Wojna nerwów w Kijowie. Rosjanie zmienili taktykę
W ostatnim tygodniu Rosjanie znacznie zintensyfikowali uderzenia na Ukrainę. Wynika to przede wszystkim z ograniczenia uderzeń w ostatnim miesiącu, dzięki czemu mogli użyć większej liczby środków napadu powietrznego podczas pojedynczych, zmasowanych operacji. Do tego doszły nowe typy bezzałogowców z chińskimi silnikami odrzutowymi i chińską elektroniką. Masowość ataków i rozłożenie ich w czasie sprawiły Ukraińcom sporo problemów.
Nowa taktyka zakłada, że nad stolicę kierowane są niewielkie grupy bezzałogowców. Kiedy jedna fala zostanie przechwycona albo opuści rejon miasta, pojawia się kolejna. Potem następna. Dla obrony przeciwlotniczej oznacza to konieczność pozostawania w gotowości. Dla mieszkańców miasta z kolei oznacza ciągłe przebywanie w schronach.
W czwartek 27 sierpnia w Kijowie ogłaszano alarm przeciwlotniczy 13 razy. Łącznie alarmy trwały 872 minuty, czyli prawie 15 godzin w ciągu doby. Tym samym przez znaczną część doby mieszkańcy stolicy musieli liczyć się z możliwością ataku i wielokrotnie przerywać swoje zajęcia. Cierpi na tym psychika, gospodarka i usługi.
Uderzenie w morale
Jeżeli alarm przeciwlotniczy pojawia się raz na kilka dni, można jeszcze próbować podporządkować mu codzienne życie. Tak robili choćby mieszkańcy Paryża podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy ostrzeliwali miasto wręcz z zegarkiem w ręku, czy siedemdziesiąt lat później mieszkańcy Bejrutu.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy syreny rozlegają się kilka razy w ciągu jednej doby i to w nieregularny sposób. Praca zostaje przerwana, trzeba zatrzymać samochód, autobus, przerwać lekcje w szkole. Później zejść do metra czy schronu, poczekać na odwołanie alarmu i spróbować wrócić do tego, co robiło się wcześniej. Można zjeść kolację i położyć się spać, ale po kilku godzinach ponownie rozlega się syrena. To bardzo męczy psychicznie i fizycznie.
Po pewnym czasie największym problemem nie są już same ataki, ale narastające zmęczenie. Człowiek zaczyna funkcjonować w rytmie kolejnych alarmów, zamiast własnego planu dnia.
Dotyczy to zresztą nie tylko mieszkańców. Miasto również nie jest w stanie normalnie działać, jeżeli jego funkcjonowanie jest regularnie przerywane. Jednorazowy alarm można uwzględnić w organizacji pracy, podobnie jak krótkie opóźnienie pociągu czy przerwę w zajęciach szkolnych.
Jeżeli jednak takie sytuacje powtarzają się przez wiele godzin i kolejnych dni, zaczynają wpływać na całą organizację życia. Opóźnienie jednego pociągu może być niewielkim problemem. Jeżeli takich opóźnień jest kilkanaście, pasażerowie tracą godziny, a cała logistyka zaczyna kuleć. Jedna nieprzespana noc nie musi mieć większego znaczenia. Kiedy jednak kolejne noce są przerywane alarmami, zmęczenie zaczyna się kumulować, co powoduje stopniowy spadek morale.
Taki efekt był obserwowany podczas wszystkich poprzednich wojen, kiedy nieregularne uderzenia całkowicie zmieniały rytm dobowy. Zjawisko było szeroko badane podczas II wojny światowej w czasie bitwy o Brytanię, podczas alianckich nalotów na Niemcy czy ostatecznie podczas niemieckich ataków z użyciem broni V.
Powtórka z historii
Niemcy, którzy w 1944 r. nie byli już w stanie prowadzić nad Wielką Brytanią kampanii bombowej na skalę pierwszego Blitzu, zaczęli masowo używać broni bezzałogowej. V-1, a później V-2. Pozwalały one utrzymywać zagrożenie nad Londynem przez wiele miesięcy, spadały na miasto całkowicie nieregularnie.
13 czerwca 1944 r., zaledwie tydzień po lądowaniu aliantów w Normandii, nad Wielką Brytanię dotarły pierwsze niemieckie V-1. W kolejnych miesiącach Niemcy wystrzelili ich tysiące. Łącznie na Wielką Brytanię do końca marca 1945 r. skierowano 6725 V-1, z czego 2340 trafiło w Londyn. Pociski zabiły 5475 osób i raniły około 16 tys.
Choć technologicznie współczesne bomby latające są na zupełnie innym poziomie, to łączy je z V-1 rozpoznawalność. Tak jak obecnie charakterystyczny dźwięk silników Shahedów, tak wówczas pykanie pulsacyjnego silnika V-1 stało się częścią życia cywilów. Ludzie wiedzieli, że jeżeli słyszą nadlatującą V-1, pocisk znajduje się gdzieś nad miastem. Jeszcze gorszy był moment, kiedy silnik nagle milkł. Wtedy wiadomo było, że bomba przestała lecieć i za chwilę spadnie.
We wszelkich wspomnieniach można przeczytać, że niezwykle źle to działało na psychikę mieszkańców, którzy byli nękani ciągłymi alarmami. Wystarczał dźwięk dochodzący z nieba i świadomość, że gdzieś nad miastem znajduje się kilkaset kilogramów materiału wybuchowego, by nerwy puszczały. Teraz podobnie dzieje się w Ukrainie.
Potem pojawiła się V-2. Pierwszy pocisk tego typu uderzył w Londyn we wrześniu 1944 r. W tym przypadku sytuacja była jeszcze trudniejsza, ponieważ rakiety balistycznej praktycznie nie można było usłyszeć przed uderzeniem. Mieszkańcy Londynu nie dostawali więc nawet tego ostrzeżenia, które dawała V-1. Ataki V-2 trwały do marca 1945 r.
Niemcy nie wygrali w ten sposób wojny. Nie udało im się złamać brytyjskiego społeczeństwa. Ale znacznie rozregulowali funkcjonowanie południa Anglii i spowodowali jedynie nadwyrężenie morale mieszkańców. I na to też liczy Kreml w Ukrainie. Zwłaszcza że zmęczenie wojną w Ukrainie jest widoczne coraz mocniej.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.