Rosja zamyka granicę po zmroku. Czy Narwa będzie nowym Krymem?
Estonia ma nieco ponad 338 km granicy z Rosją, z czego ok. 76 km biegnie wzdłuż rzeki Narwy. Nad nią leży miasto o tej samej nazwie, liczące ponad 50 tys. mieszkańców. Od kilku dni mówią o nim politycy i analitycy w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Powodem są decyzje Moskwy. Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) wprowadziła nowe restrykcje w pięciokilometrowej strefie przy granicy z Estonią, m.in. zakaz poruszania się po zmroku.
Ograniczenia mają obowiązywać do 26 września. Estonia nie wyklucza szybkiego zamknięcia przejść granicznych, jeśli Moskwa ogłosi powszechną mobilizację. Nowy minister obrony Estonii gen. Martin Herem przekonuje, że Tallin powinien przyjąć założenie, iż Rosja może zaatakować jego kraj w ciągu roku. Uważa, że jeśli wojna w Ukrainie skończy się w ciągu pół roku, Moskwie wystarczy kolejne pół roku na odbudowę sił.
To właśnie Narwa jest uważana za najsłabszy punkt Estonii w razie konfliktu z Rosją. Trzecie co do wielkości miasto kraju leży tuż przy granicy, a most na rzece łączy je z rosyjskim Iwangorodem. Mieszkańcy w zdecydowanej większości mówią po rosyjsku, co Kreml może wykorzystać jako pretekst do "obrony rodaków". Tak jak na Krymie.
Incydenty, prowokacje, drony i aerostaty
Czy należy się jednak spodziewać wojny na pełną skalę? Zdaniem Bartosza Chmielewskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich - niekoniecznie. W rozmowie z Wirtualną Polską tonuje nastroje i przypomina, że granica estońsko-rosyjska jest problemem od lat, a nie od kilku dni.
– Służby i politycy w krajach bałtyckich spodziewają się jesienią nasilenia prowokacji: wlotów i upadków dronów, działań tego rodzaju. Ale nie agresji zbrojnej. W ostatnich dniach politycy z regionu wręcz zaprzeczali takiemu scenariuszowi - wskazuje Chmielewski.
Przypomina też, że podpisany w lutym 2014 r. traktat graniczny do dziś nie został ratyfikowany. Rosjanie to wykorzystują, np. przy przelotach nad Zatoką Fińską, i tłumaczą się tym, że przebieg granicy nie jest ostatecznie ustalony. Zaznacza jednak, że rosyjskie prowokacje nie są wyłącznie problemem Estonii, bo dotyczą całej wschodniej flanki NATO.
Jednocześnie Chmielewski przyznaje, że na pograniczu estońsko-rosyjskim faktycznie dochodzi do prowokacji i dziwnych incydentów. W grudniu 2025 r. rosyjscy pogranicznicy przekroczyli granicę Estonii na molo w Vasknarvie. Takich zdarzeń, jak wskazuje analityk, było więcej. Rosjanie zabierali boje wyznaczające przebieg granicy na Narwie i jeziorze Pejpus, puszczali wzdłuż granicy drony i aerostaty, a na przejściu granicznym stosowali strajk włoski, licząc, że opóźnienia wywołają rozruchy.
Dlatego trudno się dziwić Estończykom, że się boją. Od strony estońskiej, jak wskazuje Chmielewski, największą obawą jest, że po wyborach w Rosji wprowadzona zostanie mobilizacja i do Estonii trafi duża grupa "uchylantów", czyli tych, którzy nie chcą poddać się mobilizacji i trafić na Ukrainę. I w tym przypadku interesy Rosji i Estonii są zbieżne. Jedni i drudzy nie chcą do tego dopuścić.
"Rosjanie chcą mieć czysto od cywili w nocy"
Mniej optymistyczny jest Krzysztof Wojczal, analityk geopolityczny i publicysta. Przyznaje w rozmowie z WP, że niepokój i godzina policyjna po rosyjskiej stronie mogą mieć związek z mobilizacją. Wtedy jednak restrykcje nie obejmowałyby tylko odcinka przy Narwie.
- A może Rosjanie chcą w nocy oczyścić teren z cywilów, żeby przygotować jakąś operację? Niewykluczone, że po zmroku przez granicę będą próbowały przenikać grupy "zielonych ludzików", które w odpowiednim momencie zaczną działać - mówi Wojczal.
- Myślę, że trzeba brać pod uwagę ograniczoną operację specjalną przeciw Estonii: z użyciem dronów, a nawet komandosów przebranych za cywilów i rosyjskich służb - wskazuje Wojczal. Jak dodaje, przy takiej akcji przypadkowi świadkowie byliby Rosjanom zbędni.
Narwę łatwo odizolować. Uderzenie od strony morza i jeziora Pejpus
Wojczal przekonuje, że Narwę łatwo odizolować od reszty kraju, co czyni ją dogodnym celem. Jego zdaniem, gdyby doszło do ataku, Rosjanie mogliby przeprowadzić go tak jak na Krymie 12 lat temu: rękami żołnierzy bez oznaczeń przynależności państwowej.
Wojczal kreśli nawet, jak mogłoby to wyglądać. Rosjanie mogliby w nocy zablokować drogi prowadzące do Narwy, a potem wejść do miasta "od tyłu": z wody, od strony Zatoki Fińskiej na północy i jeziora Pejpus na południu. Resztę zrobiłyby grupy, które wcześniej przeniknęłyby przez granicę.
Taka operacja byłaby czymś więcej niż atakiem na jedno miasto. Estonia od 2004 r. należy do NATO, więc rosyjskie uderzenie w Narwę sprawdziłoby, czy Sojusz naprawdę broni każdego skrawka swojego terytorium. Scenariusz, w którym Rosja atakuje państwo członkowskie, a NATO waha się z odpowiedzią, opisywał niedawno amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW).
Czy NATO zda egzamin?
- Moim zdaniem NATO zda egzamin, i to nie tylko politycznie. Są wszelkie powody i środki, by zakładać, że taką operację da się szybko zneutralizować. NATO miałoby dziś problem z regularną wojną przeciw milionowej armii, jak w Ukrainie. Ale w ograniczonej operacji to my mamy przewagę i możemy wygrać - uważa Wojczal.
Wojczal zaznacza, że wiele zależy od samej Estonii. Jego zdaniem Rosjanie raczej nie rzucą do takiej operacji dużych sił, więc w pierwszej fazie Estończycy powinni poradzić sobie sami. Potem do gry wszedłby Sojusz. - Jeśli do tego dojdzie, NATO najpewniej spróbuje odbić utracony teren siłami szybkiego reagowania – mówi rozmówca Wirtualnej Polski.
Kluczowy byłby czas. Wojczal przekonuje, że w starciu na ograniczoną skalę przewagę ma NATO. Nawet gdyby Rosjanom udało się zaskoczyć Sojusz, jego odpowiedź powinna wystarczyć, by odzyskać teren. A jeśli efekt zaskoczenia im się nie uda, polegną. – A wówczas Sojusz nabierze pewności siebie – mówi analityk.
"Mam nadzieję, że Rosjanie spróbują"
Stąd zaskakująca deklaracja Wojczala. - Mam nawet nadzieję, że Rosjanie spróbują. Skutki będą dla nich złe w każdym wariancie. Atak na państwo NATO tylko mocniej scali Sojusz politycznie, jak dotąd bywało. Dotyczy to nawet administracji Donalda Trumpa - ocenia.
Jeśli chodzi o operację w ograniczonym zakresie, NATO jest, jak przekonuje, silniejsze. Gdyby Rosjanom udało się jednak zaskoczyć Sojusz, to reakcja powinna być adekwatna i wystarczająca. Ale jeśli im się to nie uda, to polegną. – A wówczas Sojusz nabierze pewności siebie - mówi analityk.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Skąd ta pewność? Nawet gdyby Rosjanom udało się zaskoczyć Sojusz, jego odpowiedź powinna wystarczyć. A jeśli zaskoczenie się nie powiedzie, polegną. - A wówczas Sojusz nabierze pewności siebie - mówi analityk. Jego zdaniem po takiej próbie myślenie w NATO stałoby się bardziej ofensywne, a Zachód zyskałby determinację i polityczną odwagę, których dziś mu brakuje.
- Stawką nie jest skrawek terytorium NATO. Nawet gdybyśmy chwilowo stracili np. Narwę, a przyniosłoby to skutki, o których mówię - i jestem przekonany, że by przyniosło - to ostatecznie chodzi o powstrzymanie Rosji i jej ekspansji. A do tego potrzeba bardziej zdecydowanych działań. Na razie brakuje do nich determinacji - podsumowuje Wojczal.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.