The Daily Newsstand · Free, Always
Friday, September 25, 2026

Był na granicy, potem zaatakował. Śledczy odtwarzają jego drogę

Translate

– Jedynym powodem, przez który Ihor M. nie wjechał w czwartek rano do Ukrainy przez przejście graniczne w Korczowej, był brak aktualnego ubezpieczenia jego samochodu. Mężczyzna mógł wejść do tego kraju pieszo – mówi w rozmowie z WP Małgorzata Taciuch-Kurasiewicz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Przemyślu.

Śledcza nie zdradza na razie jednak, czy Ukrainiec, który kilka godzin później zaatakował pięć osób na terenie klasztoru benedyktynów w Jarosławiu, już na przejściu granicznym w oddalonej o 30 km Korczowej zachowywał się agresywnie.

DLA CIEBIE

30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii

– To na pewno jest i będzie w kręgu naszego zainteresowania. Będziemy starali się odtworzyć całą drogę, jaką ten mężczyzna przebył z przejścia granicznego do klasztoru – mówi rzeczniczka prokuratur. – To nie będzie jednak proste i zapewne te ustalenia trochę zajmą. Dziś po prostu nie możemy mówić jeszcze o szczegółach, bo wielu z nich nie znamy. Od ataku w klasztorze minęły 24 godziny. To niewiele czasu, ale prokuratorzy i tak mają już naprawdę odpowiedzi na wiele pytań.

– Na pewno z rozmów, jakie poczyniliśmy z funkcjonariuszami Straży Granicznej pracującymi w Korczowej, wynika, że Ihorowi M. nikt nie zabronił wyjazdu z Polski do Ukrainy. Tam problem był z brakiem ubezpieczenia jego samochodu. On mógł iść dalej pieszo lub wsiąść do jakiegoś innego pojazdu wjeżdżającego do tego kraju. Został jednak w Polsce. Według mojej wiedzy jego samochód został postawiony na parkingu przy granicy. Nie potrafię potwierdzić, czy prawdziwe są informacje, że został później lawetą zabrany do Jarosławia i to z kierowcą tej lawety do tego miasta przyjechał też napastnik – mówi prok. Taciuch-Kurasiewicz.

Zapewnia, że samochód mordercy został już gruntownie przebadany przez policyjnych techników.

Czy napastnik był poczytalny? Dziś jest pod obserwacją lekarzy

Bardzo ważną kwestią, jaką będą chcieli ustalić prokuratorzy, jest też stan zdrowia psychicznego napastnika i fakt, czy podczas ataku nożem w klasztorze benedyktynów był on poczytalny.

Wirtualna Polska ustaliła, że noc z czwartku na piątek spędził on w jednym ze szpitali, a nie w areszcie śledczym.

– Potwierdzam, pan jest pod obserwacją lekarzy. Gdy ci pozwolą mu wyjść ze szpitala, Ihor M. zostanie przesłuchany, usłyszy zarzuty i zawnioskujemy do sądu o areszt tymczasowy dla niego. Na razie zgody lekarzy nie ma – mówi rzeczniczka PO w Przemyślu.

Według naszych informacji napastnik z Ukrainy, który zabił jednego z jarosławskich księży, a cztery kolejne osoby ranił, jest w placówce psychiatrycznej. Mają tam pilnować go policjanci.

Nie mogę ani zaprzeczyć, ani potwierdzić, że mamy u siebie takiego pacjenta

 - mówi doktor Piotr Cisek, zastępca dyrektora Specjalistycznego Psychiatrycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej im. prof. Antoniego Kępińskiego w Jarosławiu.

Prokurator prowadzący śledztwo sformułował już zarzuty dla mężczyzny, który atakował tam nożem w opactwie. Są to zarzuty z artykułów 13, 148 i 156 Kodeksu karnego. Mowa więc o zbrodni zabójstwa, usiłowania zabójstwa i spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

– Zarzuty są sformułowane, ale przez stan zdrowia zatrzymanego jeszcze nie zostały mu przedstawione. To normalna procedura w takiej sytuacji – wyjaśnia prokuratura.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.