec. Grodzki. - Jeśli tylko będziemy mieli jakieś sprawdzone informacje, przekażemy je prokuraturze, by przyspieszyć śledztwo - dodaje.

Paweł Borukhau został sam z dwiema córkami. Młodsza ma dopiero jedenaście lat. Starsza wzięła urlop dziekański na studiach i wróciła do Warszawy, żeby pomóc ojcu prowadzić kliniki, które razem z matką budowali od lat. - Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy razem. Wszystkie biznesy, które mieliśmy na Białorusi, wszystkie spacery - mówi Paweł. - Przez całe życie miałem jedną miłość, jedną koleżankę, jednego przyjaciela. To była moja żona. Jedyna. Teraz mam tylko dzieci. Innej radości od życia już nie mam - kończy.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.