Między dziennikarzem a trybunem ludu lub propagandystą [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Żyjemy w świecie płynnych granic. Media – także te tradycyjne, ale w znacznie większym stopniu te oparte na algorytmach sieci społecznościowych (czy po prawdzie antyspołecznościowe) – zatrudniają z jednej strony dziennikarzy i publicystów, ale z drugiej (a i granica między obiema grupami wcale nie jest zawsze oczywista) rozmaitej maści trybunów ludowych, którzy przyciągają widzów jasnymi narracjami. A w mediach tożsamościowych (a tych jest – po wszystkich stronach medialnej rzeczywistości coraz więcej) obok zwykłych dziennikarzy występują dziennikarze tożsamościowi (co jeszcze zbrodnią nie jest, jeśli umie się zachować granice) i zwyczajni propagandyści, a czasem wręcz radykalni politycy udający tylko dziennikarzy.
Sytuacja normalnej naparzanki politycznej niekiedy (szczególnie biorąc pod uwagę polaryzację, w jakiej żyjemy) uniemożliwia trafne rozpoznanie, kto jest kim. I dopiero tragedie, zamachy terrorystyczne ujawniają, kto pozostał jeszcze (przy rozmaitych strategiach medialnej obecności, jakie przyjął) dziennikarzem, a kto już przeszedł na zupełnie inną stronę.
Jakie to strony? Zacznijmy może od rozmaitej maści trybunów ludowych. Oni zawsze byli obecni, szczególnie w mediach zwanych popularnie brukowymi, ale ich specyficzną rolę ograniczał system prawny, w którym zawsze za pewne sformułowania można było odpowiedzieć, co sprawiało, że redaktorzy naczelni (sami często obsadzający się w takiej roli) wiedzieli, kiedy odpuścić. Współczesne media są inne, tu rządzi algorytm, a do tego spora grupa pracowników mediów poza zaangażowaniem w tradycyjnych mediach tworzy własny kontent. Ten zaś, aby był atrakcyjny, musi być emocjonalnie radykalny i dostosowany do gustu odbiorców.
WIDEO
Była na Rynku z dziećmi, gdy padły strzały. "Leżały ciała przy ciałach"
WIDEO
Co to oznacza? W największym skrócie musi jasno wskazywać winnych, a ci muszą być jasno zdefiniowani i ostatecznie odpowiedzialni, narracje muszą być proste i oczywiste, a temat podany natychmiast (bo za kilkanaście godzin będziemy już żyć czym innym, a stary temat przestanie "grzać") i to w formie ostatecznej. Kłopot zaczyna się, gdy o sprawie – która niewątpliwie jest numerem jeden – wciąż niewiele wiemy, gdy się ona dopiero rozgrywa, a medialny twórca ma potrzebę obecności medialnej i podgrzania tematu, by pokazać, że nie tylko trzyma rękę na pulsie, ale i – co nie mniej ważne – jest emocjonalnie ze swoimi odbiorcami. Efektem takiej twórczości jest niezmiennie medialny dramat.
Jeśli zaś ktoś chce zobaczyć, o czym mówię, niech obejrzy rolki z nagraniami Grzegorza Jankowskiego (obecnie dziennikarza Polsat News, ale wcześniej choćby naczelnego "Faktu"). Tam znajdzie wszystko: jasne wskazanie winnych (to oczywiście politycy, którzy nie przygotowali Polski na ataki terrorystyczne), sugestię, że służby sobie nie poradziły (bo rzecz jasna były pod TK), a także zapowiedzi, że będzie tylko gorzej. Z tej roli, choć była ona oczywiście sformułowana z dużą inteligencją, przebijała sugestia, kto stoi za zamachami i mocne straszenie, że będą następne. Wszystko to zaś w sytuacji, gdy wciąż wiadomo było bardzo niewiele, gdy ostatnią rzeczą, jaka była potrzebna, była panika, i gdy tego rodzaju nagranie stanowiło poważny element dezinformacji, która mogła być wykorzystana przez obce służby.
Bez zaskoczenia
Czy mnie to zaskoczyło? Odpowiedź brzmi: nie. A nie zaskoczyło, bo niestety pewien model uprawiania publicystyki, pewien model budowania zasięgów, niezmiennie prowadzi w takim właśnie kierunku. Jeśli ktoś chce być (i to nie od dzisiaj) trybunem ludu, to niezmiennie będzie wchodził w takie właśnie narracje. Jeśli coś mnie martwi, to co najwyżej fakt, że – ale i to jest jakoś zrozumiałe emocjonalnie i zasięgowo – nawet wielka tragedia nie jest w stanie zatrzymać logiki tego działania.
Trybun ludu to wcale nie jest jednak rola najgorsza w mediach. Istnieją jeszcze gorsze, a są nimi zwyczajni polityczni propagandziści, którzy ubierają się w szaty bezstronnych, niezależnych dziennikarzy. I także świadectwo tego mieliśmy w ostatnich godzinach. I Tomasz Sakiewicz, i Filip Rdesiński (a znaleźlibyśmy analogicznie postawy i u innych – choć zdecydowanie nie wszystkich – tożsamościowych dziennikarzy) zdecydowali się wykorzystać do budowania absolutnie skandalicznych narracji politycznych.
W moim przekonaniu ten zamach był obliczony na to, żeby wywołać zamieszanie polityczne. Był związany z sytuacją polityczną, z jaką mamy do czynienia w tej chwili w kraju, czyli bardzo napiętą sytuacją wewnętrzną wokół Trybunału Konstytucyjnego. Według mnie do tego uderzenia doszło celowo. Co więcej, w moim przekonaniu jest to także obliczone na wywołanie awantury być może politycznej post factum np. związanej z tym, że rząd w takiej sytuacji może chcieć wprowadzić jakiś rodzaj stanu wyjątkowego, co musi zatwierdzić prezydent
- przekonywał Filip Rdesiński w Telewizji Republika.
Ostrożniejszy – ale też bardzo jednoznaczny – był Tomasz Sakiewicz. On nie oskarżał rządu Tuska o przygotowanie tego zamachu terrorystycznego, a jedynie przekonywał (i to gdy dwaj ciężko ranni policjanci, którzy unieszkodliwili napastnika, prawdopodobnie nie dotarli jeszcze nawet do szpitala), że do zamachu doszło, bo cała policja przeniosła się przed TK. – Strzelanina, w której zginęło pięć osób i nie wiadomo, ilu jest rannych, wywołała ogromny chaos na ulicach Krakowa. Od dłuższego czasu w akcji zabezpieczającej bierze udział tylko Straż Miejska, na miejscu nie ma ani jednego policjanta – mówił Sakiewicz w relacji na żywo na antenie swojej telewizji. – Prawdopodobnie wszystkie rezerwy policji zostały wywiezione do Warszawy – dodał.
I tu nie mamy już do czynienia z byciem trybunem ludowym, ale z jawną polityczną propagandą. Grzegorz Jankowski – i to go różni od Sakiewicza czy Rdesińskiego – oskarżał całą klasę polityczną, wszystkim zarzucał zaniedbania i nawalankę, a ci dwaj ostatni (i rzesza ich naśladowców) postanowili zrzucić winę na przeciwników politycznych. To nie miało nic wspólnego ani z dziennikarstwem, ani z publicystyką, ani z elementarną odpowiedzialnością za Polskę. Jest bowiem jasne, że takie narracje zostaną przeciwko nam wykorzystane.
Dlaczego warto o tym pisać? Dlaczego analizuję dość w gruncie rzeczy żenujące, choć biorąc pod uwagę logikę algorytmów oczywiste, zachowania? Bo one doskonale pokazują, dlaczego wszyscy potrzebujemy tradycyjnych mediów, tradycyjnego dziennikarstwa i publicystyki. Dziennikarz (czy publicysta) nie jest od tego, by epatować nas swoimi emocjami (choć one są i będą, szczególnie w nowych mediach, się ujawniać), ale od tego, by informować i interpretować informacje.
Jego odpowiedzialnością jest powiedzieć uczciwie, że czegoś nie wie, czegoś nie wiadomo, a coś zostanie dopiero ustalone. Odpowiedzialnością zaś mediów jest nie tylko czytelnictwo czy oglądalność (choć one są ważne), ale także odpowiedzialność społeczna, czyli – choćby świadomość – że nie zawsze i nie wszystko, co wydaje nam się, że ustaliliśmy, musimy wypuścić. Dlaczego? Otóż nie dlatego, że chcemy coś zataić, ale dlatego, że czasem musimy mieć czas, by coś potwierdzić, a czasem z odpowiedzialności za państwo i społeczeństwo. W sytuacjach tragicznych zaś najlepiej ujawnia się, kto próbuje tę rolę pełnić, a kto wychodzi w zupełnie nowe sfery, które z dziennikarstwem nie mają już wiele wspólnego.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.