Kandydat w wyborach w Krakowie deklaruje: Równy dystans wobec wszystkich
- Łukasz Gibała chce "uczciwie powiedzieć krakowianom", że metra ich mieście w prędko nie będzie, niezależnie od tego, kto wygra. Zapowiada, że jeśli wygra wybory, zażąda od rządu gwarancji finansowania na piśmie: "Moim zdaniem nie dadzą i temat metra umrze".
- "Żadnych fajerwerków" - tak kandydat definiuje swoją ewentualną prezydenturę w Krakowie. Obiecuje audyty, szukanie "przepalanych pieniędzy", a zarazem brak podwyżek biletów. Woli, jak mówi, przegrać, niż obiecać coś i tego nie dowieźć.
- W temacie opłaty od turystów Gibała chce stawki czterokrotnie wyższej niż rządowe 5 zł (dzieci i osoby z niepełnosprawnościami byłyby zwolnione). I punktuje rywalkę, Monikę Piątkowską, która sama chciałą 10 zł, a dziś mówi jednak o 5 zł. - To pokazuje jej zależność - mówi Gibała.
- Zapytany, czy podziela jakiekolwiek poglądy Grzegorza Brauna, Gibała odpowiada: "Nie potrafię sobie teraz przypomnieć żadnego". Przyznaje, że jest liberałem w sprawach gospodarki, a zarzut, że jest "agentem PiS-u", uważa za przesądzony element kampanii KO przeciwko niemu. Nie ukrywa jednak, że w II turze będzie zabiegał o głosy m.in. wyborców PiS.
- Gibała zapowiada, że jako ewentualny prezydent miasta nie będzie blokować takich inicjatyw jak Parada Równości. Tak samo zagraniczne akty małżeństw jednopłciowych będą w Krakowie transkrybowane.
Startuje pan ponownie na prezydenta Krakowa. Do czterech razy sztuka?
Jest takie przysłowie: "do trzech razy sztuka". Mam nadzieję, że w Krakowie uda się je zmienić i że po 11 października powstanie nowe: "do czterech razy sztuka".
W sondażu po wyborach pracowni OGB ma pan 57 proc., a pana konkurentka 38 proc. Jest pan więc faworytem. To uskrzydla czy dociąża?
Na pewno jest ryzyko demobilizacji mojego elektoratu przy takich sondażach. Podchodzę do tego z pokorą i bez triumfalizmu. Mówię współpracownikom: "Najgorsze, co możemy zrobić, to osiąść na laurach, bo piłka ciągle jest w grze."
O czyich wyborców będzie pan zabiegał w drugiej turze?
Tu matematyka rządzi. Najwięcej wyborców, którzy stracili kandydata, to wyborcy Michała Drewnickiego z PiS, a potem kolejno: Aleksandry Owcy z Partii Razem, Darii Gosek-Popiołek z Nowej Lewicy, Michała Klimka z Konfederacji Korony Polskiej i Sławomira Pietrzyka z Socjaldemokracji Polskiej.
Nie boi się pan łatki "agenta PiS-u"? Że Drewnicki robił w tych wyborach za tło, a tak naprawdę to pan jest ich człowiekiem, tylko nienazwanym?
Jestem przekonany, że tak będzie. Dwa lata temu KO straszyła, że jak Gibała zostanie prezydentem, to wiceprezydentką będzie Barbara Nowak, znienawidzona przez ich wyborców małopolska kurator oświaty. Znowu będzie mnóstwo grafik i memów, jak stoję obok polityka PiS-u, i spiskowych teorii, że po cichu jesteśmy dogadani. Liczę na zdrowy rozsądek krakowian. Od dawna pokazuję, że mam równy dystans wobec wszystkich partii.
A z Janem Hoffmanem byliście dogadani? Najpierw rozkręcił referendum o odwołanie prezydenta Miszalskiego, potem w wyborach sam wystartował, a na finiszu zrezygnował i pana poparł.
Porozumieliśmy się dopiero w ostatnim tygodniu. On chciał startować i wystartował. Przekonywałem go, że to bez sensu, ale wierzył, że na fali popularności po referendum wejdzie do drugiej tury. Gdy obserwował kolejne sondaże, widziałem w nim coraz większą skłonność do rozmów. Cieszę się, że udało mi się go przekonać, żeby mnie poparł.
Zwróci się pan do innych kandydatów o poparcie?
Nie, wręcz przeciwnie. To przedmiotowe, nieeleganckie traktowanie wyborców. W pierwszej turze mówiłem, że nikomu swojego poparcia przekazywać nie będę. Zamierzam rozmawiać bezpośrednio z wyborcami Michała Drewnickiego i innych kontrkandydatów, którzy odpadli.
Zwracanie się jednocześnie do wyborców PiS-u i Korony Grzegorza Brauna z jednej strony oraz do wyborców Partii Razem to spory rozstrzał. To wykonalne?
Ten sam problem ma moja kontrkandydatka. A ja jestem w tym skuteczniejszy, bo z naszych badań wynika, że już w pierwszej turze miałem wyborców od Razem aż do Korony Brauna. Jako bezpartyjny mogę wszystkich równo traktować, a kandydatka partyjna zawsze ma ograniczenia. W wieczór wyborczy pogratulowała najpierw Tuskowi, mieszkańcy byli dopiero na trzecim miejscu, bo po drodze był jeszcze wicepremier Kosiniak-Kamysz. Wyborcy innych partii mogą się bać, że będą daleko z tyłu, a na pierwszym miejscu będzie Platforma.
Czy są jakieś poglądy Grzegorza Brauna, które pan podziela?
(po długim milczeniu) Nie potrafię sobie teraz przypomnieć żadnego. Jak panowie zaczną przepytywać, to możemy spróbować, ale wydaje mi się, że dużo nas różni.
Czyli bliżej panu do Razem?
Łączy nas regulacja najmu krótkoterminowego, walka z nadmierną turystyfikacją, opłata turystyczna. Ale nie jestem za tak dużą rolą państwa w gospodarce, jaką Razem proponuje ogólnopolsko.
Z lewej strony padają zarzuty, że jest pan liberałem.
A dlaczego to zarzut? Państwa jest w gospodarce za dużo. Prezydent miasta nie ma jednak kompetencji, by wpływać na podatki ogólnopolskie czy ułatwienia dla firm, które dusi gąszcz biurokracji. Jako poseł walczyłem z tym, choć nieskutecznie, bo byłem jednym z 460 posłów.
Czy Kraków to pana docelowy punkt w politycznej karierze, czy przystanek?
Nie przystanek. Kocham Kraków i chcę, żeby było miastem bez szaleństw. Zależy mi, żeby posprzątać bałagan po poprzednikach i przywrócić normalność. Byłem już dwa razy posłem i nie zamierzam wracać do polityki ogólnopolskiej. Jako poseł ciężko realnie na cokolwiek wpływać. Niezależnie od tego, czy wygram, czy przegram – ani parlament, ani europarlament, ani prezydent RP nie wchodzą w grę.
Startuje pan czwarty raz, ludzie pana znają, wpisuje się pan w podział elita kontra antyelita. Czy pana wynik z I tury to potencjał dla takiej postaci w wyborach parlamentarnych, czy wyłącznie krakowski fenomen?
Wyborcy w Polsce są bardzo zmęczeni obecnymi partiami i być może jest przestrzeń na kogoś, kto byłby ogólnopolskim Łukaszem Gibałą. Ale ja nim nie chcę być. Skupiam się na Krakowie.
Gdyby taki ktoś się pojawił, miałby pana wsparcie?
Co najwyżej w postaci jednego iksa na karcie wyborczej. Prezydent miasta powinien być poza wielką polityką i trzymać równy dystans od wszystkich istniejących i przyszłych ruchów.
A ta wielka polityka sama się wprasza do kampanii.
Wprasza się, to dobre słowo, bo my jej nie chcemy.
Jedni mówią, że angażowanie polityków z Warszawy to błąd. Ale czy wizyta premiera Tuska na wiecu poparcia Moniki Piątkowskiej, gdzie padły te słynne słowa "grzeczny to już byłem", nie przysłużyła się zmniejszeniu dystansu między panem a kontrkandydatką?
To trudne pytanie. Zobaczymy po drugiej turze. Mój najwyższy wynik pokazuje, że Krakowianie nie chcą ingerencji warszawskich polityków. Ale suma wyników kandydatów, którzy taką pomoc dostaną, jest wyższa od mojego. Części wyborców to nie przeszkadza. Ja jestem krytyczny. Politycy warszawscy traktują te wybory jako poligon doświadczalny przed parlamentarnymi za rok, a Kraków na tym traci.
Pana konkurentka mówi, że "samotny jeździec" taki jak pan nie naprawi Krakowa, wskazuje przy tym na swoje dobre relacje z ministrem finansów Andrzejem Domańskim.
To samo mówił Aleksander Miszalski dwa lata temu, jak się potem okazało, wszystko w kategorii "cóż szkodzi obiecać?". Był szefem małopolskiej Platformy i obiecywał, że jego polityczne przełożenia sprawią, że Kraków będzie lepiej traktowany. A absolutnie nic nie załatwił. Wyborcy już się nie dadzą nabrać.
Skąd wziąć miliardy na metro w Krakowie? A może przy obecnej sytuacji nie ma sensu go budować?
Mam plan, który panów zaskoczy: uczciwie powiedzieć krakowianom, że niezależnie od tego, czy wygra Piątkowska, czy Gibała, metra w najbliższym czasie nie będzie. Bez pieniędzy z rządu go nie zbudujemy. Sam Stanisław Kracik, obecny komisarz, powiedział, że metro powstanie najwcześniej w latach czterdziestych. Spadła na niego za to krytyka z kręgów Platformy. Lata czterdzieste to tak odległa przyszłość, że wszystko można obiecać. De facto przyznał, że metra nie będzie. I moim zdaniem to była prawda.
Tylko czy rolą prezydenta miasta nie byłoby rozpoczęcie prac nad metrem, czy raczej odłożenie tej decyzji?
To drugie. Jak tylko zostanę prezydentem, pojadę do Warszawy i spróbuję zapytać wprost premiera, a jeśli mnie nie przyjmie, ministra Domańskiego: czy będzie finansowanie metra z rządu? Postawię rząd przed dylematem: albo dacie gwarancję na piśmie, albo nie. Moim zdaniem nie dadzą i temat metra umrze. Nie będę wydawał kolejnych kilkunastu milionów złotych na kolejne zespoły i analizy.
Przy rekordowym zadłużeniu Krakowa, wynoszącym 9 mld zł, to będzie realna władza czy tylko administrowanie?
Powiem mocniej: praktycznie na pewno nie będzie wielkich inwestycji. Żadnych fajerwerków. Moja prezydentura to będzie prezydentura sprzątania. Prezydent ma słuchać wszystkich mieszkańców i równo ich traktować, robić audyty i szukać przepalanych pieniędzy, takich jak wydawane co roku kilkanaście milionów na promocję miasta, które i tak ma mnóstwo turystów. Po co tworzyć sześć nowych departamentów? Mówię wprost: przez te dwa lata nie będzie wielkich inwestycji, bo nas na to nie stać.
To idzie pod prąd trendom, w których partie odwołują się do rozwoju, a niektóre nawet mają "rozwój" w nazwie.
Idzie pod prąd, faktycznie. Ale jestem uczciwy. Może wyborcy wolą obietnice pani Piątkowskiej. Ja jednak musiałbym je potem zrealizować. Wolałbym przegrać, niż czuć się tak, jakbym obiecał coś i w większości tego nie dowiózł.
Czy równoważenie finansów oznacza podwyżki opłat, na przykład biletów?
Nie. Chcę szukać zmian po stronie dochodowej i kosztowej w taki sposób, żeby zrównoważyć budżet bez uderzania po kieszeni mieszkańców.
Który model finansowania samorządów jest panu bliższy: z czasów PiS-u, z kartonowymi czekami i centralizacją, czy obecny, z większą autonomią?
Obecny jest dla Krakowa lepszy i daje większe możliwości równoważenia budżetu.
A gdyby władza się zmieniła, mógłby pan być beneficjentem tego pierwszego systemu.
Chcę trzymać równy dystans wobec wszystkich opcji. Zakładam zdrowy rozsądek u obecnego premiera, u ewentualnego premiera z prawicy i u prezydenta RP, bo wiele dobrych dla Krakowa zmian, jak opłata turystyczna, wymaga jego podpisu. Nie chcę wiązać sobie ścieżek z jedną opcją i mieć przez to gorsze układy z drugą.
Który z tematów kampanii, transport, mieszkania czy najem krótkoterminowy, jest panu najbliższy?
Nie jestem od krucjat ideologicznych, nie jestem zapatrzony w to, że tylko wolny rynek nas uratuje albo tylko państwo. Jestem pragmatykiem i do każdej kwestii podchodzę osobno.
To spójrzmy na najem krótkoterminowy. Wyznaczy pan strefy wolne od niego?
W Krakowie ta forma najmu to katastrofa. Zniszczyła spore połacie miasta, więc jestem za ograniczeniami. Najlepiej, żeby decydowały wspólnoty i spółdzielnie, ale z domyślnym "brakiem zgody", by chcący prowadzić Airbnb musiał zebrać podpisy ponad 50 proc. właścicieli. Projekt ustawy tego nie przewiduje, więc miasto powinno wkroczyć. Najlepszy jest limit dni w roku, do 30 czy 60. Jak wyjeżdża pan na wczasy, niech pan wynajmie mieszkanie. Ale kto chce wynajmować cały rok, to już działalność quasi-hotelowa. Niech spróbuje dostać pozwolenia i zbudować hotel.
To nie ruch w stronę lobby hotelowego? Najem krótkoterminowy jest kontrowersyjny, ale daje Polakom tańsze noclegi.
Niech się panowie postawią po stronie ludzi z kamienicy, gdzie w co drugim mieszkaniu jest quasihotel. Stukot walizek o piątej rano, imprezy, obce twarze na klatce. Nie wiadomo, czy to nowi sąsiedzi, czy włamywacze. Troska o zdrowie psychiczne mieszkańców musi być ważniejsza od tego, żeby ktoś mógł się trochę taniej zatrzymać w Krakowie. Wolę ograniczenie czasowe niż dzielnicowe, zobaczymy, na co pozwoli ostatecznie ustawa.
Pan proponował opłatę turystyczną 20 zł, kontrkandydatka pierwotnie 10, ale rząd przewiduje 5 zł, więc teraz i ona popiera 5.
I to pokazuje jej zależność. Chciałaby 10, ale skoro jej rząd popiera 5, to ona też. Ja chciałbym niższą stawkę dla Polaków niż dla obcokrajowców, ale to niezgodne z przepisami unijnymi. Wyłączymy za to osoby z niepełnosprawnościami i dzieci.
Słyszymy jednak uzasadnienie, że 10 zł mógłby zawetować prezydent Nawrocki, dlatego wybrano wariant 5 zł. W świetle tego nie boi się pan, że 20 zł to przesada? Czteroosobowa rodzina zapłaci 80 zł za dobę.
Stawka jest porównywalna z innymi miastami także naszego regionu. Dzieci wyłączymy, więc wyjdzie 40, a nie 80 zł. Ale nocleg dla czteroosobowej rodziny to koszt co najmniej kilkaset złotych za dobę. To wzrost kosztów o niecałe 10 proc. Popatrzcie z perspektywy Krakowa: za samo sprzątanie po turystach płacimy 80 mln zł rocznie. Całe połacie miasta są wyludnione, bo wszędzie jest turysta na turyście, sklepy z pamiątkami, często chińskimi, kluby go-go i wieczory kawalerskie Anglików, a brakuje warzywniaka i fryzjera. Zyski z turystyki trafiają do właścicieli firm, a miasto ma tylko koszty i 11 tys. zł długu na mieszkańca, gdy w Warszawie 4 tys. zł.
A strefa czystego transportu, ograniczyć ją? To także żywy temat w innych miastach?
Mieszkańcy powinni zdecydować o tej sprawie w referendum. Z jednej strony są argumenty tych, którzy mówią o walce o czyste powietrze, a z drugiej o pewnym ucisku ekonomicznym osób mniej zamożnych.
Ile wydał pan na cztery kampanie i skąd?
Po każdej składamy sprawozdanie w PKW. Nie sumowałem. Kampanii było w moim życiu kilkanaście, więc to duża kwota, choć na pewno nie kilkanaście milionów. Lista wpłat jest na mojej stronie. Największym darczyńcą jestem ja, drugim moja partnerka, każde z nas wpłaciło maksymalnie ponad 70 tys. zł. Są też osoby fizyczne, którym zależy na dobrym Krakowie.
Zbiednieje pan jako prezydent?
Będę postulował, żeby Rada Miasta wyznaczyła mi najniższą pensję w widełkach, dopóki Kraków jest w złej sytuacji. Jestem człowiekiem zamożnym i nigdy nie szedłem do polityki dla pieniędzy.
Kraków rozwijały turystyka i centra usług wspólnych, które teraz się wyprowadzają. Jak ma się rozwijać?
Oba silniki rozwoju mają zadyszkę. Krakowianie są sceptyczni wobec nadmiernej turystyfikacji, a w centrach, które zatrudniają około 100 tys. osób, zlikwidowano w zeszłym roku 4 tys. miejsc pracy, w tym roku będzie więcej. Rozwój AI i rosnące koszty pracy powodują ich przenoszenie do Indii czy Rumunii. Proponuję hub innowacyjny na terenach dawnej huty Sendzimira, z inwestycjami w sztuczną inteligencję, kosmos, roboty humanoidalne i pojazdy autonomiczne. Mamy mnóstwo startupów i firmy zagraniczne, które chcą inwestować. Microsoft chciał w Polsce fabrykę AI, rozmawiał z Krakowem i Warszawą, wybrał Warszawę, bo w Krakowie napotkał mur niedasizmu. Trzecim silnikiem powinny być też przemysły kreatywne: gaming, mamy w Krakowie na przykład Bloober Team i produkcja filmowa.
Sam pan mówi, że nie ma pieniędzy na inwestycje, a inwestorzy oczekują ulg.
Wpływy z CIT na mieszkańca to w Krakowie 600 zł, w Gdańsku 1200. Dlaczego? Bo centra usług wspólnych ceną transferową wyprowadzają zyski za granicę. Dlatego zacznę od krakowskich startupów, które będą tu płaciły CIT. Centra dużo zatrudniają, ale zyski są transferowane.
Są też kwestie światopoglądowe. Czy zgodzi się pan na Paradę Równości?
Jasne, że jeśli ktoś chce legalnie demonstrować, powinien mieć zgodę. Oczywiście będzie zgoda na Paradę Równości. Każdy, kto chce demonstrować poglądy lewicowe czy prawicowe, będzie miał zgodę, dopóki będzie porządek i nie będzie łamania prawa.
Jak Kraków podejdzie do transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych?
Jestem legalistą. Nie może być tak, że w jednym mieście prezydent interpretuje prawo tak, a w innym inaczej. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego nie został opublikowany, więc akty mają być transkrybowane. Prezydent nie może wybierać przepisów zgodnych ze swoimi poglądami. Jak za rok, po wyborach, prawica zmieni prawo, akty przestaną być w Krakowie transkrybowane. Samorządowcy, którzy tego nie robią, moim zdaniem łamią prawo.
Czy to nie oznacza, że opowiada się pan w sporze o Trybunał?
Dopóki orzeczenia nie zostaną opublikowane, nie funkcjonują. A ci, którzy ich nie publikują, łamią prawo. Panowie, mamy w Polsce dziadostwo. Prawo mówi, że mają być publikowane niezwłocznie, a nie publikuje ich ani obecna, ani poprzednia władza. To nie moja wina.
Czy prezydent robi dobrze, odmawiając powołania wybranych sędziów?
Jak mówiłem, jestem legalistą. Ale na szczęście interpretowanie tego stanu prawnego nie należy do kompetencji ani radnego, ani prezydenta miasta.
Jeśli pan nie wygra, będzie piąty start?
Jeśli w coś się mocno wierzy, nie wolno się poddawać. Bardzo mocno wierzę w Kraków dla mieszkańców, nie dla partii, turystów czy deweloperów. Czy wystartuję, to decyzja na dwa lata do przodu, może się zmienić w planach życiowych, może się znaleźć lepszy kandydat o podobnych poglądach. Ale na pewno będę dalej działał na rzecz Krakowa.
A co po kadencjach? Cytując klasyka, chciałby pan być emerytowanym zbawcą Krakowa?
Chciałbym już wtedy odpocząć. Moja walka o dobry Kraków trwa długo. Może to będzie finalny akt: jedna czy dwie kadencje naprawiania Krakowa. Potem nie zamierzam się angażować ani w politykę, ani w nic innego. Chciałbym dużo podróżować i czytać książki, najwyższa to będzie pora.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.