Bez tych głosów Netanjahu może ponieść porażkę. Niepozorny gracz zadecyduje o przyszłości Izraela
Jest ciepły październikowy wieczór na wybrzeżu. Od morza wieje świeży wiatr do ogrodu willi — białego budynku w stylu Bauhausu, z basenem i kwitnącymi krzewami. — Oczywiście wiem, że Binjamin Netanjahu mieszka tu tuż za rogiem — woła do publiczności Mansour Abbas, 52-letni przewodniczący islamskiej partii Raam. — Wciąż mam adres Netanjahu. W końcu zaoferował nam wtedy 30 mld szekli (ponad 38 mld zł) za nasze poparcie — twierdzi. Publiczność się śmieje.
Fakt, że nawet konserwatywny premier Izraela zabiegał niegdyś o arabskie głosy w Knesecie, oferując miliardy na rozwój, bawi zgromadzonych w Cezarei, miejscu zamieszkania Netanjahu. Prawie wszyscy tutaj są Żydami, mają europejskich przodków, podobnie jak Netanjahu, ale mało kto z obecnych tu osób prawdopodobnie naprawdę lubi premiera. Miasto to zawsze było bastionem lewicy.
Dzisiejsza opozycja, skupiona wokół byłego szefa sztabu generalnego Gadi Eisenkota, plasuje się raczej na polu od centroprawicy do lewicowego liberalizmu. Jeśli jednak aktualne sondaże się sprawdzą, żadne ugrupowanie nie będzie w stanie uzyskać większości rządowej bez głosów partii arabskich. Dlatego to właśnie Arabowie stali się języczkiem u wagi.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.