InquirerBaguio, Ormoc top circular economy assessment among Green LGUsESPN DeportesSantos luce imparable con sexto triunfo al hilo; Pumas se aleja de la LiguillaPunchMorning recap: Ebola-infected diplomat suffers organ failure, Shettima advises states on power, other top storiesThe Jerusalem PostUS diplomats, families leave Saudi Arabia missions as regional conflict with Houthis escalatesCNN TürkHava Durumu (22-10-2026)Bollywood HungamaManoj Bajpayee reacts to Tiger Shroff firing incident, says “That's really scary”한겨레트럼프 압박에 푸틴 3자협상 동의, 젤렌스키도 “현재 전선 휴전 가능”GIGAZINE「ロボットの赤ちゃん」で育児のシミュレーションをするだけでカップルのテストステロン値に変化が生じるZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFSözcüİstanbul'a gök gürültülü sağanak geliyor: Yarın başlıyorTagesschauNach Treffen mit Witkoff - Russland greift Kiew erneut mit Raketen anImpress Watchセブンの買い物アプリ「7NOW」が「LINE」から使える LINEミニアプリ対応
The Daily Newsstand · Free, Always
Thursday, October 22, 2026

Ten pożar wybucha każdej nocy

Translate

Moje ciało nie jest już moje. Głowa podsuwa obrazy, których nie chcę pamiętać. Rachunek jest prosty: siedemnaście uratowanych osób za jedno zniszczone życie. Przeżyłem. Ale mnie praktycznie już nie ma.

  • W nocy z 8 na 9 sierpnia 2025 r. w Chorzowie na ul. Morcinka doszło do pożaru. Policjant Łukasz Schön i jego kolega ze służby ewakuowali 17 osób.
  • W wyniku niedotlenienia mózgu u Łukasza rozwinął się zespół Lance’a-Adamsa, bardzo rzadkie zaburzenie neurologiczne. Uznano go za niezdolnego do służby. Właśnie odszedł z policji.
  • – Nie mam żadnej kontroli nad ciałem. Ale jeszcze bardziej ucierpiała głowa. W nocy budzę się z krzykiem. Tak naprawdę nigdy nie wyszedłem z tamtego płonącego budynku – opowiada.
  • – Gdy zachorowałem, policja bardzo mi pomogła. Ta praca była całym moim życiem. Po odejściu ze służby nie mam pojęcia, kim jestem.
  • Schön czeka na decyzję ws. renty inwalidzkiej przyznawanej przez Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA. – Ten człowiek zasłużył na bardzo duże wsparcie systemu – apeluje Krzysztof Balcer, wieloletni działacz NSZZ Policjantów.

Chorzów. Ciepła sierpniowa noc.

Początek weekendu. Ludzie topią w kieliszku stres z całego tygodnia. Starszy posterunkowy Łukasz Schön i Patryk, jego partner z patrolu, od początku mają co robić.

Zgłoszenie pierwsze: sąsiedzi skarżą się na hałas.

Domówka w bloku. Młodzi przesadzają z decybelami, ale na widok munduru uznają, że cisza nocna jednak ma sens: "Oczywiście, przepraszamy".

Zgłoszenie numer dwa: na przystanku leży nieprzytomny mężczyzna.

Nigdy nie wiesz, czy za dużo wypił i śpi, czy zaraz trzeba będzie zacząć resuscytację. Na szczęście tym razem to wariant numer 1. Stały klient, dobrze znany policji. Idzie do radiowozu potulny jak baranek. Kierunek: izba wytrzeźwień.

Takie interwencje to chleb powszedni, zwłaszcza w weekendy. Ale po północy znowu odzywa się dyspozytor. Pożar na ul. Morcinka. Kobieta stoi na parapecie, w oknie widać ogień. "Kogut" włączony, gaz do dechy. Ani chwili do stracenia. Na szczęście to pięć minut od nich.

Łukasz nie wie, że rusza właśnie na ostatnią interwencję w życiu.

WIDEO

Przymusowa służba w wojsku? "Nie możemy być armią pomocniczą"

Środek piekła

Nigdy czegoś takiego nie widział.

Czteropiętrowy blok. Na parapecie na drugim piętrze faktycznie stoi kobieta. Przerażona macha rękami. Za nią szaleją płomienie. Rozpaczliwie krzyczy: – On się pali!

Nie ma czasu się bać, działają jak automat. Na klatce pełno dymu. Trzecie i czwarte piętro całkowicie odcięte, nie ma jak się tam dostać. Patryk otwiera okna i wali do wszystkich drzwi. Łukasz gna na drugie piętro do uwięzionej kobiety. Kopie w drzwi. Jeszcze raz. Ani drgną. Rozpędza się i uderza całym ciałem. Wpada do mieszkania razem z wyłamanymi drzwiami, ale od razu się cofa.

Ściana dymu. Potworny żar.

Twarz pali. Oczy łzawią. Nie da się oddychać. Gęsty, czarny dym wdziera się do gardła i zalewa płuca. Potworny ból w klatce. Głęboki wdech tylko go potęguje. Ale Łukasz ani myśli zostawiać kobiety z parapetu. Musi tylko wiedzieć, gdzie jest. Nie zna rozkładu mieszkania. Jeśli wbiegnie w środek piekła, będzie miał kilka sekund. Klęka przy drzwiach i krzyczy z całych sił:

– Jestem tu, żeby ci pomóc! Pokaż się! Wbiegnę po ciebie!

Nic. Jeszcze raz. Znowu cisza. Tylko trzask płomieni. Coraz więcej dymu. Coraz goręcej. Poręcz schodów dosłownie się topi. Nagle w środku mieszkania jakiś wybuch, lecą spalone przedmioty. Łukasz czuje szarpnięcie za ramię. To Patryk.

– Spier... na dół!

Trzeba też ratować innych. Łukasz ewakuuje starsze małżeństwo. W oczach mają trwogę. On pyta, co się stanie z ich mieszkaniem. Ona chce pakować walizki. Przecież to całe ich życie.

Schön: – Naprawdę nie ma czasu. Jeśli nie zostały żadne zwierzęta, natychmiast wychodzimy.

Wyprowadza ich na ulicę. Ewakuują z Patrykiem kolejnych ludzi i wracają po następnych. Do Łukasza podbiega mężczyzna po pięćdziesiątce: "Na parterze jest uwięziona kobieta!". Po chwili słychać jej krzyk: - Nie mam kluczy! Nie mam kluczy!

Kobieta zamknęła się od środka, nie może uciec. Słychać, że jest roztrzęsiona. Schön znowu bierze rozpęd. Z rynsztunkiem waży 100 kg. Drzwi pękają na pół.

"Wychodzimy, proszę pani!".

Są już posiłki. Policjanci liczą ewakuowanych. Straż rozkłada skokochron. Łukasz podnosi głowę i nieruchomieje. Kobieta z drugiego piętra zaraz skoczy, żeby się ratować. Zwisa z parapetu. Trzyma się opuszkami palców. Ktoś krzyczy do Łukasza: – Łapcie ją!

Ale on już wie.

Nie zdążą.

- Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem - mówi Łukasz o interwencji na ul. Morcinka.
- Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem - mówi Łukasz o interwencji na ul. Morcinka. © Archiwum prywatne
Środek piekła - Tak Łukasz opisuje warunki wewnątrz budynku w czasie pożaru.
Środek piekła - Tak Łukasz opisuje warunki wewnątrz budynku w czasie pożaru. © Archiwum prywatne

Czerń

– Wszystko działo się błyskawicznie, a miałem poczucie, jakby trwało w nieskończoność. Wiesz, że zaraz wydarzy się tragedia i chcesz jej zapobiec, ale nie możesz już nic zrobić. To boli – powie Łukasz ponad rok później.

Urwany krzyk. Uderzenie. Cisza.

Kobieta leży na betonie bezwładnie jak lalka. Żyje, ale jest mocno poturbowana. Patryk i strażacy udzielają jej pierwszej pomocy, karetka wiezie do szpitala. W mieszkaniu służby znajdą spalone ciało jej partnera, jedynej ofiary śmiertelnej pożaru.

Kilku ewakuowanych źle się czuje, zajmują się nimi ratownicy. Do policjantów podbiega jakaś kobieta. Wypytuje zdenerwowana, co się stało, ale Łukasz przestaje jej słuchać. Czuje mrowienie od stóp do głowy. Jego ciało drży. Chwyta się Patryka, myśląc, że to chwilowe, ale w jednej sekundzie wszyscy znikają. Pokrywa ich czerń. Wokół zapada cisza.

Łukasz osuwa się na chodnik, jakby ktoś wyjął mu wtyczkę.

Ratownik i kolega coś krzyczą. Ale już ich nie słyszy.

Kocioł

Za dzieciaka nie ganiał po podwórku z plastikowymi kajdankami. Nie miał w policji tuzina wujków, z którymi podczas rodzinnego obiadu rozprawiałby o radiowozach. Ale zawsze chciał działać. Czuć adrenalinę. Być potrzebnym.

Wcześniej dźwigał pudła ze sprzętem sportowym na magazynie. Nuda i rutyna, więc długo nie wytrzymał. Zatrudnił się w straży miejskiej. I od razu poczuł, że to jego świat. Może nie ratujesz miasta przed siłami zła, ale jesteś między ludźmi, coś się dzieje.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Komendant wiedział, że Łukasza ciągnie do policji: "Jak będziesz chciał odejść, mów wprost".

Zaciągnął się w kwietniu 2024 r.

Testy zdał bez problemów. Pojechał na służbę adaptacyjną do Warszawy, później wcielili go do ogniwa patrolowo-interwencyjnego w Chorzowie. Często jeździł na szkolenia, więc niektórzy się śmiali, że nowy ma korbę na punkcie rozwoju. Po patrolu wkuwał paragrafy, żeby na interwencji nie dać się zagiąć żadnemu cwaniaczkowi. Jeśli któryś pytał "jakim prawem?!", Łukasz chętnie odpowiadał.

Uwielbiał tę robotę. Spełniał się w niej.

Jako patrolowiec nigdy nie wiesz, co czeka cię w terenie. Jednego dnia dajesz mandat za picie pod sklepem. Drugiego uczestniczysz w pościgu przez pół miasta.

Przez kilkanaście miesięcy Łukasz sporo się nauczył.

Że nie zbawi świata.

Że niektórych rzeczy nie da się przewidzieć.

Że to robota, w której ryzykujesz życiem.

Ale nie przypuszczał, że człowiek, którym był, jednej nocy przestanie istnieć.

Łukasz Schon i jego partner ze służby uratowali 17 osób
Łukasz Schön i jego partner ze służby uratowali 17 osób © Wirtualna Polska | Dariusz Faron

Tętno

Wszędzie czerń.

Łukasz otwiera oczy, ale niewiele się zmienia. Leży pod płonącym blokiem. Czarne niebo. Z okien kłęby czarnego dymu.

Głos Patryka: – Musimy mu to zdjąć. Jest cały mokry.

Łukasz ma na sobie mundur ćwiczebny. Ściągają mu kamizelkę. Ratownik pyta, jak się nazywa i co tu robi. Udziela prawidłowych odpowiedzi, ale jakoś go to nie pociesza. Mrowienie nie ustąpiło. Nie może ruszyć nogami ani rękami. Duszno.

Ratownik sprawdza tętno. "Znikome".

– Powiedział to na głos, ale nie czułem przerażenia. Nie czułem dosłownie nic. Myślałem tylko, że nie mogę się ruszyć – wspomina po czasie Łukasz.

Leży na betonie dwadzieścia minut. Podobno nie ma wolnych karetek. W końcu jakaś się zjawia. Wiozą go do szpitala, podają tlen. Powoli odzyskuje siły i władzę nad ciałem. Zatruł się tlenkiem węgla. Stąd ból w klatce i mrowienie kończyn. Trzeba się rehabilitować, uzbroić w cierpliwość i odpoczywać. Objawy miną. Tak przynajmniej twierdzą lekarze, którzy jako pierwsi badają Łukasza.

Bardzo się mylą.

Rzadki przypadek

Październik 2025. Dwa miesiące po pożarze.

Mrowienie nie mija. Zawroty głowy. Rajd po neurologach. Łukasz dostaje leki i skierowanie na kolejną rehabilitację. Ćwiczy na bieżni, gdy jego ciało zaczyna wykonywać gwałtowne ruchy. Silne szarpnięcie głową. Pochylenie tułowia. Schön znów czuje, jakby ciało przestało należeć do niego. Dokładnie tak jak na Morcinka.

Kurczowo trzyma się uchwytów. Duka do fizjoterapeutki.

– Sam z bieżni nie zejdę.

Koledzy ze służby zawożą go do doktora Jarosława Szczygła, kierownika oddziału rehabilitacji neurologicznej Szpitala Powiatowego w Zawierciu. Schon spodziewa się zdartej płyty: "odpoczywać", "minie", "tlenek węgla". Ale Szczygieł jako pierwszy stawia inną diagnozę: zespół Lance’a-Adamsa.

Łukasz spokojnie kiwa głową. Czuje ulgę, że wreszcie dowiedział się, co mu dolega.

Nie zdaje sobie jeszcze sprawy, co go czeka.

Doktor tłumaczy, że zespół Lance’a-Adamsa to zaburzenie neurologiczne. Powikłanie, do którego doszło w wyniku niedotlenienia mózgu. Charakterystycznym objawem są tzw. mioklonie - niekontrolowane skurcze mięśni przypominające krótkie szarpnięcie lub wstrząs ciała.

Ataki są wywoływane przez ruchy Łukasza albo bodźce zewnętrzne.

Wystarczy, że lekko się uderzy i coś szarpie jego ciałem. Błysk światła albo głośna muzyka i nagle zgina się wpół. Zespół Lance’a-Adamsa jest bardzo rzadki – odnotowano ok. 300 przypadków na świecie.

Dobra wiadomość: istnieją leki, które łagodzą objawy.

Zła: Choroba jest nieuleczalna. Jego ciało już zawsze będzie dla niego obce.

Łukasz najpierw był w straży miejskiej. Później zatrudnił się w policji
Łukasz (z prawej) najpierw był w straży miejskiej. Później zatrudnił się w policji © Archiwum prywatne

Czas się zbierać

Październik 2026. Kawiarnia w centrum Chorzowa.

Zamiast mówić o chorobie, Łukasz ją pokaże.

Wygina palec i jego głowa gwałtownie odskakuje. Stuka w nogę i tułów prawie ląduje na stoliku. Ciało co jakiś czas się szarpie, nawet jeśli Łukasz go nie stymuluje. Zanim wypija kawę, wykonuje kilkadziesiąt tików i nieskoordynowanych ruchów.

Gdy ucierpiał w pożarze, mieszkał u ojca. Szykowali się z narzeczoną do rozpoczęcia nowego życia, ale związek się rozpadł. Łukasz woli nie mówić o szczegółach.

– Bez asysty nie mogłem wyjść, więc codziennie czekałem do 14.00, aż ojciec wróci z pracy. Wychodziliśmy na krótki spacer. Okazało się, że moja pamięć ruchowa jest w katastrofalnym stanie. Dosłownie zapomniałem, jak się chodzi – opowiada.

Zima 2025.

Schon dopiero co był silnym, sprawnym policjantem. Teraz może zrobić tylko kółko wokół osiedlowego Lidla. Sto metrów z chodzikiem i powrót do domu. Ściąga na siebie spojrzenia. Raz jakiś facet wzdycha głośno, że chory zajmuje chodnik i trzeba zrobić trzy kroki, żeby go wyminąć. Łukasz milczy, ale czuje w środku ukłucie.

W listopadzie jedzie jako kibic na bieg niepodległościowy. Uświadamia sobie, że dla niego kilka kilometrów to teraz nieosiągalny dystans. Ciało stało się więzieniem, z którego już nie wyjdzie. Siada na ławce i wybucha płaczem.

Każdego ranka myśli tylko, by dotrwać do wieczora. Głośne dźwięki wywołują u niego ataki, więc gwarne miejsca są jak pola minowe. Nigdy nie pójdzie na dyskotekę. Na bezludnej wyspie czułby się dużo bezpieczniej niż w zatłoczonej kawiarni.

Jeśli skurcze są coraz częstsze, czas się ewakuować.

Mówi się, że trzeba przekraczać własne granice. Ale – tłumaczy Łukasz – w tej chorobie to tak nie działa. Jak tylko się buntuje, Lance-Adams pokazuje mu, kto jest silniejszy. Kilka razy był w towarzystwie i nie miał ochoty na powrót. Ignorował sygnały, które wysyłało ciało. Aż zaczął się atak. Łukasz trząsł się jak w padaczce. Musieli go wynosić z kawiarni.

Z czasem przywykł do tego, że zawsze musi być czujny.

– Traktuję chorobę jak niechcianego przyjaciela. Gdziekolwiek jestem, siedzi na moim ramieniu. Czasem szepcze do ucha: czas się zbierać, stary. Wtedy posłusznie wstaję i wychodzę. Zaakceptowałem, że diagnoza się nie zmieni – mówi.

Dużo trudniej pogodzić mu się z tym, co dzieje się w jego głowie.

Latarka i chusteczki

Znowu wszędzie czerń.

Trzask płomieni. Dym gryzie w oczy. Łukasz krzyczy i zrywa się na nogi.

– Latarka! Gdzie jest latarka?!

Przecież ta kobieta wisi na parapecie! Ale w ciemności nikogo nie uratuje. Zapala światło i jest zdezorientowany. Trzask zmienił się w ciszę. Nie ma zgliszczy i popiołów. Dopiero po chwili Łukasz orientuje się, że jest w swojej sypialni. Tętno powoli wraca do normy. A on do łóżka, ale długo nie zmruży oka.

Ta scena powtórzyła się już kilka razy.

Może dlatego boi się zasypiać sam. Nowa partnerka, Patrycja, zawsze musi być obok. Łukasz jest jej wdzięczny, że to wszystko znosi.

Jego psychika zaczęła się sypać na oddziale rehabilitacji neurologicznej.

Schön leży w szpitalnej sali. Analizuje akcję ratunkową klatka po klatce. Bieg na drugie piętro. Nawoływanie kobiety. Jej skok. Dlaczego go nie przewidział? Czemu jej nie uratował? Jedna myśl cały czas wraca: powinien zrobić wtedy więcej.

Nagle wyrzuty sumienia wypiera fala strachu. Sala się kurczy, ściany napierają ze wszystkich stron. Łukasz ciężko dyszy, na skroni krople potu. Nie może złapać oddechu. Jakby miał na szyi obręcz, która się zaciska.

Wypisują go ze szpitala i zalecają konsultację psychiatryczną. W domu jest niewiele lepiej. Ciągle płacze. Wystarczy migawka z tamtej sierpniowej nocy i po policzkach płyną łzy. Wyciskają je nie tylko wspomnienia. Film obyczajowy – płacz. Smutna piosenka w radiu – wyciąga chusteczki.

Psychiatra diagnozuje u niego zespół stresu pourazowego.

Nie ma dnia, by nie myślał o kobiecie z pożaru.

– Co byś jej powiedział?

– Bałbym się ją spotkać – mówi po chwili milczenia. – Nie wiem, w jakim jest teraz stanie. I nie chcę wiedzieć. Mój stan psychiczny jest bardzo chwiejny. Gdybym usłyszał, że nadal cierpi, mógłbym tego nie wytrzymać.

Łukasz na gali "Złota Garda", podczas której żołnierz Mateusz przekazał nagrodę na licytację dla niego.
Łukasz na gali "Złota Garda", podczas której żołnierz Mateusz przekazał nagrodę na licytację dla niego. © Archiwum prywatne

Pułapka

Łukasz urodził się w mundurze.

Tak przynajmniej twierdzi jego lekarz, Grzegorz Matyjaszczyk z fundacji "Salut". I argumentuje. – On i drugi policjant mogli zaczekać na posiłki, myśląc o własnym bezpieczeństwie. Wbiegli do płonącego budynku, żeby ratować innych. Ale Łukasz zapłacił za to bardzo wysoką cenę.

Tłumaczy: Mózg Schona nieustannie wraca do traumy. Wiele bodźców wywołuje u niego skojarzenia z pożarem. Wystarczy krzyk, zapach dymu, widok płomienia i od razu pojawiają się obrazki z tamtej nocy.

Matyjaszczyk mówi, że przeżył to na własnej skórze. Jako lekarz wojskowy był w latach 2005–2006 na misji w Iraku. Opowiada, że brał udział w akcjach bojowych. Widział makabrę wojny. – Po powrocie wystarczyło, że ktoś zamknął głośniej bagażnik i chciałem padać na ziemię. Mózg kojarzył każdy głośny dźwięk z ostrzałem – tłumaczy.

Łukasz jest według niego w podwójnej pułapce.

– Intensywne bodźce wysyłają do jego mózgu sygnał, że jest w niebezpieczeństwie. A co robimy, kiedy czujemy stres i chcemy się przed czymś bronić? Napinamy mięśnie. To z kolei napędza u Łukasza objawy neurologiczne w postaci toniczno-klonicznych skurczy i drgawek – analizuje Matyjaszczyk.

– Początkowo nie znaliśmy diagnozy neurologicznej, więc nie wiedzieliśmy, jaki jest związek stanu psychicznego Łukasza z drgawkami i szarpnięciami ciała. Stąpaliśmy po cienkim lodzie. Mój pacjent i tak miał sporo szczęścia. Przy takim zatruciu tlenkiem węgla i substancjami toksycznymi to cud, że przeżył – dodaje lekarz.

Dlaczego Łukasz płacze kilka razy dziennie?

– To też typowe dla PTSD. Trauma wyzwala tzw. zachowania regresywne. Łukasz "cofnął się" do mniej dojrzałych form zachowania, cechuje go duża nadwrażliwość. Jego współodczuwanie jest intensywniejsze. Reaguje na każdą sytuację bardzo emocjonalnie, jak gdyby znowu był dzieckiem – wyjaśnia.

Łukasz sam podaje przykład: rozkleił się ostatnio na reklamie "Merci".

Wzruszyła go pani dziękująca za pudełko czekoladek.

Bujany fotel

Schon jest jednym z podopiecznych założonej przez Matyjaszczyka fundacji "Salut", która oferuje m.in. pomoc psychiatryczną i psychologiczną członkom służb mundurowych, weteranom i ich rodzinom.

Lekarz opowiada o kilku przypadkach.

Ratownik medyczny, który jeździł w karetce neonatologicznej. Zachorował na sepsę, amputowano mu obie nogi. Fundacja pomaga mu zebrać środki na drugą protezę.

Weteran z Afganistanu, który stracił wzrok.

Saper, który cudem przeżył wybuch. Jest po kilkunastu operacjach.

– Powiedzmy wprost: społeczeństwo chętniej ruszy na pomoc choremu dziecku niż weteranowi. Dla tych ludzi trudna jest nie tylko walka o powrót do zdrowia. Po odejściu ze służby nierzadko zostają sami. Telefon nie dzwoni, nikt nie puka do drzwi. Bardzo trudno im się odnaleźć. Zbudować nowe życie – opowiada Matyjaszczyk.

Dopiero co jeździłeś z kolegami na akcje. Byłeś w centrum wydarzeń. Miałeś stały dopływ adrenaliny. Teraz siedzisz w fotelu, słodzisz herbatę i oglądasz Familiadę. Zaczynasz sobie wmawiać, że nic cię już nie czeka. Zużyłeś się. Wypadłeś z gry. Zamieniasz herbatę na coś mocniejszego, żeby zagłuszyć myśli, że jesteś niepotrzebny.

Tyle lat ratowałeś innych, a teraz nie umiesz uratować siebie.

Myślisz, że to koniec, ale jesteś w błędzie. Jeśli nie odstawisz butelki, najgorsze dopiero przyjdzie. Nie skończysz w bujanym fotelu, tylko w trumnie.

Matyjaszczyk zna kilka takich historii.

Nieraz już przekonywał pacjentów: Nie masz już munduru. Ale ciągle masz po co żyć.

- Ta praca była całym moim życiem - opowiada Łukasz Schon
- Ta praca była całym moim życiem - opowiada Łukasz Schön © Archiwum prywatne

Telefon do przyjaciela

Łukasz przez jakiś czas miał nadzieję, że jeszcze założy mundur. W sierpniu 2026 r. pozbył się złudzeń. Komisja orzekła: niezdolny do służby.

Spodziewał się. Nie tylko ze względu na zespół Lance’a-Adamsa.

Gdy widzi na ulicy błysk niebieskich świateł, zaczyna się trząść. Wszystko, co związane ze służbą, przypomina mu o traumie. – Ale też o tym, że w najtrudniejszym momencie nie zostałem sam – zastrzega Schön.

Koledzy i byli szefowie regularnie dopytują, czy czegoś potrzebuje. Nieraz zawozili go do lekarza. Najbardziej Łukasz jest wdzięczny Patrykowi. Opowiada, że raz miał bardzo duży moment załamania. Zadzwonił do Patryka, a ten rzucił wszystko i przyjechał. Nie sprawił, że choroba zniknęła, ale był obok.

Łukasz nie ma wątpliwości: partner ze służby uratował mu życie. Gdyby nie szarpnął go za ramię, nadal czekałby na sygnał kobiety z drugiego piętra. W końcu straciłby przytomność albo wbiegł w płomienie po pewną śmierć. Nikt nie powinien zapominać – zaznacza Schön – że ewakuowali ludzi razem z Patrykiem.

W marcu 2026 r. obaj zostali odznaczeni medalem im. podkomisarza Andrzeja Struja dla osób, które "w wyjątkowych sytuacjach wykazały się odwagą i gotowością do niesienia pomocy". Miesiąc wcześniej Komenda Miejska Policji w Jaworznie i fundacja "Salut" zorganizowały dla Łukasza walentynkowy koncert charytatywny. A jego kolega ze straży miejskiej uruchomił zbiórkę internetową, w której zebrano ponad pół miliona złotych.

Pomogło nie tylko środowisko policyjne. Jeden z żołnierzy przekazał swoją nagrodę w plebiscycie "Złota Garda" na licytację dla Łukasza. A Wojskowy Instytut Medycyny z Warszawy zaoferował mu bezpłatne badania.

– Bez tej fali wsparcia bym sobie nie poradził.

Łukasz i jego partner ze służby, Patryk. "Uratował mi życie"
Łukasz i jego partner ze służby, Patryk. "Uratował mi życie" - mówi o koledze Schön © Archiwum prywatne

Czeka na decyzję

Łukasz ciągle czeka na decyzję ws. renty inwalidzkiej przyznawanej przez Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA. W uproszczeniu – wynosi ona 40, 70 lub 80 proc. uposażenia w zależności od grupy inwalidzkiej. W określonych przypadkach świadczenie zwiększa się dodatkowo o 10 proc. podstawy, jeśli uszczerbek na zdrowiu jest skutkiem wypadku w związku ze służbą.

– Państwo powinno odpowiednio zabezpieczać przyszłość takich osób, a często tego nie robi. Albo robi w niewystarczającym stopniu – uważa młodszy inspektor Krzysztof Balcer, były negocjator policyjny, wieloletni działacz NSZZ Policjantów angażujący się w pomoc funkcjonariuszom, którzy stracili zdrowie na służbie.

– Przyjmijmy, że policjant patrolowy zarabia ok. 6-7 tys. na rękę. Pytanie, czy renta zapewni mu dożywotni spokój, jeśli chodzi o środki na leczenie i rehabilitację. To wspaniałe, że środowisko tak ruszyło z pomocą, zebrało sporą kwotę i interesuje się losem kolegi. Natomiast ten człowiek bez wątpienia zasłużył swoją postawą na bardzo duże wsparcie systemu. I mam nadzieję, że na przestrzeni lat je otrzyma – dodaje Balcer.

Łukasz jeszcze nie wie, jaką pomoc dostanie od państwa.

Tym bardziej jest wdzięczny środowisku za reakcję na to, co go spotkało. Kiedy komendant zaprosił go ostatnio na komisariat, od razu się zgodził.

Nie mógł przecież zniknąć bez pożegnania.

"Na zawsze Niebieski"

Myślał, że jest gotowy.

Zdał broń, legitymację i odznakę. Dopiero podpisując kartę obiegową, uświadomił sobie, że to naprawdę koniec. W mediach społecznościowych opublikował zdjęcie: stoi uśmiechnięty w czarnej kamizelce obok radiowozu. Tego samego, którym jechał do pożaru na Morcinka. Dodał podpis: "na zawsze Niebieski!".

Wyobrażał sobie, jak będzie wyglądał jego ostatni dzień w policji: podziękuje kolegom za wspólną służbę, uściśnie im dłoń. Pogadają. Pożartują. Sporo razem przeżyli. Nie chciał, żeby jego ostatnim wspomnieniem ze służby były płomienie i dym.

Wytrzymał na komisariacie kilka minut.

Już po chwili dostał pierwszego ataku. Nie poddawał się. Pomyślał, że skoro to dla niego tak ważny moment, może oszuka ciało choć ten jeden raz. Doszedł do siebie i wrócił, ale atak się powtórzył. Odnalazł wzrokiem Patryka.

– To nie ma sensu.

Lance-Adams dał mu znać, że pora się zbierać.

Odbicie

Zrozumiał, że żeby złagodzić objawy choroby, musi całkowicie odciąć się od policji. Ale kamizelki, w której był na Morcinka, nie potrafi sprzedać. Wisi w pokrowcu w szafie.

Łukasz chwilę milczy.

– W pewnym sensie zostałem w tamtym płonącym budynku. Definiowałem siebie poprzez pracę w policji. Teraz nie mam pojęcia, kim jestem. Chciałbym być w przyszłości mężem i ojcem. Dzięki rodzinie odnaleźć w życiu sens. Na razie go nie widzę. Gdybym zapytał teraz sam siebie, po co istnieję, nie umiałbym odpowiedzieć.

Nie mogę pozbyć się myśli, że moje życie się już skończyło.

Ale nie żałuję.

Żaden ze mnie bohater. Od tego jest policjant, żeby inni byli bezpieczni. Jeśli w czasie zagrożenia wahasz się, zamiast ruszyć ludziom na ratunek, nie zakładaj munduru. Dokonałem właściwego wyboru. Nie potrafiłbym żyć ze świadomością, że w najważniejszej chwili zawiodłem siebie i innych.

Rachunek jest prosty: siedemnaście ocalonych osób za jedno zniszczone życie. Nawet jeśli to moje życie, i tak było warto – kończy Łukasz.

Tej nocy znów będzie pewnie walczył z pożarem.

Kiedy się budzi, rzeczywistość wcale nie jest dużo łatwiejsza. Toczy się do łazienki, tysięczny raz powtarzając w myślach, że zrobił, co należało.

Jego ciało drży, ale najważniejsze, że stojąc przed lustrem, nie musi spuszczać głowy.

Może jeszcze kiedyś się dowie, kim jest człowiek, którego widzi w odbiciu.

Jeśli chcesz pomóc Łukaszowi Schönowi, wszelkie informacje znajdziesz W TYM MIEJSCU

Chcesz skontaktować się z autorem? Napisz: dariusz.faron@grupawp.pl

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.