Kampania wyborcza w cieniu protestów. Marine Le Pen liderką sondaży
Kampania wyborcza w cieniu protestów. Marine Le Pen liderką sondaży
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: EPA
Gdy w poniedziałek rano Emmanuel Macron wylądował na lotnisku w Kuwejcie, sprawiał wrażenie autentycznie zadowolonego - pewnie dlatego, że choć przez chwilę nie musiał się zajmować tematem protestów we Francji.
Prezydent będzie podróżował po Półwyspie Arabskim do środy. W tym czasie, nawet jeśli gwałtowne demonstracje na ulicach francuskich miast przycichną, to sami Francuzi z pewnością o nich nie zapomną.
Emmanuel Macron podczas wizyty w Kuwejcie
Źródło zdjęcia: BENOIT TESSIER/PAP/EPA
- 40 procent młodych ludzi popiera lewicę lub skrajną lewicę. Ci młodzi ludzie, z których część nie może jeszcze głosować, obawia się, że ich postulaty nie zostaną usłyszane. To na pewno jedna z przyczyn tych manifestacji - powiedział brytyjsko-francuski dziennikarz i publicysta Jamie Smith-Maillet.
Gdy w maju 2017 roku Emmanuel Macron został prezydentem Francji, miał zaledwie 39 lat i obiecywał Francuzom demokratyczną rewolucję i świeżość. Dziś na ulicach francuskich miast można usłyszeć, że Macron jest jak oderwany od rzeczywistości monarcha, który nie pamięta już jak żyją zwykli ludzie.
Marine Le Pen po raz czwarty powalczy o prezydenturę
Dla rywali Macrona społeczne niezadowolenie jest politycznym skarbem - trzeba tylko zręcznie nim zarządzać. - Stawka jest dziś bardzo wysoka. Przeżywamy głęboki kryzys zaufania wobec władzy, który zagraża demokracji - powiedziała Marine Le Pen, liderka Zjednoczenia Narodowego i kandydatka na prezydenta Francji.
- Za sześć miesięcy Francuzi będą mogli wybrać inną drogę. Drogę autorytetu i przywróconego bezpieczeństwa, drogę suwerenności i demokracji - dodała.
W niedzielnym oświadczeniu Marine Le Pen zaprezentowała się bardzo "prezydencko" - nie pochwala agresji, dewastacji i grabieży, a także spokojnie przekonuje do siebie i swoich racji.
Marine Le Pen jest liderką sondaży
Źródło zdjęcia: EPA
Dokładnie za pół roku liderka skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego po raz czwarty wystartuje w wyborach prezydenckich. Nigdy wcześniej nie miała takich szans na zwycięstwo. Z poparciem 34,8 procent innych kandydatów zostawia w tyle. Edouard Philippe może liczyć na poparcie 16,5 procent wyborców, Jean-Luc Melenchon 16,4 procent, a Raphael Glucksmann na 12,3 procent.
Kto ma szansę na drugą turę?
Być może razem z Le Pen przejdzie Eduard Philippe - polityk, kameleon, który nie tylko radykalnie zmienił swój wygląd fizyczny, ale też od lat nawiguje między różnymi opcjami politycznymi. Należał między innymi do środowiska Emmanuela Macrona, więc dziś trochę niezręcznie mu krytykować byłego szefa. Jeśli jednak chce prezydentury, musi się od niego odciąć.
"Jak miliony Francuzów, wolałbym, aby konkretne decyzje odbudowały porządek i autorytet państwa. Wandale muszą być ukarani. Dialog z uczniami i związkowcami przywrócony. Nasz kraj potrzebuje przywództwa" - oświadczył Philippe.
W język nie musi się gryźć reprezentujący skrajną lewicę Jean-Luc Melenchon. 75-letni polityk o komunistycznych korzeniach też już trzykrotnie ubiegał się o Pałac Elizejski. I tym razem ma realne szanse na drugą turę - w kampanii zwraca się do młodych, niezadowolonych, sfrustrowanych. Bezwarunkowo popiera ich protesty.
"Te protesty są skutkiem dziesięciu katastrofalnych lat, podczas których prezydent Macron rozmontował państwo. Widzę, czego można było uniknąć. Wiem, co należało zrobić. Te wydarzenia muszą doprowadzić do zmiany. Żądania muszą być wysłuchane" - skomentował Melenchon.
W walce o drugą turę wyborów prezydenckich liczy się jeszcze Raphael Glucksmann, lider niedawno utworzonej centrolewicowej Place Publique - jest mało doświadczony, mało rozpoznawalny, ale i tak ma większe szanse niż kandydaci liberalni, centrowi, czy konserwatyści powiązani w przeszłości z Nicolasem Sarkozym.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.