Jak nie daliśmy się nabrać na opowieść o apokalipsie rosyjskich botów

Przypomnijmy - informacja, że ataki wojsk ukraińskich na centra rosyjskiej firmy technologicznej Yandex spowodowały spadek treści prorosyjskich i antyukraińskich w mediach społecznościowych, jest nieprawdziwa, otwiera się w nowym oknie.
Ale wielu dało się nabrać.
Wiralowy wykres i teza, w którą chciało się uwierzyć
Mnie też zaciekawiła grafika, którą udostępnił polski analityk wojskowy Jarosław Wolski, a która lotem błyskawicy rozeszła się po sieci.
Temat możliwych nieoczywistych konsekwencji uderzeń Ukraińców w centra Yandexu zgłosiłam na kolegium. Brzmiało intrygująco, dotyczyło istotnych spraw i interesowało ludzi. Nic, tylko sprawdzać.
Zaczęłam od wiralowego wykresu, który w mediach społecznościowych zataczał coraz szersze kręgi. I tutaj zrobiło się jeszcze ciekawiej.
Co to za wykres i dlaczego wzbudził takie zainteresowanie? Bo jak tu się nie zainteresować takimi rewelacjami?
Pokrótce - Jarosław Wolski na swoich kontach w serwisach społecznościowych udostępnił grafikę z wykresem opatrzonym napisem w języku niemieckim: "Tägliche Aktivität über 3 Monate". Tłumacząc na polski: dzienna aktywność w ciągu trzech miesięcy. Na wykresie w drugim tygodniu października widać gigantyczne spadki.
Wolski podpisał tę grafikę następująco: "Zderusyfikowany internet (ukraińskie trafienia w centra Yandexa) nagle objawia cuda w socjalach: poparcie dla AfD w socjalmediach spadło o 56 proc. Mniej 'polskich' kont szczujących na Ukraińców, mniej 'ukraińskich' szczujących na Polaków, poparcie w sieci dla MAGA gwałtownie spadło".
Tyle.
Nie było źródła danych. Był za to efekt autorytetu, zasięgi i informacja, którą wielu chciało usłyszeć. I która wydawała się przecież pasować do układanki.
Wpis po kilkunastu godzinach został udostępniony ponad 1,2 tys. razy i dotarł do setek tysięcy odbiorców (a potem jego zasięg jeszcze rósł). Oczywiście nie brakowało też komentarzy krytycznych, podających w wątpliwość narrację autora wpisu (jak na przykład te serwisu Niebezpiecznik.pl), jednak takie były w zdecydowanej mniejszości.
Kiedy nie warto się spieszyć
Odkrycie, że wcześniej omawiany wykres udostępnił w mediach społecznościowych czeski europoseł Tomáš Zdechovský, nie zajęło mi dużo czasu. Dłużej musiałam poczekać na odpowiedź od polityka. Okazało się bowiem, że i on nie wskazał w swoim wpisie źródła udostępnianych danych, dlatego zapytałam wprost - skąd wziął taką informację.
Równolegle odezwałam się do NASK-PIB. To Państwowy Instytut Badawczy, który zajmuje się m.in. monitorowaniem, badaniem i zwalczaniem dezinformacji w polskiej przestrzeni cyfrowej. Opisałam temat, którym się zajmowałam, i zapytałam, czy Instytut zaobserwował w ostatnich dniach zmianę, jeśli chodzi o narracje antyukraińskie/antypolskie/promujące AfD w przestrzeni internetowej.
To było po godz. 9. Kiedy niedługo potem zadzwoniłam dopytać o sprawę, usłyszałam, że analitycy jeszcze działają. A konkrety za przynajmniej kilka godzin.
No nic, trzeba było czekać. Przywykliśmy w newsroomie do szybkiego działania, ale wiemy też, że czasem się nie da szybciej. I nie warto.
Dzwoniło, ale nie w tym kościele
W tym czasie fałszywa informacja docierała do coraz to większej liczby odbiorców. Ludzie podawali sobie różne dowody - u jednego mniej nienawistnych komentarzy, inny przecież na oko widzi, że jest spokojniej. Cóż, na oko to chłop w szpitalu umarł.
Byli też tacy, którzy podawali wykresy z Clouflare. Platforma ta między innymi udostępnia dane o zdarzeniach i trendach w Internecie. To poważne i wartościowe źródło.
Rzeczywiście wykres z Clouflare Radar pokazywał spadki, które czasowo pokrywały się z datami uderzeń w centra Yandexa.
Żeby jednak dobrze zrozumieć dane, które miałam przed oczami, potrzebowałam porozmawiać z kimś, kto zna się na IT. Szczęśliwie daleko szukać nie musiałam, bo w Interii mamy takich ludzi.
Po specjalistycznej konsultacji już dużo lepiej rozumiałam, dlaczego rano NASK zalecał "ostrożność w informowaniu o temacie".
To nie te boty, to nie ten spadek. Dzwoni, ale nie w tym kościele. Ukraińcy swoimi uderzeniami wpłynęli na funkcjonowanie koncernu Yandex, ale nie wyczyścili sieci z "ruskich trolli". A właśnie taką tezę powtarzali kolejni użytkownicy sieci.
Umacniali ich w tym przekonaniu niektórzy politycy, w tym polscy, ale i prezydent Ukrainy. Wołodymyr Zełenski stwierdził, że po atakach Ukrainy na Yandex "na wielu platformach i mediach społecznościowych nagle zrobiło się spokojniej".
I tak opowieść o apokalipsie rosyjskich botów snuła się sama.
Źródło? Jakie źródło?
W tym czasie otrzymałam odpowiedź od Tomáša Zdechovský'ego. Przyznał on, że nie zna źródła grafiki, a znalazł ją na Threads (aplikacja społecznościowa Mety).
Europoseł tłumaczył - co ciekawe, w pierwszej osobie liczby mnogiej: "choć pierwotne źródło pozostawało nieznane, uznaliśmy te treści za interesujące i udostępniliśmy je". Jak dodał, poniekąd chodziło właśnie o to, by "sprawdzić, czy eksperci lub analitycy danych mogliby je potwierdzić".
Dane się nie potwierdziły, ale wpis został.
Jednoznaczne wnioski i steward Frank
W tym czasie nadeszły wieści, jak się ma sprawa w polskiej przestrzeni cyfrowej.
Wnioski z analizy NASK-PIB, z którymi się zapoznałam, były jednoznaczne: nie wykazano związku między na wspomnianymi atakami a spadkiem aktywności kont szerzących dezinformację.
No to już można było pisać artykuł., otwiera się w nowym oknie
A później kolejny, otwiera się w nowym oknie, bo pojawiły się nowe informacje. Niemiecki dziennikarz Jan Vollmer namierzył źródło szeroko udostępnianego wykresu. Okazało się nim konto o nazwie Frank. Frank przedstawiał się jako 24-letni steward.
Jarosław Wolski opublikował sprostowanie i przeprosiny za podanie nieprawdziwej informacji. Sprostowania opublikowali też niektórzy niemieccy politycy, którzy podali fałszywą informację.
Łatwo tylko w jedną stronę
I co? Po sprawie, prawda?
Byłoby wspaniale, ale to tak nie działa. Nieprawdziwe informacje wyświetlały mi się w mediach społecznościowych przez wiele dni i wciąż krążą po sieci.
Nadal pokazują mi się posty w tym temacie (ach, te algorytmy), od znajomych i nieznajomych. Są to wpisy z "pierwszej fali", gdy informacje były jeszcze niesprawdzone. I te opublikowane już po tym, jak yandexowego fake newsa rozłożyliśmy w Interii na czynniki pierwsze.
Historię o rzekomym unicestwieniu rosyjskich botów możemy potraktować jak soczewkę do pooglądania dezinformacji z bliska.
Przede wszystkim - udostępnić daną treść można łatwo i szybko, dużo trudniej odkręcić całą sprawę. Sprawdzenie tego tematu - łącznie z czekaniem na kluczowe odpowiedzi - zajęło mi cały dyżur. Podanie dalej niesprawdzonej informacji to byłaby chwilka.
Tam dezinformacja trzyma się mocno
A weźmy takie media społecznościowe. Z danych Ośrodka Dezinformacji NASK wynika, że w pierwszym półroczu 2026 r. tamtejsi analitycy przekazali platformom społecznościowym ponad 65 tys. zgłoszeń.
Zaledwie 7 proc. zakończyło się usunięciem materiałów. Moderacji poddano ponad 17 proc. A co z resztą? Blisko 50 tys. zgłoszonych materiałów nie doczekało się reakcji serwisów (sic!).
Opisywaliśmy w Interii przykłady takich treści, otwiera się w nowym oknie. Były wśród nich nieprawdziwe informacje o tym, że brutalnego ataku na Uniwersytecie Warszawskim, otwiera się w nowym oknie dokonał Ukrainiec, mimo że polskie instytucje takie jak policja i prokuratura wprost wskazywały, że to Polak.
Pojawiają się w sieci treści celowo publikowane w ramach kampanii dezinformacyjnych, np. prowadzonych przez służby obcych państw. Ale w tej układance niemałe znaczenie mają zwykli użytkownicy internetu, którzy mogą fałszywe informacje powielać albo tworzyć (niekoniecznie intencjonalnie).
Na każdym użytkowniku sieci ciąży odpowiedzialność za to, co w niej publikuje.
Szczególnie ciąży ona na osobach publicznych, w tym politykach, którzy na dodatek nieraz mają duże zasięgi na platformach społecznościowych.
Jedną z pułapek myślenia, w które możemy wpaść jako użytkownicy sieci, jest związana ze wspomnianym efektem autorytetu. Opinie wygłaszane przez "autorytety" uznajemy za bardziej wiarygodne, nawet jeśli osoby takie wypowiadają się w nie swoich dziedzinach.
Uwiarygadniać dezinformację mogą także dziennikarze. Pułapek jest wiele, a wpadki zdarzają się najlepszym.
W sprawie wywiadu dla BBC dotyczącego polskiej granicy, którego w 2022 roku udzieliła nieistniejąca postać, interweniowała sama kancelaria premiera, otwiera się w nowym oknie.
AI nie zastąpi dziennikarza
Najważniejsze to nie przestawać się starać i wyciągać wnioski. Rzetelne dziennikarstwo i dziennikarze z krwi i kości, którzy będą docierać do źródeł - nigdy nie byli tak potrzebni jak dziś. A na pewno nie zastąpi ich AI.
Świat przedstawiany przez narzędzia sztucznej inteligencji to nie jest przeniesienie jeden do jeden prawdziwego świata. Chatboty wykorzystujące duże modele językowe mogą być infekowane przez zwielokrotnioną i powieloną w sieci dezinformację. Pisałam o tym pół roku temu, otwiera się w nowym oknie. Od tego czasu, jak zauważają specjaliści, zjawisko to tylko nabrało na sile.
Justyna Kaczmarczyk
justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl
Justyna Kaczmarczyk jest współautorką (z Konradem Ciesiołkiewiczem) książki "Dojrzewanie w sieci. Młode pokolenie na cyfrowym froncie", która ukazała się pod patronatem Interii.
"Świat w szachu". Komornicki o rosyjskiej inwazji: Ma służyć oczyszczaniu rosyjskiego społeczeństwaINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.