Adwokatka dosadnie o służbie więziennej. "Wszystko jest do zmiany"
— To jest bardzo frustrująca praca. Funkcjonariusze służby więziennej są narażeni na różnego rodzaju niebezpieczeństwa z każdej strony. Ze strony skazanych, ale przede wszystkim ze strony innych funkcjonariuszy oraz swoich przełożonych — mówi Onetowi adw. Monika Gorząch, prawniczka reprezentująca wiele osób pozbawionych wolności.
Trzy dramaty
Czytaj nas częściej w Google
— To kolejna już tragedia z udziałem funkcjonariusza służby więziennej w dość krótkim czasie — tak o śmiertelnym postrzeleniu się 34-letniego kierowcy konwoju służby więziennej mówi Monika Gorząch. Do zdarzenia doszło we wtorek na stacji benzynowej pod Kłobuckiem w woj. śląskim podczas konwoju więźnia między jednostkami penitencjarnymi.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Prawniczka przypomina też dwa inne dramaty, które rozegrały się przed rokiem. Pierwszy miał miejsce 28 marca w Prusicach pod Wrocławiem. To tam Adam Sz., na co dzień funkcjonariusz zakładu karnego przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu, zastrzelił teściową oraz dwójkę swoich dzieci — pięcioletnią córkę i dziewięcioletniego syna. Potem strzelił do siebie. Zmarł po kilku miesiącach spędzonych w szpitalu.
Miesiąc później, 29 kwietnia, strażnik więzienny pracujący w areszcie śledczym w Katowicach wszedł do krakowskiego Szpitala Uniwersyteckiego i zaatakował nożem lekarza Tomasza Soleckiego, gdy ten badał inną pacjentkę. Ortopeda, mimo natychmiastowej pomocy medyków, zmarł.
"Wszystkie procedury zawodzą"
— Zawód funkcjonariusza służby więziennej to zawód o podwyższonym ryzyku psychofizycznym. Funkcjonariusze często mówią o nepotyzmie, o mobbingu, o tym, jak są traktowani przez przełożonych, o sytuacjach, w których sami nie mają nic do powiedzenia. Jak zgłaszają się do mnie o pomoc, to w wielu przypadkach nie mogę nic zrobić, przeważnie nie chcą występować pod nazwiskiem, bo się po prostu boją — podkreśla adwokatka.
— Wszystko to, czego doświadczają w pracy, może rodzić w nich frustracje i przenosić się na ich problemy prywatne. Pomoc psychologiczna jest iluzoryczna, bo najczęściej sprowadza się do wystawienia L4. Nikt nie skupia się na rzeczywistym problemie, na tym, co się dzieje z funkcjonariuszem w związku z jego służbą. Wiem to od nich samych — twierdzi.
Jej zdaniem wszelkie nieprawidłowości, jeśli są już zgłaszane przez funkcjonariuszy, są przez Centralny Zarząd Służby Więziennej zamiatane pod dywan i nikomu nie zależy na ich faktycznym wyjaśnieniu.
— Ci funkcjonariusze, którzy są najniżej w hierarchii, często znoszą bardzo wiele rzeczy, które są skierowane przeciwko nim, jak w przypadku mobbingu, i muszą je znosić, bo nie są w stanie nikomu nic powiedzieć. A jak już powiedzą, to nic się nie dzieje, bo sprawę bada wysłannik z centrali, znajomy dyrektora, który wiadomo, komu uwierzy. I to naprawdę jest duży problem, bo w służbie więziennej dominuje zmowa milczenia. Obserwuję to od lat. A każdy, kto ma odwagę coś zgłosić i powiedzieć, spotyka się z karą — uważa Monika Gorząch.
— Znam przypadek funkcjonariuszki, która zgłosiła mobbing i którą z ofiary zrobili oprawcą, w efekcie czego sama odeszła ze służby. To się dzieje nagminnie. Nie mamy żadnej kontroli nad tym, co się w tej formacji dzieje. W mojej ocenie wszystkie procedury, które są stosowane wewnętrznie, zawodzą, a prokuratura rzadko stawia zarzuty w tego typu sprawach, większość spraw umarza, no bo jak to funkcjonariusz publiczny może zrobić krzywdę innemu funkcjonariuszowi — dodaje.
"Mają obsesję na punkcie wizerunku"
— Niestety, ale tak to wygląda. Tam wszystko jest do zmiany. Dla mnie to jest groteska. Nie ma żadnej odpowiedzialności, jeśli chodzi o osoby na wysokich stanowiskach — zaznacza Monika Gorząch.
Prawniczka uważa, że nadzór nad tym, co się dzieje w zakładach karnych i aresztach, nie powinien być wewnętrzny, tylko zewnętrzny, a do szkoleń funkcjonariuszy powinni być dopuszczeni eksperci spoza więziennictwa.
— Myślę, że służba więzienna ma wręcz obsesję na punkcie wizerunku. Moim zdaniem zadbaliby o wizerunek, gdyby naprawdę wyjaśniali sprawy i pozbywali się jednostek patologicznych. Nie mówmy o tym, że przestępców mogą resocjalizować osoby, które same popełniają przestępstwa, a takie przypadki się zdarzają — przekonuje.
Odwołuje się do głośnych zdarzeń, które miały miejsce m.in. w zakładzie karnym w Barczewie. — Nikt mi nie powie, że normalny człowiek, wykorzystując władzę nad skazanym, dopuszcza się waterboardingu [podtapiania], bicia i znęcania. Najbardziej szkoda mi tych strażników, którzy to widzą, ale boją się zareagować — mówi Monika Gorząch.
Na koniec słyszę: — Czasy się zmieniają, więc ta służba też powinna się zmienić. W wielu zakładach są naprawdę świetni funkcjonariusze wykonujący ten zawód. Mają fajne pomysły, m.in. jak ograniczyć wykluczenie cyfrowe osadzonych, ale niestety są one tłamszone przez centralę. "Góra" zabija w nich zapał. I myślę, że to też jest powodem ich frustracji, bo szybko zostają sprowadzeni na ziemię i zdają sobie sprawę, że nie tego oczekiwali od tej służby, nie to chcieli robić.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.