InquirerLacson: At least 13 land titles cover 170 hectares of Laguna Lake encroachmentCNN TürkDevlet Bahçeli'den Gaziler Günü mesajı: "Gaziler bizim göz nurumuzdur"Bollywood HungamaYeh Prem Mol Liya: Himesh Reshammiya to launch title track of Ayushmann Khurrana, Sharvari starrer live with 25-piece orchestra on September 20וואלהגבר בן 28 נפצע באורח קשה באזור צומת ברטעהPunchJehovah’s Witnesses announce adjustment to blood transfusion policyThe Jerusalem Post'I say free Palestine to my children': Paloma Faith clashes with Ed Sheeran over Macklemore falloutVanguard2027: Atiku’s loyalist dumps ADC Reps ticket, declares for TinubuUOLSem ganhadores, Lotomania acumula e prêmio chega a R$ 3,5 milhõesCollider‘Ted Lasso’ Star’s Prime Video Miniseries Is Officially a 60 Day Sleeper HitSky TG24Banche, il Rapporto Abi: prestiti a famiglie e imprese in rialzo del 3,4%Daily MailFire breaks out at major hotel that has previously been used to house migrants as guests are evacuatedعالم التقنيةسامسونج تدعم هاتف Galaxy M56 بتحديث أمني جديد لشهر سبتمبر 2026
The Daily Newsstand · Free, Always
Saturday, September 19, 2026

Łukaszenka wydał wyrok na jego książki. "Jedno słowo wywołało panikę"

Translate

Tomasz Walczak, Interia: Od razu ostrzeżmy czytelników, że jest pan niebezpiecznym ekstremistą, przed którym reżim Alaksandra Łukaszenki musi bronić Białorusinów.

Alhierd Bacharewicz, białoruski pisarz: (śmiech) W takim razie ja uspokoję - nie jestem niebezpiecznym człowiekiem. Chyba że ktoś uważa, że literatura może być czymś groźnym lub szkodliwym.

Białoruski reżim ewidentnie boi się literatury. Pańska wydana właśnie w Polsce książka "Psy Europy" była pierwszą, którą reżim wpisał po 2020 r. na listę dzieł wywrotowych. Miała też ten "zaszczyt", że jej nakład wydrukowany na Białorusi zniszczono, jak wieść niesie, zakopując go w ziemi. Białoruski PEN wylicza zaś, że do tej pory trafiło na nią prawie 400 książek.

- Rok 2020 jest tutaj kluczowy. Do tego czasu na samej Białorusi rodzima literatura była wręcz zjawiskiem marginalnym. Państwo białoruskie nie widziało w niej zagrożenia. Nakłady książek były niewielkie, istniała w pewnym getcie, a i czytelników mieliśmy wówczas niewielu.

Jestem przekonany, że ci, którzy doszli do takich wniosków, nawet "Psów Europy" nie przeczytali. Być może udało im się ją otworzyć. Ale nic więcej. Zakładam, że w tej decyzji zadziałało kilka czynników. Już sam tytuł musiał niezdrowo pobudzić cenzorów

Rzeczony rok to czas niedokończonej białoruskiej rewolucji, której władza bardzo mocno się wystraszyła.

- Wtedy zmieniło się wszystko. Także dla białoruskiej literatury. Białorusini zaczęli masowo szukać w niej odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy, dlaczego znaleźliśmy się w tym konkretnym momencie historii i co musimy robić? Jak to się stało, że przyszedł rok 2020, wybuchła cała ta przemoc, a reżim wciąż trwa?

- Literatura nagle stała się dla Białorusinów ważna i od tamtego czasu obserwuję rosnące zainteresowanie nią. Ludzie kupują białoruskie książki i je czytają. Coraz więcej ludzi mówi po białorusku i chce mieć z nim kontakt. Sam zacząłem pisać po białorusku na początku lat 90. XX wieku i widzę, jak bardzo to wszystko się zmieniało.

Dziś białoruskojęzyczna literatura rozwija się jednak głównie na emigracji.

- Tak, to szczególna sytuacja. Z kraju wyjechały setki tysięcy osób, które osiedlają się w krajach Zachodu. Prężny rynek wydawniczy białoruskiej literatury działa na przykład w Polsce.

- I sami Białorusini, i białoruskie wydawnictwa trafiają w warunki wolności myśli, słowa oraz wolnego rynku książki. Istnieje konkurencja, można pisać i wydawać wszystko, co się chce. To do literatury przyciąga. Przed 2020 rokiem na Białorusi sytuacja braku wolności, strachu i cenzury odpychała ludzi, bo czuli, że to coś niebezpiecznego i niepożądanego przez władze.

Wracając do "Psów Europy" - książka została wydana jeszcze w 2017 r. Kilka lat zajęło reżimowi, żeby dostrzec w niej ekstremizm.

- Jestem przekonany, że ci, którzy doszli do takich wniosków, nawet jej nie przeczytali. Być może udało im się ją otworzyć. Ale nic więcej. Zakładam, że w tej decyzji zadziałało kilka czynników. Już sam tytuł musiał niezdrowo pobudzić cenzorów. Bardzo boją się słowa "Europa", bo kojarzy im się z LGBTQ+, degeneracją, migrantami i wszystkim tym, czym straszy Białorusinów Łukaszenka. Jakby tego było mało, książka została napisana taraszkiewicą.

Wyjaśnijmy - to jeden z wariantów białoruskiej ortografii, którą w okresie stalinizmu zastąpiono regułami przybliżającymi język białoruski do rosyjskiego. Uchodzi za symbol wolnej od wpływów rosyjskich i radzieckich Białorusi.

- Dokładnie. Samo użycie taraszkiewicy dla władz oznacza działalność antypaństwową. Dlatego nie musieli nawet czytać książki, żeby się jej przestraszyć. W głównej gazecie propagandowej reżimu napisali o "Psach Europy", że to książka, która wzywa do obalenia władzy i nienawiści do organów państwowych. Jakby coś takiego się w niej pojawiało.

Białoruś nieustannie musi walczyć o przetrwanie, gdyż Rosja nigdzie nie zniknie i nigdy nie pozostawi nas w spokoju. Imperium Rosyjskie nigdy nie pogodzi się z myślą, że Białoruś pójdzie na Zachód i powróci do Europy. Wiemy o tym doskonale. Dlatego o tym piszę

Jedną z opowieści zawartych w książce jest ta o Białorusi z 2049 r. W wyniku wielkiej wojny została anektowana przez Rosję. Mińsk nie istnieje, a ludzie żyją izolowani w lasach zachodniej guberni imperium i jedyne, co mogą robić, to wysyłać rekrutrów na niekończące się wojny w obronie granic tegoż imperium.

- Sądzę, że dla Białorusinów, którzy przeczytali "Psy Europy", nakreślony przeze mnie scenariusz może być wywołującym lęk ostrzeżeniem, które zmusi ich do głębokiej refleksji nad kierunkiem, w którym podążamy. Ja opisane tam wydarzenia uważam za w pełni realistyczne. Publikując ten utwór, dałem czytelnikom jeszcze około 30 lat na przemyślenie tej sprawy.

- Nie uważam się za pisarza science-fiction czy autora dystopijnego. Jestem pisarzem realistycznym i piszę realistyczną prozę. W tej książce nie ma elementów, które nie mogłyby zaistnieć w naszym współczesnym świecie.

Do znudzenia jest pan pytany o to, kim są tytułowe "Psy Europy". Oszczędzę panu męki odpowiadania na nie i sam zdradzę: to oczywiście Białorusini. Uważa pan, że psy potrafią wyczuć niebezpieczeństwo i ostrzec przed nim. Pańska książka jest jak Białorusini, którzy już dawno mówili, do czego zdolna jest Rosja, ale nikt nie słuchał?

- Nie jesteśmy w stanie zmienić geografii ani przesunąć Białorusi czy Ukrainy w inne miejsce na mapie. W całej historii Białorusi nie było momentu, w którym nie odczuwalibyśmy zagrożenia ze Wschodu. Białoruś nieustannie musi walczyć o przetrwanie, gdyż Rosja nigdzie nie zniknie i nigdy nie pozostawi nas w spokoju. Imperium Rosyjskie nigdy nie pogodzi się z myślą, że Białoruś pójdzie na Zachód i powróci do Europy. Wiemy o tym doskonale. Dlatego o tym piszę.

Wielu czytelników w Polsce może tego nie zauważyć, ale pańska książka przepełniona jest nawiązaniami do radzieckiej popkultury, bo jej bohaterowie są nią przesiąknięci. Tak jak Białorusini, którzy codziennie są karmieni rosyjską kulturą. W białoruskiej telewizji dominują rosyjskie seriale, w radiu rozbrzmiewa rosyjski pop. Kodem kulturowym jest radziecka kultura popularna i nostalgia.

- To wielki egzystencjalny problem. Większość Białorusinów ma tylko jedno okno na świat - język i kulturę rosyjską. Uważam, że człowiek powinien mieć możliwość do wyglądania na świat przez wiele okien. Przez dominującą rosyjskość Białorusini komunikują się ze światem przez bardzo wąskie okno. Uważają, że wartościowe jest tylko to, co przeszło weryfikację rosyjskich tłumaczeń, bo to "wielka kultura i język", a białoruskie jest małe i marginalne.

- Niemniej sowiecka kultura i pamięć o ZSRR, dzieciństwo w tamtym ustroju i nostalgia tworzą dla białoruskiego pisarza niezwykle bogaty materiał twórczy. Dla postmodernizmu to wręcz idealny grunt.

Na Białorusi często brzmiały głosy o "trzeciej drodze" - że Rosja blisko, że nie jesteśmy ani z Rosją, ani z Europą, tylko jesteśmy mostem łączącym te światy. To absolutna głupota. Nie da się żyć na moście

Czuje się pan profetą? Pogłębiające się uzależnienie łukaszenkowskiej Białorusi od Rosji brzmi trochę jak samospełniająca się przepowiednia z kart "Psów Europy".

- Odpowiem przewrotnie i powiem, kim się nie czuję.

A zatem?

- Na Zachodzie białoruscy pisarze i nasza literatura są postrzegani bardzo stereotypowo. Oczekuje się od nas, że będziemy albo ofiarami, albo świadkami. Ofiarami w tym sensie, że będziemy stale narzekać, jacy jesteśmy biedni, nieszczęśliwi; jak nam się nie udało i jaka u nas katastrofa.

- Świadkami zaś dlatego, że będziemy opowiadać o represjach jak Swietłana Aleksijewicz i będziemy je nieustanne dokumentować. Mnie się to nie podoba i zawsze chciałem wyjść poza ramy tej dychotomii. Dla mnie to za mało.

Mimo zmuszenia do migracji nie czuje się pan ofiarą?

- Pozycję ofiary od razu odrzucam. Nie chcę być tak postrzegany. Jestem pisarzem. Chcę, aby Białoruś i Białorusinów postrzegano na równych prawach jako Europejczyków, bo Białoruś jest częścią Europy.

- Ale by traktowano nas jak równych, musimy sami zachowywać się jak równi. Mamy ciekawą literaturę, mamy co pokazać i zaoferować Europie. "Psy Europy" to nie kolejna skarga na ciężki los, ale literatura europejska, napisana dla całej Europy i wszystkich, którzy umieją czytać.

"Ruski mir" jest zbyt ciasny, by w nim się rozgościć?

- Przez ostatnie 20 lat na Białorusi często brzmiały głosy o "trzeciej drodze" - że Rosja blisko, że nie jesteśmy ani z Rosją, ani z Europą, tylko jesteśmy mostem łączącym te światy. To absolutna głupota. Nie da się żyć na moście. Trzeba wybrać: albo jesteśmy tam, albo tam. Pójście w objęcia Rosji oznacza zniknięcie - to scenariusz z "Psów Europy". Dla Białorusi pozostaje tylko jedna droga: powrót do Europy, tam, gdzie byliśmy razem z Polakami i Litwinami.

Na Białorusi chcą czytać autorów, którzy zostali na miejscu, chodzą tymi samymi ulicami i dzielą ich los. Dla kultury jako zjawiska emigracja była szansą i wybawieniem, ale dla Białorusinów w kraju nie jesteśmy bohaterami - oni nas dzisiaj nie czytają

Wspomnieliśmy już, że dzisiaj kultura białoruska kwitnie na emigracji - na Litwie, w Polsce, w Czechach. Czy ta forma przetrwalnikowa pozwoli uratować kulturę, gdy w kraju miliony Białorusinów podlegają rusyfikacji?

- Od prawie sześciu lat żyję w Niemczech. Nie wiem, co dzieje się na Białorusi. Wiem, że zostali tam pisarze, którzy nadal tworzą i spotykają się z czytelnikami. Jest im bardzo trudno, bo mogą myśleć niezależnie, ale nie mogą publikować i są pozbawieni żywego kontaktu z literaturami obcymi. Żyją w swego rodzaju podziemiu.

- Emigracja to proces, który ma swój koniec. Nie może być wieczna. Piszemy te książki na emigracji dla emigrantów. Dzieci tych emigrantów już po nie nie sięgną, a wnuki zapomną, że były Białorusinami.

Czuje pan, że emigracyjna literatura ma swój termin ważności?

- Istotą naszej pracy nie jest to, co piszemy dziś dla siebie, ale to, by te książki kiedyś wróciły na Białoruś - za 10, 50 czy 100 lat. Tak jak było z Nabokowem, który pisał na emigracji i zmarł, nie doczekawszy powrotu swoich dzieł do Rosji, a jednak jego książki wróciły i stały się częścią tamtejszej literatury.

Zapytam prowokacyjnie: czy wygnanie przez Łukaszenkę tylu ludzi nie było zbawieniem dla kultury białoruskiej? Bez represji reżimu może tu w końcu rozwijać się bez przeszkód.

- Niedaleko miejsca, w którym rozmawiamy, na warszawskiej Pradze mój wydawca Andrej Januszkiewicz prowadzi białoruską księgarnię. Sam mówi, że wszystko to, co planował zrobić na Białorusi, zrealizował w Polsce - wydaje książki, wysyła je na cały świat i z powodzeniem prowadzi biznes.

- Z drugiej strony ludzie na Białorusi chcą czytać autorów, którzy zostali na miejscu, chodzą tymi samymi ulicami i dzielą ich los. Dla kultury jako zjawiska emigracja była szansą i wybawieniem, ale dla Białorusinów w kraju nie jesteśmy bohaterami - oni nas dzisiaj nie czytają.

Nie?

- W latach 2021-2023 pisało do mnie wielu ludzi z Białorusi w sprawie moich książek i wysyłałem im pliki PDF, by mogli je przeczytać. Po latach to jednak zamarło. Oni tam mają swoją bardzo trudną sytuację i patrzą na nas z dystansem: wy macie wolność, księgarnie, festiwale i sławę, a my zostaliśmy tutaj.

Jako pisarz emigracyjny nie czuje pan przymusu pisania "ku pokrzepieniu serc", jak to się u nas mawiało w czasie zaborów?

- Jednym z moich ulubionych pisarzy jest Witold Gombrowicz. Z jednej strony walczył przez całe życie z mitami narodowymi, ale z drugiej uważał, że dekonstrukcja tych mitów tworzy najciekawszą tkankę kultury. Bardzo lubię to jego podejście.

- Co więcej, Gombrowicz marzył o światowej sławie, ale wyłącznie jako polski pisarz - chciał być uznawany za polskiego twórcę, a nie argentyńskiego czy francuskiego. Tak też widzę swoją rolę. Piszę po białorusku, ale dla europejskiego i światowego czytelnika.

Jest coś Gombrowiczowskiego już w pierwszym zdaniu "Psów Europy". "Ależ mi zbrzydł ten język, ta mowa białoruska" - pisze pan w książce napisanej po białorusku.

- Początek powieści jest stworzony w pełni świadomie. Ma uderzać od pierwszej strony. Białoruski czytelnik, wychowany na mitach narodowych, myślący o takich postaciach jak klasycy białoruskiej literatury - Janka Kupała czy Jakub Kołas, czy micie świętej Białorusi i naszej wspaniałej kulturze, otwiera książkę i od pierwszego zdania doznaje szoku. Nie wierzy własnym oczom, czytając takie zdanie. To moja strategia - wyrwać ludzi ze stuporu, zmusić do zupełnie innego myślenia i uwolnić od stereotypów.

Wielki białoruski pisarz Wasyl Bykau opuścił kraj z powodów politycznych i wrócił na Białoruś dopiero tuż przed swoją śmiercią w 2003 r.. Nie obawia się podobnego losu?

- Moje dwa ulubione miasta na świecie to Mińsk i Berlin. Jednak mojego Mińska - miasta, w którym żyłem i pisałem - już nie ma. Łącznie przeżyłem na emigracji 10 lat; to już zresztą moja druga emigracja. Wiem z doświadczenia, że po pięciu latach życia poza Białorusią powrót do domu jest taką samą traumą jak sam wyjazd. Nie marzę więc o powrocie na stałe.

- Chciałbym przyjechać na Białoruś jako gość, odwiedzić matkę w Mińsku, przejść się ulicami, ale mieszkać chcę w Berlinie. Powrót w dawne miejsce jest niemożliwy, bo kiedy odchodzimy, miejsce to zmienia się tak samo jak my. Żyję w przestrzeni światowej biblioteki, w języku i w książkach. Boję się też nostalgii - uważam ją za uczucie bezpłodne i niszczycielskie dla pisarza, który powinien patrzeć w przyszłość.

Rozmawiał Tomasz Walczak

"Polityczny WF": Histeria czy realna obawa? Burza wokół diety w szkołachINTERIA.PL


View the original on Interia

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.