"Krwawy piątek", którego nie było. Były oficer wywiadu: zawiedli wszyscy dorośli
Polska zmierzyła się w tym tygodniu z serią ataków w szkołach. W środę i czwartek doszło do nich w dwóch placówkach na Mazowszu. W sumie rannych zostało 11 osób, jedna zginęła.
W środę kilka minut po godz. 11 do Zespołu Szkół Zawodowych nr 4 w Ostrołęce wszedł 19-letni uczeń tej szkoły. Zaatakował nożem uczniów i nauczycieli, a uciekając, także przypadkowe osoby. Według wojewody mazowieckiego Mariusza Frankowskiego rannych zostało pięcioro uczniów, dwoje nauczycieli i dwie postronne osoby. Napastnik, który sam się okaleczył, został zatrzymany ok. 20 minut po ataku. Jak poinformował prokurator krajowy Dariusz Korneluk, w jego plecaku znaleziono ładunek wybuchowy domowej roboty, którego detonacji niewiele brakowało.
DLA CIEBIE
Biznes od środka: Czy złoto wciąż się opłaca? Dyrektor Mennicy Apart Bartosz Rączyński o inwestowaniu w złoto
DLA CIEBIE
Tego samego dnia policja zatrzymała w Sierpcu 17-latka. Jak mówił szef MSWiA Marcin Kierwiński, chłopak zapowiadał w szkole, że planuje zrobić coś niebezpiecznego.
W czwartek ok. godz. 9 do szkoły podstawowej w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem wszedł jej 15-letni były uczeń i zaatakował ostrym narzędziem 37-letnią woźną. Kobiety mimo reanimacji nie udało się uratować. Ranni zostali także dyrektor szkoły i nauczycielka, którzy obezwładnili napastnika.
Po atakach przez Polskę przetoczyła się fala paniki. Zapytaliśmy ppłk. Arkadiusza Olejniczaka, psychologa i byłego funkcjonariusza Agencji Wywiadu, dlaczego spirala strachu nakręciła się tak szybko.
Jako pierwsze wymienia algorytmy mediów, zwłaszcza społecznościowych. Jak tłumaczy w rozmowie z WP, są one nastawione na podkręcanie negatywnych emocji i spirali lęku, a przy tym sprzyjają szerzeniu dezinformacji.
W praktyce oznacza to, że materiały, które straszą, platformy pokazują coraz większej liczbie osób. Nagrania i wpisy o rzekomych kolejnych atakach błyskawicznie zdobywały popularność i zasięgi, niezależnie od tego, czy były prawdziwe. Wiele z nich krążyło też poza publicznymi profilami: ludzie przesyłali je sobie w prywatnych wiadomościach, na grupach klasowych i rodzicielskich. Każde takie "uważajcie, jutro ma się coś stać" dokładało kolejny element do spirali strachu, a w zamkniętych rozmowach trudniej było to zweryfikować lub sprostować.
Drugim powodem są według niego słabe relacje rodziców z dziećmi. Wielu rodziców nie wie, co ich dzieci robią w internecie. A jak tłumaczy psycholog, właśnie niewiedza i poczucie, że nie ma się wpływu na sytuację, najczęściej rodzą lęk.
Ten lęk nie zostaje po stronie dorosłych. Rodzice czytają w sieci sprzeczne, często nieprawdziwe informacje i się denerwują. Ich niepokój udziela się dzieciom, a przestraszone dzieci z kolei nakręcają rodziców. Powstaje błędne koło. – Lęk i niepewność rodziców (…) przenoszą się także na dzieci i wzmacniają wzajemnie – mówi Wirtualnej Polsce ppłk Olejniczak.
Trzecia kwestia to obawa przed efektem naśladownictwa. Psychologowie i kryminolodzy opisują go od lat: głośny atak, szeroko relacjonowany w mediach i sieci, może popchnąć do podobnego czynu osoby, które już wcześniej nosiły się z taką myślą. Badacze z Arizona State University wykazali w 2015 r., że po strzelaninach w amerykańskich szkołach ryzyko kolejnego takiego zdarzenia rośnie przez mniej więcej dwa tygodnie.
Dlatego eksperci apelują, by nie eksponować sprawców – ich nazwisk, wizerunków i motywacji. Rozgłos to często dokładnie to, czego szukają.
Kto zawiódł? "To niewłaściwe pytanie"
Po czwartkowym ataku przez całe popołudnie i wieczór w mediach społecznościowych krążyły nagrania i zdjęcia, które miały dowodzić, że w piątek dojdzie do kolejnych ataków na szkoły. Fala ostrzeżeń dorobiła się nawet nazwy: "krwawy piątek".
Do działań włączono m.in. Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości. Jego funkcjonariusze namierzali i zatrzymywali osoby, które rozpowszechniały takie treści. To jednak żmudna praca, bo wpisów i nagrań były setki, jeśli nie tysiące.
W piątek policja w całym kraju zatrzymywała kolejnych nastolatków. Część z nich miała przy sobie noże lub ich atrapy, inni publikowali w sieci niepokojące treści i groźby. Zdarzało się też, że nastolatki same preparowały fałszywe informacje o atakach.
Komunikaty, które miały wyhamować panikę, pojawiły się w policyjnych mediach społecznościowych dopiero w piątek rano. Policja zwiększyła też obecność przy szkołach. Wielu rodziców i tak zostawiło dzieci w domach, a według Ministerstwa Edukacji Narodowej zajęcia odwołało 50 szkół w całym kraju.
Po południu działania służb podsumowali na konferencji w MSWiA szef resortu Marcin Kierwiński, ministra edukacji Barbara Nowacka i komendant główny policji gen. insp. Marek Boroń. Według Kierwińskiego 24 tys. policjantów skontrolowało 15 tys. placówek oświatowych. Szef MSWiA zaznaczył, że nie potwierdziły się informacje o powiązaniach między zdarzeniami w Ostrołęce, pod Wyszkowem i w Sierpcu. MEN zapowiedziało, że w piątek i w poniedziałek kuratorzy oświaty we wszystkich województwach spotkają się z dyrektorkami i dyrektorami szkół i przedszkoli w sprawie bezpieczeństwa.
Kto zatem zawiódł najbardziej?
– To niewłaściwe pytanie. Wszyscy po trochu: dorośli, platformy społecznościowe, komunikacja, prewencja, media i politycy próbujący zbijać kapitał polityczny, zamiast starać się tonować nastroje – mówi ppłk Olejniczak.
Wojna hybrydowa? Ekspert studzi emocje
Psycholog zastrzega, że takie fale paniki mogą służyć do "rozwibrowania" społeczeństwa. Wrogie państwa mogą je wykorzystywać, by wywołać w innym kraju poczucie lęku i utraty kontroli. Olejniczak byłby jednak, jak mówi, "ostrożny w formułowaniu mocnych tez" o działaniach hybrydowych w tym wypadku.
Psycholog zwraca też uwagę na kwestię, która jego zdaniem jest w tej dyskusji pomijana: emocje samych dzieci. Wymienia znów trzy zjawiska.
Pierwsze to alienacja. Wiele dzieci i nastolatków czuje się samotnych i niezrozumianych, także we własnym domu i wśród rówieśników. Brakuje im dorosłego, z którym mogłyby porozmawiać o tym, co je gryzie.
Drugie to budowanie poczucia własnej wartości na wizerunku w sieci, a nie na tym, co dzieje się w realnym życiu. Liczba polubień, obserwujących i wyświetleń staje się miarą tego, ile ktoś jest wart. To mechanizm kruchy: wystarczy kilka złośliwych komentarzy, by poczucie wartości runęło.
Trzecie to ciągłe porównywanie się z innymi. Internet sprawia, że dziecko nie porównuje się już z kilkoma kolegami z klasy, ale z tysiącami ludzi, często z wyidealizowanym obrazem ich życia. Ocenianie, swoje i cudze, odbywa się bez przerwy i publicznie.
Wszystko to pomaga zrozumieć, dlaczego część nastolatków sama nakręcała w piątek panikę: preparowała fałszywe ostrzeżenia, publikowała groźby albo pokazywała się z nożem czy jego atrapą. Dla kogoś, kto czuje się niewidzialny, nawet taki rozgłos może wyglądać jak sposób, by wreszcie zostać zauważonym.
Państwo nie zastąpi rodziców
Jak ocenia Olejniczak, największą rolę w prewencji i zmniejszaniu ryzyka mają do odegrania rodzice. Państwo tego nie zastąpi. Oficer dodaje jednak dwie istotne uwagi.
Po pierwsze, można i trzeba żądać od platform społecznościowych, by znacznie bardziej restrykcyjnie wykrywały i blokowały takie konta, przekazy i grupy.
Po drugie, problemem jest dostęp do pomocy psychologicznej i psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży. W sektorze publicznym jest ona notorycznie niedofinansowana, brakuje lekarzy, a na wizytę czeka się długo, szczególnie w mniejszych miejscowościach. W prywatnych gabinetach ceny bywają z kolei absurdalnie wysokie. To pośrednio efekt dużego popytu przy ograniczonej liczbie specjalistów.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.