"Trudno to udźwignąć". Po wypadku na Węgrzech wioska pogrążyła się w żałobie
To były sekundy. Piekielny huk. Krzyki. Brzęk tłuczonego szkła. Ktoś wyszedł przez luk bagażowy. Kogoś wyciągnęli. Światła karetek. Zawodzenia. Jęki.
- I amen – sprzedawczyni w sklepie w Siedliskach pod Rzeszowem robi znak krzyża.
W tragicznym wypadku autobusu na Węgrzech, do którego doszło ok. godz. 1 w nocy z soboty na niedzielę, zginęło pięcioro z osiemnastu mieszkańców wioski. Wracali z pielgrzymkęi do Medjugorie w Bośni i Hercegowinie.
Sprzedawczyni: – Trudno uwierzyć, że Bóg miał taki plan na tę niedzielę.
WIDEO
Wypadek autokaru na Węgrzech. Jest nagranie z akcji ratowniczej
WIDEO
"Moja żona nie żyje"
W domu Wiesława Dudka, radnego i mieszkańca wsi Siedliska, kilka minut po szóstej zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu imię sąsiada zza płotu. Dwa tygodnie wcześniej byli z żonami na wakacjach na Węgrzech, teraz mieli jechać wspólnie na pielgrzymkę, ale Dudek zrezygnował z wyjazdu z powodów rodzinnych.
- Myślałem, że jak tak kolega wydzwania z rana, to trzeba go odebrać z przystanku i przywieźć do domu – opowiada, gdy stoimy przy furtce jego domu. – Ale on tylko szlochał: "Moja żona nie żyje". I że widział, jak ją wyciągali spod autobusu. Co miałem mu powiedzieć?
- Koło ósmej sąsiad dzwoni i mówi, że był wypadek – relacjonuje Wojciech Tatara, lokalny dziennikarz i sołtys podrzeszowskiej wsi z 600-letnią tradycją. – Włączyłem telewizor, tam czerwone paski i szokujące informacje o dwunastu ofiarach. Myślałem, że wszyscy byli od nas. Nogi się pode mną ugięły.
W pierwszych godzinach po wypadku w Siedliskach dominowało przerażenie i niepewność. Pytania: kto pojechał; kto zginął, a kto przeżył; jak można się skontaktować z ocalałymi; w jakim stanie są ranni? Niektórzy oddychali z ulgą, jak dzieci, które próbowały zasięgnąć języka u sołtysa na temat rodziców – okazało się, że brali udział w innej pielgrzymce.
- Nic nie było wiadomo, ile ofiar śmiertelnych, ilu rannych, ilu od nas. Telefony się urywały, każdy chciał się dowiedzieć, czy jego krewni przeżyli – mówi sołtys. - A wiele osób, które jechały autokarem miały telefony w bagażu, nie dało się do nich dodzwonić. W końcu kolega odebrał ze szpitala na Węgrzech. Poczułem ulgę.
Jedna z sąsiadek: - Jeszcze przed mszą włączyłam radio i myślałam, że się przesłyszałam. Trudno to udźwignąć.
Ksiądz Kochanowicz: - Znałem wszystkie ofiary, bo angażowały się w życie parafii. Większość wybrała się na pielgrzymkę w jakiejś intencji. Ktoś miał rocznicę ślubu, inni chcieli pomodlić się o coś innego.
Mechanik: - Sąsiad pierwszy raz pojechał na pielgrzymkę, zabrał żonę i teściów. Wrócił bez żony. Tragedia.
Wiesław Dudek: - Staram się myśleć, że sąsiedzi wracali z Medjugorie, czyli jak to mówią, konfesjonału świata. Wracali pobłogosławieni.
"Trudno będzie nam wrócić do rzeczywistości"
W Siedliskach pod Boguchwałą płyną łzy. Ludzie zatrzymują się, poklepują po plecach. Relacje ofiar są na językach mieszkańców. "Helena rwała ziemię rękami", "Władek na szczęście odebrał telefon", "Kazia na szczęście tylko poturbowana", "Wyciągnęli przez luk bagażowy". Mieszkańcy niedużej wioski znają się niemal wszyscy, więc przekazują sobie wersje, szukają winnych, zadają pytania. Rozmowy o tragedii słychać przy kasie w sklepie, u mechanika, na przystankach.
Niepewność zmieniła się w smutek, który zalał okolicę. W Urzędzie Gminy Lubenia ogłoszono żałobę. Odwołane zostały m.in. niedzielne dożynki, a w poniedziałek równo w południe pracownicy wyszli przed urząd, by uczcić zmarłych minutą ciszy. Chwilę później wójt Adam Skoczylas uwijał się jak w ukropie, odbierał telefon za telefonem, ustalał transport z lotniska dla ocalałych, którzy wrócili wieczorem do Polski.
– W nocy byliśmy z zastępcą komendanta miejskiego i panią psycholog u bliskich tych osób, których śmierć została oficjalnie potwierdzona, by je o tym poinformować – mówi wójt Skoczylas. – Co dalej? Gmina zapewni wszystkim rodzinom poszkodowanych i ofiar pomoc psychologiczną. A potem zobaczymy, ale na pewno trudno będzie nam wrócić do rzeczywistości po takim dramacie.
W poniedziałek rano ksiądz Kochanowicz odprawił mszę. Pod kościołem zaparkowało kilka wozów transmisyjnych, a mieszkańcy niechętnie rozmawiali z dziennikarzami. Po wieczornym różańcu zorganizowanym nie tylko w intencji ofiar, ale i modlitwy o zdrowie dla pozostałych poszkodowanych został już tylko jeden wóz, dziennikarze popędzili za kolejnymi tragediami, ale w Siedliskach zostały pytania.
Sprzedawczyni: - Jak to oswoić? Jak sobie z tym poradzimy? Jak mamy żyć dalej w obliczu takiej tragedii?
Dudek: - Co powiedzieć synom, którzy pojechali identyfikować matkę na Węgry?
Mechanik: - Niewyobrażalna tragedia, pojechali się wymodlić, a przyślą nam ich w piórnikach. Co na to Bóg i Matka Boska? Najgorsze przyjdzie, jak zaczną się pogrzeby.
Ksiądz Kochanowicz: - Słyszę od ludzi "Dlaczego?". To oczywiste, że pojawia się bunt, szukanie winy, ale trzeba stanąć wobec faktów i próbować przyjąć tę tragedię z perspektywy wiary. Bo tak po ludzku to ciężko coś nawet powiedzieć, słowa mogą tylko namieszać.
Wójt Skoczylas: - Słyszę, że ludzie powtarzają, że to czwarty wypadek polskiego autokaru z pielgrzymami w ostatnim ćwierćwieczu. Ale nie popadałbym w żadne skrajne interpretacje. Jak to bywa w takich przypadkach, do tragedii doszło najprawdopodobniej w wyniku ludzkiego błędu.
Starsza kobieta pod sklepem we wsi na samą myśl o wypadku ociera łzy. – Kiedy to do mnie dotrze? Chyba jak tablicę przed kościołem pokryją nekrologi.
W wypadku polskiego autokaru na Węgrzech zginęło 12 osób, a 10 było w stanie ciężkim. W poniedziałkowy wieczór 21 ocalałych osób wróciło do kraju rządowym samolotem. Trwają dwa postępowania dotyczące wypadku, na Węgrzech i w Polsce. Według wstępnych ustaleń śledczych z Węgier przyczyną wypadku było zaśnięcie kierowcy, który został tymczasowo zatrzymany przez lokalną policję.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.