Twierdzi, że lekarze ją odesłali. Po kilku godzinach w domu urodziła syna. Szpital podaje inną wersję
Kobieta urodziła w domu, jej partner miał zdemolować SOR
Źródło wideo: "Fakty" TVN
Źródło zdj. gł.: Leszek Szymański/PAP
O awanturze w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym informowaliśmy w ubiegłym tygodniu. 26-letni mężczyzna wdał się w kłótnię z położnymi oraz pracownikami SOR. Podejrzany jest o kierowanie wobec nich gróźb karalnych, znieważenie, naruszenie nietykalności cielesnej oraz zniszczenie szpitalnego mienia, wartego 67 tysięcy złotych.
Pan Karol i jego partnerka Wiktoria opowiedzieli reporterowi "Faktów" TVN o tym, dlaczego doszło do tej sytuacji.
Partnerka 26-latka zgłosiła się na początku października do placówki w Międzylesiu z bólem brzucha, który interpretowała jako skurcze porodowe. W szpitalu trafiła na oddział ginekologiczno-położniczy, gdzie zrobiono jej serię badań. Lekarze orzekli, że poród jeszcze się nie zaczął.
Przedstawiciele szpitala twierdzą, że pacjentka na własne życzenie została wypuszczona do domu. Taką informację przekazała dyrektorka Elżbieta Mickiewicz-Dytko w piątkowym oświadczeniu oraz w rozmowie z reporterem "Faktów".
Pani Wiktoria zaprzecza. - Nie wpisałam się na żądanie. Nie podpisywałam żadnych papierów, że na żądanie. Nic takiego nie miało miejsca - zapewnia.
Pełnomocnicy rodziny z kancelarii Kryczka Szczypiński Adwokaci wydali w sobotę oświadczenie w tej sprawie. "Według pacjentki oraz uzyskanej przez nią karty konsultacyjnej personel medyczny szpitala nie stwierdził wskazań do jej hospitalizacji" - przekazali. Dodali, że kobieta zwróciła się do placówki z wnioskiem o udostępnienie pełnej dokumentacji medycznej, lecz dotąd jej nie otrzymała.
Podkreślają, że kobieta zgłosiła się do szpitala, bo "chciała być hospitalizowana".
Poród domowy i awantura w szpitalu
Kobieta wróciła do domu, wtedy rozpoczął się poród. Urodziła syna w łazience. Jak opowiadała, wszystko działo się błyskawicznie. Po kilku chwilach dziecko było już na świecie.
- Mały wypadł, uderzając główką o podłogę - relacjonowała.
Kobieta i dziecko wrócili do szpitala w Międzylesiu karetką. Dotarł tam także jej partner. To wtedy miało dojść do awantury w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym.
Przedstawiciele placówki utrzymują, że mężczyzna zaatakował nie tylko personel, miał też być agresywny wobec członków rodziny partnerki.
26-latek tłumaczy powody wybuchu agresji
Partner pani Wiktorii twierdzi, że niewiele z tego wydarzenia pamięta. W rozmowie z reporterem "Faktów" nie zaprzeczył jednak, że przyjechał do szpitala "w emocjach".
- Od tych informacji, które dostałem, miałem w głowie taką myśl, że dziecko może nie żyć. Nie dostałem informacji o oznakach życia, tylko po prostu, że leży i jest całe sine, jest masa krwi - wyjaśniał mężczyzna.
Obecnie stan dziecka jest określany przez jego rodziców jako dobry. Chłopiec jest już z nimi w domu.
Pełnomocnicy rodziny przekazali, że do Rzecznika Praw Pacjenta została skierowana skarga na działania personelu szpitala w sprawie pani Wiktorii.
Sprawę awantury na SOR bada policja pod nadzorem Prokuratury Rejonowej Warszawa-Praga Południe. Pan Karol ma status podejrzanego.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.