Albania nie jest na sprzedaż. Młode pokolenie przeciw korupcji i beznadziei
"Albania is not for sale!" — krzyczą transparenty. Rewolucja flamingów, protest studentów, młodych ludzi, jest bacznie obserwowana i wspierana przez starsze pokolenia. Nie ma przywódców, są mówcy i spontaniczni liderzy. Najpierw protestowano przeciw sprzedaży cennych przyrodniczo, chronionych terenów zięciowi prezydenta Trumpa, Jaredowi Kushnerowi. Kushner ma je zamienić w turystyczny raj i swój bankomat. Stąd flamingi jako symbol. Pokojowe protesty rozszerzały się o hasła studentów, niezadowolonych z warunków kształcenia, z tego, że tytuły i dyplomy nic nie dają, że nie ma pracy. Wzięły się z poczucia beznadziei dręczącego młodych ludzi, którzy widzą korupcję, betonowanie się władzy i przemianę premiera — dawniej niepokornego artysty — w bezwzględnego polityka. W telewizji poucza, wygraża, pobrzękując bransoletami na rękach, i zapewnia o praworządności.
— Mamy dość. Jesteśmy wk… — mówi mi Evis, młoda Albanka z tytułem doktora, która nie pracuje w zawodzie. Jako jedyna z ośmioosobowej rodziny chce żyć w Albanii, reszta bliskich mieszka w Anglii. Jej koleżanka dodaje, że będą protestować do skutku, nie boją się, są gotowi na wiele. Sama mieszka w USA, ale przyleciała do kraju, by wesprzeć znajomych. Przy okazji prosi, by nie zwiedzać bunkra, przy którym stoimy. Muzeum Bunk’Art 2 jest we włoskich rękach i nie przynosi miastu ani grosza. — Czy tak powinno być? — pyta retorycznie kobieta.
Obie pobiegły dalej protestować. Policjantom przyczajonym przy wozach bojowych pokazały środkowy palec.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Płonące przystanki
W czwartek, 15 października, przed południem Tirana powitała nas dymem i smrodem gazu łzawiącego. To drugi dzień rozruchów. Mąż, rocznik 1960, wrócił wspomnieniami do studenckich protestów lat 80. i do smaku własnych łez po tamtym gazie. Tu pełno młodych ludzi w maseczkach, szalikach, dziewcząt z rozmazanym makijażem. Demonstranci z czerwonymi oczami łapali oddech i rozbiegali się. Na chodnikach walające się jednorazowe maseczki — w aptekach wyciągano zapasy po covidzie.
Grupy zamaskowanych policjantów w kaskach, nieszkolonych do zabezpieczania protestów, kuliły się za tarczami, przebiegały z ulicy na ulicę, kryjąc się za wozami bojowymi. Poleciały kostki brukowe. Blisko mnie i innych obserwujących. O ironio, przykucnąć można było za pozostałością po paranoi Envera Hodży, dawnym bunkrem MSW, wspomnianym Bunk’Art2.
Ludzi najpierw traktowano gazem, policja jeszcze była niezbyt śmiała, sprawiała wrażenie, że się wstydzi agresji wobec młodzieży, że wcale tego nie chce. Czekała, nie powstrzymywała fali zniszczeń. Ale w ruch poszły koktajle Mołotowa, pałki, niszczono wyposażenie miejskie, reklamy, przystanki, place zabaw, palono pojemniki na śmieci, tłuczono szyby, kamery i światła na skrzyżowaniach. Miasto zostało w dużej części pozbawione infrastruktury codziennego bezpieczeństwa.
Protesty w Tiranie
Photo by Adnan Beci / AFP / East News
Przechodzenie bez świateł pośród pędzących pojazdów wymaga odwagi i refleksu. Królują skutery dostawców jedzenia, którym przybyło zamówień, bo część mieszkańców została w domach. Służby miejskie na bieżąco starały się usuwać zgliszcza przystanków, powyrywaną kostkę brukową i tę jeszcze do wyrwania, betonowe kwietniki rzucone na środek ulicy czy wyrwane znaki drogowe i ławki. Krajobraz niszczonego miasta jest straszny i smutny. Gapiliśmy się bezradnie. Mieszkańcy usiłowali coś wokół sprzątać. Poruszył widok rozbitych donic z pięknymi kwiatami, które starsi ludzie z czułością zbierali przy swoim sklepiku.
Nie szkodźcie naszym firmom
Wiele sklepów i biznesów ma opuszczone metalowe rolety, by minimalizować straty. Poprzyklejane kartki proszą: "Jemi me ju" i "Mos na demtoni bizneset", czyli "Jesteśmy z wami", ale też "Nie szkodźcie naszym firmom". Maleńki sklep z pamiątkami w suterenie, z tych uboższych, bez rolety, z pękniętą szybą, ma przyklejoną flagę albańską, dwugłowego czarnego orła na czerwonym tle i ręcznie pisaną karteczkę: "Jesteśmy z wami".
Knajpki i sklepy reagowały wraz z pojawianiem się w okolicy protestów, a w zależności od ich dynamiki zapraszały gości z ogródków do środka i starały się przeczekać. Kelner z kawiarni Kevin, koło najstarszego tirańskiego Mostu Garbarzy, podczas ataku policji gazem zapraszał ludzi z ulicy do środka, podawał chusteczki i wodę. — Nie zgadzam się z takimi protestami, nie podoba mi się to, ale będę pomagał, jak mogę — usłyszałam.
My też przeczekaliśmy w Kevinie przy kolejnej wspaniałej albańskiej kawie, by dorzucić grosz do utargu. Kelner co jakiś czas brał garść miękkich serwetek, wybiegał, rozdawał zapłakanym ludziom. Szefowa nie reagowała.
Na obrzeżach miasta, w kawiarni, podobnie jak w innych, ludzie oglądali w telewizji transmisje z zamieszek. — Nie jestem studentem, ale jestem z nimi. Staram się codziennie przed pracą przyłączyć na godzinę, dwie do protestów — mówi młody właściciel.
Wieczorne protesty w ciągu tych dwóch dni naszego pobytu w Tiranie — w czwartek i piątek — trwały do późna, a skandowano pod siedzibą premiera i pod Ministerstwem Edukacji. W wielu miejscach obserwowali to z dystansu mieszkańcy, nieuczestniczący w demolce ani w walkach z policją. Niektórzy wcześniej brali udział w pokojowych marszach.
Dostałam dwie butelki wody — ktoś dostarczał ją, by ludzie mieli co pić na ulicy i czym przemyć oczy po gazie. Na wieść, że jestem z Polski, także "kraju orła", usłyszałam, że na pewno rozumiem protesty i walkę z korupcją, bo też to mieliśmy.
— Proszę iść do hotelu, zadbać o bezpieczeństwo, różnie się może zdarzyć — tłumaczył z troską jeden z rozmówców. Przepraszał, że trafiłam na taki czas i na taką Tiranę, że nie mogę skorzystać z uroków miasta — i żebym źle nie myślała o tym, co się dzieje, ale już nie ma odwrotu. Kiedy powiedziałam, że przecież to ich życie i ich kraj, że im życzymy poprawy sytuacji, przyjął to z ulgą.
Pierwsza krew
Sherife, właścicielka sklepu w okolicach Piramidy, niedoszłego mauzoleum Envera Hodży, gdzie starcia z policją spowodowały duże zniszczenia, też zamknęła swój biznes. Przyznaje, że godzi się na te koszty i trudy, chociaż niszczenie miasta dla niszczenia nie jest akceptowalne. Ma nadzieję, że rząd się zmieni. — Jesteśmy europejskim, bezpiecznym krajem, nie chcemy korupcji. Współczuję młodzieży, tak wielu ich opuszcza Albanię, kto tu zostanie?
Sherife, z którą rozmawiałam niedaleko ulicy Jana Pawła II (Papa Gjon Pali II), albańskiej telewizji i włoskiej ambasady, żałowała policjantów: — Oni nie chcą bić ludzi, dzieciaków. Sami nie wiedzą, co robić. Są nisko opłacani, po 400-500 euro może, dla ich rodzin to też nie jest łatwe.
Policjanci, zmęczeni akcją albo czekaniem na rozkaz w wysokich temperaturach, obsiadali ławki w parkach, te koło murów zamku i kawiarnie. Odstawili tarcze i kaski. Czekali. Uciekali wzrokiem.
Bramy posesji i wejścia do instytucji zamykano na klucz, bo nikt nie chciał niepożądanych gości ani wydarzeń: wpadających nagle protestujących, gazu, walki z policją, zniszczeń. W naszym hoteliku sprytnie ukrytym między blokami również proszono, by zamykać drzwi. W Tiranie trwały pożary, niszczono bankomaty, przy bankach i sklepach z cennymi towarami organizowane były więc straże. Ojcowie przyjeżdżali motorami z dziećmi, by pokazać im płonący przystanek czy zdewastowane biurowce. Nie wiem, co im mówili.
Najstraszniejsze dla moich zmysłów były dźwięki — głośne wystrzały, bliżej i dalej, skojarzenia z wojną w Ukrainie pojawiły się automatycznie. Miasto dudniło w czwartek do późnego wieczora. Jeszcze nie strzelano do protestujących. Kolejnego dnia wyjechały armatki wodne. Pojazdy policyjne rozjechały się po Tiranie, mundurowi stawali się coraz bardziej bezwzględni, tak jak zapowiadał Edi Rama. Agresywny policjant rzucił się na niewinnego chłopaka. Skopał go. Koledzy musieli go odciągać od ofiary. Ludzie zarejestrowali więcej takich scen. Stąd dla przykładu wydalenie ze służby kilkunastu policjantów. Ale w sobotę już padły strzały z dopuszczonej broni na gumowe kule. Przerażeni i wściekli młodzi demonstranci pokazywali krwawe rany.
"Tygodnik Przegląd" nr 44
Tygodnik Przegląd
Albania znaczy wiele
Do południa w mieście trwała cisza. Plac Skanderbega jak zwykle stawał się rano punktem startowym dla turystów wyruszających na zwiedzanie. Ludzie siedzieli w otwartych kawiarniach przy kawie i ciastku. Potem znowu Tirana dzieliła się na dwa miasta — jedno pełne protestujących, z flagami, często agresywnych, gonionych przez uzbrojone oddziały. I drugie, dalej od centrum, oglądające rozruchy na ekranie, przy winie i piwie, to bezpieczne. Ale też czekające na zmiany.
Kosowo, które z Albanią wiążą historia, kultura i większość etniczna, z uwagą obserwuje wydarzenia.
— Protesty i ogólna sytuacja w Albanii budzą niepokój nas wszystkich w Kosowie. Każdego dnia uważnie śledzimy rozwój wydarzeń, mając nadzieję na pozytywne zmiany. Albania znaczy dla nas bardzo wiele. Jesteśmy przecież jednym narodem. Co więcej, na naszą własną drogę ku integracji europejskiej patrzymy przez pryzmat Albanii. Oczywiście głęboko nas boli widok Albanii pogrążonej w takim chaosie, jednak tamtejsza klasa polityczna pilnie potrzebuje reform. Przemoc jest nie do przyjęcia, niezależnie od tego, skąd pochodzi. Modlimy się za Albanię — komentuje twórca filmowy, działacz kulturalny, współpracujący m.in. z albańskimi artystami, Sabri Pajaziti z Ferizaju.
Premier Edi Rama pyta rodaków, czy chcą rozruchów, czy Unii Europejskiej. Nie zamierza ustąpić. A na pasku telewizji albańskiej News24 widnieje: TIK TAK… TIK TAK…
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.