The Daily Newsstand · Free, Always
Tuesday, September 22, 2026

Dron przy tarczy antyrakietowej. Dlaczego wojsko go nie zestrzeliło?

Translate

We wtorek MON odpowiedziało komunikatem na platformie X. Resort zapewnia, że cywilny dron nie latał nad bazą i "nie stanowił żadnego zagrożenia dla obiektów bazy". Przyznaje jednak, że naruszył strefę zakazu lotów dla bezzałogowców, obejmującą promień 3 km od środka bazy. W komunikacie mowa o odległości ok. kilometra od obiektu.

Według MON dron przez cały czas śledziły wojskowe systemy obrony powietrznej, ustalono też, skąd sterował nim operator. O zdarzeniu powiadomiono instytucje i służby, w tym policję, która odpowiada za bezpieczeństwo poza terenem bazy.

- Pytanie nie brzmi: czym go zestrzelić, tylko czy potrafimy go odpowiednio wcześnie wykryć, sklasyfikować i ocenić poziom zagrożenia - mówi WP Piotr Żelazek, dyrektor operacyjny w Hettz New Technologies. - Do tego potrzebny jest skuteczny, wielosensorowy system antydronowy. Wiele systemów dobrze wygląda na papierze, ale realne środowisko operacyjne szybko weryfikuje ich skuteczność - dodaje.

Kto pilnuje Redzikowa

Baza w Redzikowie to jeden z filarów natowskiej tarczy antyrakietowej. Stoi tam Aegis Ashore, czyli lądowa wersja systemu montowanego na amerykańskich niszczycielach: radar i wyrzutnie pocisków przechwytujących SM-3 Block IIA. Pociski te niszczą rakiety balistyczne w środkowej fazie lotu, poza atmosferą. Instalację zaprojektowano z myślą o pojedynczych rakietach wystrzelonych np. z Iranu. Do strącania małych dronów krążących nisko nad ziemią nie służy.

Baza działa operacyjnie od listopada 2024 r. i podlega US Navy, która utrzymuje tam ok. 200 wojskowych. Za ogrodzeniem Amerykanie mają własne zabezpieczenia. Terenu wokół bazy pilnują Polacy, a konkretnie Batalion Ochrony Bazy w Redzikowie, sformowany w 2015 r. specjalnie do tego zadania. To jedyna taka jednostka w Wojsku Polskim. Jakimi systemami ochrony, rozpoznania i walki elektronicznej dysponuje baza, wojsko nie ujawnia.

Wiadomo za to, jak Amerykanie chronią podobne obiekty. Bazy tego typu, jak ta w rumuńskim Deveselu, korzystają zwykle z kilku rodzajów czujników: radarów najkrótszego zasięgu, głowic optycznych z kamerami termowizyjnymi, systemów wykrywających emisję radiową, a czasem także czujników akustycznych.

Na tej zasadzie działa amerykański system FS-LIDS, przeznaczony do obrony stałych obiektów przed małymi dronami. Składa się m.in. z radaru, kamer dziennych i termowizyjnych, czujników radiowych, modułu walki elektronicznej oraz systemu dowodzenia. Jego zadaniem jest rozpoznać zagrożenie i je sklasyfikować.

Najpierw trzeba drona zobaczyć

Samo wykrycie drona to pierwszy etap całego procesu. Bezzałogowce można namierzyć po emisji radiowej, obrazie z kamer, echu radarowym oraz charakterystycznym dźwięku napędu. Połączenie danych z różnych źródeł pozwala odróżnić drona od innych obiektów w powietrzu, określić jego położenie i rozpocząć neutralizację.

- To wszystko musi się dziać w ciągu pojedynczych sekund, bo limity technologiczne nie pozwalają na wykrywanie bezzałogowców na duże odległości. Jest to kluczowa różnica pomiędzy zwalczaniem dronów i klasycznych celów powietrznych - podkreśla ekspert.

- Dopiero po klasyfikacji celu i ocenie zagrożenia można podejmować decyzję o reakcji - wyjaśnia Żelazek. - Jak ona powinna wyglądać? Nie ma jednej właściwej odpowiedzi: w określonych warunkach może to być zakłócenie radioelektroniczne, w innych przejęcie, a w sytuacji bezpośredniego zagrożenia także neutralizacja kinetyczna. Kluczowe jest, aby reakcja była proporcjonalna do zagrożenia i nie powodowała większego ryzyka niż sam dron.

Zakłócić, przejąć, zestrzelić

Jedną z podstawowych metod walki z bezzałogowcami pozostaje zakłócanie łączności między dronem a operatorem. Systemy walki elektronicznej mogą wejść w pasmo, którym dron łączy się z operatorem, zakłócić transmisję albo przesłać urządzeniu fałszywe dane. W zależności od konstrukcji i sposobu naprowadzania może to doprowadzić do utraty kontroli nad dronem, zboczenia z trasy, a w bardziej zaawansowanych rozwiązaniach nawet do przejęcia sterowania. Skuteczność takich metod zależy jednak od znajomości częstotliwości, sposobu komunikacji z operatorem, algorytmów sterowania oraz trasy lotu.

Dlatego FS-LIDS ma własny moduł walki elektronicznej. W przypadku małych dronów to jego najważniejsza część, bo pozwala je unieszkodliwić bez użycia pocisków czy armat. Gdy to nie wystarczy, system przewiduje przechwytujące pociski Coyote, a w mobilnej wersji M-LIDS także 30-mm armatę automatyczną.

- Skuteczny system antydronowy przy dzisiejszych profilach zagrożeń to nie jest pojedynczy jammer czy efektor, lecz zintegrowany proces decyzyjny: wykrycie, identyfikacja, ocena zagrożenia i dopiero na końcu dobór właściwego środka neutralizacji - mówi Żelazek.

Strzelać czy dzwonić?

Z tego, co wiadomo, wojsko w Redzikowie postąpiło zgodnie ze schematem opisanym przez eksperta. Dron został wykryty i rozpoznany jako cywilny, śledzono go przez cały lot, a żołnierze ustalili, skąd sterował nim operator. Bezzałogowiec nie zbliżył się do bazy: według MON był od niej ok. kilometra. Poza terenem bazy za bezpieczeństwo odpowiada policja, więc to ją trzeba było zawiadomić, by namierzyła i zatrzymała operatora.

Czy wojsko w ogóle mogło drona zestrzelić? Przepisy nie pozostawiają wątpliwości. Zgodnie z Prawem lotniczym bezzałogowiec, który wbrew zakazowi lata w strefie ustanowionej nad obiektami wojskowymi albo ważnymi dla obronności państwa, można zniszczyć, unieruchomić albo przejąć nad nim kontrolę. Uprawnieni są do tego m.in. żołnierze Sił Zbrojnych i Żandarmerii Wojskowej, a za szkody odpowiada operator drona. Nie trzeba nawet wykazywać, że dron komuś zagraża. Wystarczy samo naruszenie strefy.

DLA CIEBIE

30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii

Przepis mówi jednak, że dron "może zostać" zniszczony, a nie, że musi. Reakcja żołnierzy ma być dopasowana do sytuacji, a w Redzikowie zestrzelenie byłoby przesadą. Pocisk czy seria z armaty poza terenem bazy mogły stworzyć większe zagrożenie niż sam dron, a przed tym przestrzega Żelazek. Telefon na 112 nie świadczy więc o bezradności wojska. Na tyle, na ile dziś wiadomo, procedury zadziałały.

Prawdziwe pytanie brzmi jednak inaczej: co by się stało, gdyby dron skręcił w stronę bazy? Na to, bez szczegółowej wiedzy, nikt z zewnątrz nie odpowie. Nie wiemy, jakimi systemami dysponuje baza, czy próbowano drona zakłócić, przejąć albo zmusić do lądowania, ani czy wojsko miało czym go szybko unieszkodliwić. Tych informacji nie podaje ani wojsko, ani MON. Trudno się dziwić, bo to wiedza, którą chętnie poznałby każdy potencjalny przeciwnik. Dopóki jednak resort nie powie więcej, wątpliwości wokół Redzikowa nie znikną.

View the original on Wirtualna Polska

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.