"Wciąż nie wiedzieli, co się dzieje". Dramatyczna relacja
W sobotnim ataku w centrum Krakowa zginęło sześć osób, a 16 trafiło do szpitali. 24-letni Michał O. strzelał z samochodu do przechodniów na Rynku Głównym i w okolicznych ulicach. Po ok. 20 minutach postrzelili go i zatrzymali policjanci. Robert był jednym ze świadków tych wydarzeń. Chce pozostać anonimowy.
"Obrońca zwierząt strzelał do dorożkarzy"
Było sobotnie popołudnie, tuż po godz. 15. Krakowski rynek pełen turystów.
– Mieliśmy z żoną po prostu przejść się po Rynku. Ale po drodze ktoś nam zasugerował, że jest fajna restauracja, w której są dobre desery. W momencie, kiedy weszliśmy do środka i usiedliśmy przy stoliku, zaczęły się strzały. Pierwsze odgłosy jednak nikogo nie postawiły na nogi – opowiada Robert.
– Tak naprawdę to brzmiało, jakby ktoś odpalał petardy. Ludzie dalej spokojnie siedzieli, ale mnie to zaniepokoiło. Wyszedłem. I wtedy zobaczyłem, że część osób rzeczywiście biegnie, ucieka, ale część idzie sobie spokojnie w drugą stronę. Zacząłem pytać, co się dzieje? Jakieś petardy odpalili? Nie, ktoś tam strzelał – usłyszałem. Ale kto strzelał? Do kogo strzelał? Jakiś obrońca zwierząt strzelał do dorożkarzy. Taką wersję usłyszałem jako pierwszą.
Po chwili na Rynku leżały już pierwsze ofiary. Robert zobaczył rannych dorożkarzy, którzy na początku nie zdawali sobie sprawy z tego, co się dzieje.
– Jedna kobieta z dorożki miała przestrzelony palec. Normalnie rozmawiała i nawet specjalnie nie krwawiła. Po chwili krew jednak zaczęła lecieć, więc zorientowała się, że coś jest nie tak. W drugiej dorożce siedział mężczyzna, który stwierdził nagle, że on nie ma ręki. Ktoś mu odpowiedział: ale masz rękę, wszystko jest okej. A on: ale ja nie czuję tej ręki. Okazało się, że ten mężczyzna jest poważnie postrzelony.
"Nie wiadomo było, ile osób strzela"
Robert najmocniej zapamiętał to, że nikt nie rozumiał, co się właściwie dzieje.
– To wszystko było takie trochę irracjonalne, surrealistyczne. Strzały było słychać w tle i one się rozchodziły pomiędzy budynkami tak, że nie wiadomo było, ile osób strzela. Co to za strzały? Jak już było wiadomo, że ktoś strzelał, powstało wrażenie, że tych osób jest bardzo dużo, że to nie był jeden człowiek. Ale część ludzi nadal szła spokojnie na Rynek.
– Dopiero później, jak te ranne osoby zaczęły krwawić i ta krew była widoczna, to zaczęło docierać do ludzi, co się stało. Jedna osoba leżała w ogóle niezaopiekowana, ale ktoś mówił, że ona już nie żyje. Pozostali byli reanimowani, bo pojawili się jacyś lekarze. Były osoby, które się trochę na tym znały, znaleźli się ludzie, którzy nieśli tę pomoc. Ja, szczerze mówiąc, też chciałem pomóc, ale nie wiedziałem, jak. To jest dla mnie lekcja na przyszłość.
Na Rynku nie wybuchła masowa panika. Robert tłumaczy to tym, że wielu ludzi wciąż nie było świadomych rozgrywającego się dramatu.
– W tym momencie wciąż też były osoby, które nie przyjmowały tego, że coś się dzieje. Szły uśmiechnięte. Byli ludzie, którzy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale jeszcze nie wiedzieli, co. Sam byłem w tej grupie. I były takie, które już widziały, że wydarzyło się coś naprawdę złego. Płakały i nie wiedziały, co mają zrobić.
"Jakby mieli dokładny plan"
Po kilku minutach na Rynek zaczęły zjeżdżać służby. Robert mówi, że to był moment, w którym ludzie wokół niego odetchnęli.
– Pojawiły się karetki, żeby zaopiekować się rannymi. Pojawiła się straż pożarna, która zaczęła tam robić porządek. Policja była mniej widoczna, ale też była. Po prostu nie dysponowała tak dużymi, głośnymi wozami, jak straż pożarna i karetki. Na niebie pojawił się helikopter i powstało takie wrażenie – rozmawiałem też z innymi osobami – że teraz już jesteśmy bezpieczni, że służby zadziałały.
– Przyjechali, jakby mieli już dokładny plan: ile jest osób, co się dzieje, gdzie dokładnie. Przychodzili, udzielali pomocy, ktoś to koordynował. Wyglądało to bardzo profesjonalnie. A wszystko działo się bardzo szybko. Ratownicy zajmowali się rannymi, a policja starała się zapanować nad tłumem. Interweniowali, kiedy helikopter miał lądować na Rynku, bo trzeba było zrobić tam miejsce. Potem przykryto ciała tych, którzy już nie żyli. Działo się to bardzo sprawnie.
– Z czasem ludzie zaczęli opuszczać Rynek. Do wszystkich już doszło, że ktoś strzelał, ale dalej nie było wiadomo, czy to była jedna osoba, czy kilka. Policja krzyczała wręcz: "Ludzie, idźcie, schowajcie się w bezpieczne miejsca, tu nie jest bezpiecznie, tu nie ma co oglądać". My też się wtedy oddaliliśmy, żeby nie utrudniać pracy służbom.
Atak w Krakowie. Sześć ofiar śmiertelnych
Atak zaczął się w sobotę 7 listopada ok. godz. 15. Kierujący czarnym Subaru Michał O. wjechał na płytę Rynku Głównego i strzelał z samochodu do przechodniów. Strzały padły m.in. w okolicy ul. Sławkowskiej, Siennej i Bazyliki Mariackiej.
Następnie sprawca odjechał ul. Grodzką. Na Placu Wszystkich Świętych ostrzelał tramwaj linii nr 1 i rozbił szybę w kabinie motorniczego. Nikt w tramwaju nie został ranny. Na skrzyżowaniu Stradomskiej i Dietla otworzył ogień do dwóch policjantów z komisariatu w śródmieściu. Starsi posterunkowi Jakub Kulik i Artur Morański zostali postrzeleni, ale odpowiedzieli ogniem i obezwładnili napastnika.
Na miejscu zginęło sześć osób: trzy Polki w wieku 61, 47 i 53 lat, ok. 50-letni Polak, 32-letni Brytyjczyk i 51-letnia cudzoziemka, której narodowości nie podano. Do krakowskich szpitali trafiło 16 osób, w tym obywatele Austrii, Niemiec, Portugalii, Rosji i Wielkiej Brytanii. Obaj ranni policjanci przeszli operacje. Dziś rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krakowie prok. Tomasz Waszczuk poinformował, że zostali wybudzeni ze śpiączki.
24-letni Michał O. pochodzi z Ostrowca Świętokrzyskiego i pracował jako tokarz. Nie był notowany. Należał do klubu strzeleckiego i miał pozwolenie na broń. W trakcie akcji policji został kilkukrotnie postrzelony, przeszedł operację i jest w stanie krytycznym. Śledczy nie zdążyli go jeszcze przesłuchać.
W sobotę wieczorem antyterroryści weszli do mieszkania jego rodziny w Ostrowcu Świętokrzyskim. Znaleźli tam ciała ojca, matki i siostry sprawcy. Wszyscy zginęli od strzałów z broni palnej.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.